Kto zabił Fiodora i kto nie lubi Aloszy albo o „Braciach Karamazow” Fiodora Dostojewskiego i Nabokoviada2

Gdyby chcieć streścić sześciostronicowy wykład, w którym Nabokov głównie narzeka, jak to też tym razem Dostojewskiemu nie wyszło, można by się ograniczyć do kilku zdań. Tym sposobem możemy tak zawężać, schodząc od tysiącstronicowego Dostojewskiego, przez kilka stron Nabokova, po ledwie dwa-trzy zdania streszczenia tego ostatniego. Ale zamiast tego zacznijmy po Bożemu – wszak to Dostojewski! – od początku.

Na co narzeka Nabokov?

W swoim wywodzie – chociaż zważywszy na długość, nie jest to najlepsze określenie – o „Braciach…” Nabokov zwraca uwagę głównie na trzy kwestie: kto zabił starego Karamazowa,  jak wygląda konstrukcja powieści i co sądzić o Aloszy. Jeśli chodzi o zabóhstwo – Nabokovowi wina Smierdiakowa wydaje się być bezsporna. Trochę to trąci myszką, zwłaszcza że Dostojewski zostawił sporo furtek mających na celu nie tylko, jak chce Nabokov, zwieść czytelnika, ale też pozwolić na wielokrotne odczytywanie tego utworu na co rusz to inne sposoby. Ba, dyskusja, kto zabił starego Karamazowa, toczy się nadal w najlepsze, a badacze Dostojewskiego przytaczają różne argumenty w tym sporze (i Dymitr wcale nie jest taki niewinny, jak mogłoby się wydawać). Owszem, powiecie, Pyzo, i co z tego, skoro sam Dostojewski wzorował Dymitra na niesłusznie skazanym za ojcobójstwo oficerze, więc co nam tam różne odczytania. A jednak, moi drodzy, a jednak – chociaż nie zostanę fanką „Braci…”, uważam, że zamykanie się na inne interpretacje, wynikające i będące do udowodnienia prosto z tekstu, byłoby zubażające.

Nabokov jednak głównie narzeka. Nie podoba mu się konstrukcja kryminału, którą Dostojewski zastosował, bo sądzi, że jest ona do jakiegoś stopnia nieudaczna. I owszem, jest, bo „Bracia…” nie są kryminałem i jeśli coś z taką konstrukcją się tu dzieje, to bardziej jako żart i literacka gra niż potraktowana serio historia o tym, kto zabił. Samo morderstwo jest zapowiadane, Nabokov ma rację, ale wydarza się na tyle późno, a my już na tyle znamy bohaterów i miejscowość, że jest nam właściwie wszystko jedno – morderstwo starego Karamazowa to po prostu jedno z kolejnych wydarzeń w Spędobydlińsku, gdzieś między chorą nogą Chochłakowej, nieświątobliwym zgonem Zosimy i paskudną przygodą psa ze szpilką. Innymi słowy: czy czytamy „Braci…”, żeby dowiedzieć się, kto zabił? Wątpię. Ponoć Meyerhold narzekał, że uważanie „Braci…” za kryminał spłaszcza fabułę. Nabokov albo tego nie słyszał, albo uparł się, żeby pod tym kątem całą rzecz analizować. Różnie mu to zresztą wychodzi – patrz: amulet Mitii, który czy aby przypadkiem nie jest tym samym, co sakiewka z czepka, w której znajdują się podejrzane ruble…?

Na co narzeka Dostojewski?

Narzeka Nabokov na dziwne tytuły rozdziałów, które sprawiają wrażenie jak z libretta do dziwnego wodewilu. I niby się ma ten czytelnik_czka dziwić, przeczytawszy spis treści. A mnie się one wcale nie wydają jakieś bardzo dziwne, bo jestem wszak po bliskim spotkaniu z „Nędznikami” Hugo i nie takie spisy treści się widywało. Ale! Nie piszę Wam o tym, żeby się pochwalić znajomościami spisów treści – ale dlatego, żeby pokazać, że nie jest Dostojewski taki osobny „na tle”. I co więcej, „Bracia…” są też w bardzo dużej mierze takim wyliczeniem i opisaniem, i zagraniem na nosie, i daniem w tego nosa prztyczka, wszystkim i wszystkiemu, czego Dostojewski nie cierpiał. A że pojemne miał w swych niechęciach serce, lista jest dość długa.

Stąd – co Adam Pomorski, tłumacz wydanych w serii Znaku „50 na 50” „Braci…” rozwija w przypisach – niektóre rozdziały są wręcz polemiką Dostojewskiego z kimś, kto go rozdrażnił. Ofiarami padają złośliwi komentatorzy mowy pisarza z okazji odsłonięcia pomnika Puszkina, inni rosyjscy twórcy z Czernyszewskim i Turgieniewem na czele, ale też katolicy, jezuici, prawnicy, socjaliści, kobiety, dekabryści, zwolennicy reform, zwolennicy częstej spowiedzi, przeciwnicy reform, Żydzi, car, lekarze (tu wstaw grupę osób, na pewno znajdzie się w „Braciach…” jakieś negatywne odniesienie). Nic dziwnego zatem, że ten wstęp – bo „Bracia…” to tylko planowany wstęp do dalszej historii, która jednak nigdy nie powstała – tak się rozrósł.

I tu przechodzimy do kolejnego wątku, a mianowicie do postaci Aloszy. Dostojewski od początku nie kryje się z tym, że „Bracia…” to tak naprawdę wstęp do historii tego bohatera (stąd zresztą może to rozdarcie konstrukcyjne, które tak drażni czułego na te kwestie Nabokova). Chociaż sama nie wiem, czy to aby nie kolejna kokieteria ze strony Autora, wszak i w „Zbrodni i karze” pisał, że można by tu opowiadać kolejną, inną już historię. Ale jeśli uwierzymy mu na słowo, to postać Aloszy staje się znacznie ciekawsza. Bywa on odbierany jako ten mdły i świątobliwy bohater, podczas gdy nie do końca taki jest – ma swoje chwile zwątpienia, ma rysę na psychice pozostawioną przez matkę, ma wreszcie mimo pozornie uległego charakteru dostatecznie dużo energii, żeby postawić na swoim. Owszem, może wieje od niego czasem naiwnym optymizmem, mnie jednak wydaje się on pozorny. Alosza to twardy gość, którego wszyscy uważają za miłego chłopca, więc jest świetnym wytrychem fabularnym: takiemu każdy coś może powiedzieć, bo uważa go za niegroźnego.

Na co narzeka Pyza? 

A jednak mimo wszystko powiem Wam: nie wiem, serio nie wiem, co myśleć o „Braciach…”. Pozostawiła mnie ta lektura nie w stuporze, nie w zwątpieniu czy złości – generalnie zostawiła mnie bez większych emocji. Ani nie zachwyciła, ani nie zmęczyła. Ot, czytałam sobie po szesnaście stron dziennie i przeczytałam. No miło, ale co dalej? Kilka tu było scen, które sobie zapamiętam – fatalny pojedynek Zosimy, hulanka w Mokrem, Kola i jego pies – generalnie jednak mam poczucie, że gdybym została tylko przy scenicznej wersji „Braci…” (czy filmie Petra Zelenki, któremu od Meyerholda pewnie też by się oberwało), to nie straciłabym jakoś wiele.

Także wykorzystam sobie teraz paragraf na słówko o tłumaczeniu. Tak naprawdę, naprawdę, to polowałam na przekład Cezarego Wodzińskiego, okazało się jednak, że wyprzedał się i jako biały kruk jest kompletnie niedostępny, zdecydowałam się więc na tłumaczenie Adama Pomorskiego. Tłumacz zachowuje tutaj tę dziwną manierę Dostojewskiego, z dużą ilością „jakoś”, „kiedyś”, „itp., itd.”, całość jest lekka i przyjemna, chociaż potyka się czasem człowiek o dziwnostki językowe, które nie wiadomo skąd się wzięły (a które jak rozumiem miały upotocznić język). Podobnie rzecz się ma z oswajaniem przekładu – czyli np. taktyką dawania aluzji do Mickiewicza, żeby się czytelnik poczuł „na swoim”. Trochę to dziwne, bo od razu mamy przypis tłumaczący tę strategię, więc jakby dwie śliwki w kompocie. Z drugiej strony doceniam inwencję, bo trzeba się na coś takiego odważyć – Pomorski to już uznany i szanowany tłumacz, więc pewnie nikt by mu i tak nie zabronił, niemniej takie eksperymenty szanuję. Może nie zawsze doceniam, ale szanuję.

I tym optymistycznym akcentem na dzisiaj zakończę. Wpadnijcie do Ani zobaczyć jej wrażenia z lektury, no i koniecznie zaopatrzcie się w „Annę Kareninę”, bo to o Tołstoju będziemy rozmawiać następnym razem. Kiedy? Damy znać!

Comments

  1. Elka Orzechowa

    Kobiece postacie w tej książce były straszne xD W głowie się nie mieszczą, ta egzaltacja, omdlenia, zalewanie łzami, zmiany nastroju co 3 sekundy, a tu kogoś kochają a tu za chwilę nienawidzą. Miałam ochotę oblać wszystkie furiatki zimną wodą 😛 Musiał być Dostojewski geniuszem, żeby napisać tak potworną książkę, której nie da się przestać czytać, choć już od pierwszych stron szlag człowieka trafia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.