Nabokoviada 2: Martwe dusze albo co to za jeden, ten Cziczikow?

„Ale przecież bryczka, katarynka i martwe dusze, wszystko razem!”

Mikołaj Gogol, „Martwe dusze” w przekładzie Wiktora Dłuskiego

(wszystkie cytaty w tekście pochodzą z tego – świetnego zresztą – tłumaczenia)

Nabokov od początku nie owija w bawełnę, a ja trochę poowijam. Ci z Was, którzy z krzykiem uciekają od tekstów o książkach zaczynających się od historyjek i anegdotek, niechaj zatem zaczną krzyczeć – oto bowiem będzie anegdotka (a myślicie, że czemu wybrałam akurat te słowa Nozdriowa na motto, a?). Otóż: Domownik mój, co to z niejednego pieca chleb jadł i niejedno w życiu swym przestudiował, wrócił kiedyś do domu z wykładów o prawosławiu i konwersacyjnym tonem rzucił: „A wiesz, że Gogol uważał, że po każdym wystawieniu jego sztuki powinno się na scenie sprawować obrzęd przebłagalny, żeby przypadkiem nie wywołać przyjścia antychrysta?”.

Nie powiem – znałam wtedy Gogola z komedii i nie kojarzył mi się specjalnie diabolicznie (ach, jak mało wówczas wiedziałam!), jego opowiadania miałam poznać dużo później – i owszem, coś mi tam świtało, że są jakieś „Martwe dusze”, arcydzieło rosyjskiej prozy, ale… „I wiesz, główny bohater Martwych dusz” – ciągnął niezrażony Domownik, zalewając herbatę – „bo wiesz, on robi taki szwindel, skupuje martwe dusze, czyli chłopów, których spisano jako własność danego szlachcica, ale umarli w czasie między jednym spisem a drugim, a mimo to trzeba było za nich płacić, jakby byli żywi… No więc ten Cziczikow, skupujący dusze, to tak jakby szatan”. Tu już miał moją ciekawość, bo czy jest coś lepszego niż móc przeczytać arcydzieło światowej prozy jakby to był horror?

„Co to za jeden, ów Cziczikow, i że jednak Cziczikow niezawodnie być kimś musi”

Ku mojemu radosnemu zdumieniu, kiedy po lekturze samego Gogola sięgnęłam po wykład Nabokova – a wykład ten jest, moim zdaniem, jednym z lepszych, jakie się naszemu przewodnikowi po literaturze zdarzyły – okazało się, że ta interpretacja jest bliska sercu autora „Wykładów o literaturze rosyjskiej”. Tak zatem, jak Nabokov wali prosto z mostu: „Martwe dusze” nie są żadnym tam realizmem w literaturze, a Cziczikow „jest podróbką i fantomem przyobleczonym w pseudopickwickowską krągłość ciała, człowiekiem, który usiłuje stłumić wydzielany przez siebie ohydny swąd piekła (…) za pomocą mdlących perfum, tak bardzo miłych powonieniu mieszkańców tego koszmarnego miasteczka” – i ja Wam od razu na wstępie mówię: Cziczikow w mojej interpretacji to również jest diabeł. Jasne, słowiański i nieporadny – ten rokita, co siedzi w spróchniałej wierzbie i czeka na pijaka, żeby mu nad uchem huknąć i duszyczkę do piekła porwać – ale jednak diabeł.

Zatrzymajmy się jeszcze chwilę nad tym cytatem z Nabokova, który podrzuciłam wyżej, bo dużo tam dobrego. Jeszcze raz:

„Cziczikow jest podróbką i fantomem przyobleczonym w pseudopickwickowską krągłość ciała, człowiekiem, który usiłuje stłumić wydzielany przez siebie ohydny swąd piekła (…) za pomocą mdlących perfum, tak bardzo miłych powonieniu mieszkańców tego koszmarnego miasteczka”

No właśnie. „Pseudopickwikowska krągłość ciała” odsyła nas rzecz jasna do Dickensa – którego Nabokov rozbierał na części w swoich wykładach na temat literatury powszechnej (a my z nim) – i to ciekawe, że pojawia się odniesienie właśnie do niego. Dickens bowiem realistyczny też nie jest, choć za takiego uchodzi. To pierwszy trop, że Nabokov podsuwa nam pewne myśli jak ta słynna rzekoma reklama Coca-Coli, co to migała obrazkami mającymi trafić wprost w podświadomość oglądającego. I jest też Cziczikow-diabeł, który nie ma wprawdzie kopyta zamiast stopy, ale musi się jakoś maskować. Gogol wyczulony na zapachy o tym, kto i jak pachnie, pisze sporo, a ten nacierający się perfumami Cziczikow powinien wzbudzić podejrzenia. Co on właściwie chce ukryć?

Nie mam dziś wielkiej weny na obrazki, ale spójrzmy może chociaż w oczy Mikołaja Wasilijewicza, co?

Całkiem na oko w porządku chłop, ale wzbudza pewien niepokój, a nawet niesmak w miasteczku N., które wraz z okolicą jest areną dziejów pierwszego tomu. Czym? Ano tym, że objeżdża okolicznych ziemian, chcąc odkupić od nich (a często dostać w podarunku) owe tytułowe „martwe dusze”. Ten – jak pisze Nabokov – „nieistniejący towar” to, przypomnijmy: zmarli chłopi, których przy swego rodzaju widmowym życiu trzyma jeszcze tylko to, że do następnego spisu pogłównego (czyli spisu majątku, bo chłopi są majątkiem w tej dziwnej formie niewolnictwa, jaką była pańszczyzna) „pan” musi za nich płacić. Cziczikow oferuje więc intratny biznes: weźmie chłopów, z których nie ma już pożytku, stając się ekonomicznym zbawcą gospodarstwa, a w zamian chce niewiele. Pewnego ryzyka, bo transakcja taka jest nielegalna. „Pewnego”, bo jednak w mocno skorumpowanej Rosji carskiej może by i przymknięto oko na ten szwindel.

Nabokov pisze, że „martwe dusze ożywają dwukrotnie: najpierw za sprawą Sobakiewicza [a] potem Cziczikowa”. Ale w tym dziwacznym świecie Gogola, wypełnionym przez groteskowe (Nabokov napisze nawet: martwe) kukły, udające ludzi, w gruncie rzeczy, czy nie aby ci martwi chłopi są bardziej żywi niż ich cieszący się względnym zdrowiem panowie? Popatrzcie na tych ziemian, we wszystkich jest coś martwego: w hoarderze częstującym spleśniałym ciastem, w zatrzymanym w czasie lizusie, w Koroboczce przypominającej baśniową wiedźmę. Aż by się chciało narysować ich taką kreską, jak upiorne postaci Tima Burtona. A tymczasem ci martwi chłopi, ożywiani wspomnieniami (i pieniędzmi, które trzeba za nich wyłożyć) „żyją”, czy też funkcjonują w ekonomicznym kołowrocie, którego nie zatrzymuje nawet śmierć.

Rozważmy jeszcze ten Cziczikowski biznes – w podwójnym świetle. Raz, oczywiście, jako korzyść ekonomiczną – transakcję będącą na rękę zarówno temu osobliwemu bohaterowi, jak i szlachcie pozbywającej się „martwych dusz”. Dwa, trochę bardziej metafizycznie. Jak pisze Nabokov: „szwindle Cziczikowa nie są niczym więcej, jak tylko widmami czy też parodiami przestępstwa, a zatem żadna prawdziwa kara ani pokuta [w tym świecie] nie są możliwe”. Znowu: nie są możliwe też w tym sensie ekonomicznym, bo urzędników żyjących głównie z łapówek średnio obchodzi, kto tam znowu handluje dziwnym towarem w jakimś zapomnianym rosyjskim miasteczku. A jednak jest tu coś złowrogiego: jakie prawo chce złamać Cziczikow? Ludzkie? Boskie? Zwłaszcza, że zupełnie jasnej odpowiedzi, po co mu te martwe dusze, nie dostaniemy nigdy.

Nieistniejący towar i szeroka Matka Ruś

Przedziwna jest ta pogarda wobec ludzi, jaką zioną zarówno właściciele ziemscy, jak i sam Gogol (że kryształowa z niego postać nie była, Nabokov nie raz i nie dwa wykazuje). Jak pisał Mikołaj Wasilijewicz w cytowanym przez Nabokova ustępie: „Misja właścicieli ziemskich jest misją boską”. A zatem czytanie „Martwych dusz” jako krytyki pańszczyzny jest czytaniem wbrew autorowi. Takie odczytania były jednak popularne i – podobno – złościły samego Gogola. A ten ciągnął, w parafrazie Nabokova, że „obywatele ziemscy są (…) postrzegani jako namiestnicy Boga na ziemi, którzy harują w pocie czoła, mają swoje udziały w raju i bardziej lub mniej solidny dochód w ziemskiej walucie”. Straszliwość. Gdzie zatem jest przekroczenie Cziczikowa? W czym tkwi? W świecie, w którym człowiek jest towarem, jakim przekroczeniem może być handel jego duszą?

Gogol, ze swoją własną duszą podobną do puszki Pandory, jak pięknie to obrazuje Nabokov, żył w „zdeformowanej, upiornej, diabelskiej wizji świata”, w świecie, „w którym coś takiego jak zbawienie duszy po prostu się nie zdarza”. Mamy zatem paradoksalnie Antychrysta w świecie bez przeciwnego bieguna, na którym stałby jakiś Bóg. W tym świecie, w tej „idei Rosji”, jak pisze Nabokov, na którą u Gogola składa się „osobliwy krajobraz, szczególna atmosfera, symboliczna długa, długa droga”, w tej „biednej, pustej i nieprzytulnej prywatnej Rosji Gogola” (tak, tak, nadal Nabokov) jedzie się, szukając zbawienia, którego się nie znajdzie, bo go nie ma. Nie ma sensu, nie ma odpowiedzi. Pozostaje tylko slapstickowy szatan Cziczikow i jego sługi, ledwo patrzące na oczy w akoholowym upojeniu i gubiące czapki w szalonym pościgu za nie wiadomo czym.

„Kalejdoskopowy senny koszmar”, jakim są w odczytaniu Nabokova (któremu radośnie przyklaskuję) „Martwe dusze”, jest tym straszniejszy, że nie ma zeń przebudzenia. Nie wiem, czy wiecie, ale Gogol zachował dla potomności właściwie tylko skończony pierwszy tom. Co się stało z resztą, spytacie? Dajmy temu osobny paragraf, należy się.

„Aż dziwne, po prostu pióro się nie podnosi, jakby ołów jakiś w nim tkwił”

Po doskonale przyjętym pierwszym tomie, autor chciał sam sobie udowodnić, że to dzieło geniuszu, a nie jakiś tam „efekt diabelskich czarów”. Problem, jak wskazuje Nabokov, tkwił jednak w tym, że ambicje Gogola były wprost nieproporcjonalne do jego ówczesnych możliwości – i że to, co planował napisać dalej pozostawało bardzo mizerne w porównaniu do tych „diabelskich czarów”. Widać to zresztą po tym, co nam zostało: fragmentach i rozdziałach, które w wydaniu Znaku z serii 50/50 (a wcześniej, choć w dwóch różnych przekładach, w wydaniu Ossolineum z serii Biblioteki Narodowej) zostały dołączone do kompletnego i zamkniętego – i broniącego się w pojedynkę – tomu pierwszego.

Owszem, „jest w tych rozdziałach kilka wspaniałych fragmentów, ale to tylko echo tego, co było w pierwszej części” (to Nabokov). I tak, wychodzi na to, że miast łkać, że nie wiadomo co dalej i ach, gdzie jest reszta, wyjątkowo w historii literatury cieszymy się, że kolejne części spłonęły. A spalił je sam autor – i nie jest to chyba aż tak smutna historia, bo zdawał sobie sprawę, że zostawiając tom pierwszy, zostawia nam rzecz znakomitą, którą późniejsze dopiski mogłyby jedynie zepsuć. „Gogol ugrzązł w bagnie”, kontynuuje Nabokov, ale ten akt spalenia jest jakimś – w moim odczytaniu – wydobyciem się na powierzchnię. Dobrze zatem, że możemy pożegnać Cziczikowa, tego „czmychającego do piekła wysłannika szatana” wraz z końcem pierwszego tomu.

I jeszcze dajcie powiedzieć słówko o czymś, o czym Nabokov nie pisze: Cziczikow jest równocześnie takim pokrętnym alter ego Gogola, jakimś pisarzem-autorem, który wyrywa się narratorowi. Jego wyobrażenia o martwych duszach – chłopach, których kupił – są porównane przez Gogola z nim samym, wyobrażającym sobie kiedyś losy napotykanych ludzi. Jest w tym wszystkim, przyznajcie, jakieś obrazoburcze i chyba nie do końca zamierzone, ale interesujące, wkroczenie w coś, co może i samego Gogola jednak przeraziło.

***

Na koniec jeszcze o samych wykładach Nabokova. Nie wiem jak Wy, ja miałam wrażenie, że temu spokojnemu przewodnikowi, którego znałam z „Wykładów o literaturze światowej”, tym razem drga niebezpiecznie żyłka na skroni. Strasznie wkurzony jest ten tutejszy Nabokov! Czemu? Czy ten gniew wynika tylko z kiepskiej jakości angielskich przekładów rosyjskiej prozy, do których musi się odwoływać? Czy z tego, że bardziej może mu tym razem zależy? Że mówi do publiki, która może mieć większy problem ze zrozumieniem, o co mu właściwie chodzi? Że ta specyfika literatury rosyjskiej może nie trafić do odbiorcy? No, coś jest, moim zdaniem, na rzeczy. Ciekawa jestem, jak Wy to czytacie?

Zajrzyjcie dzisiaj do Nai, z którą razem kuratorujemy temu przedsięwzięciu wspólnego czytania, zobaczyć jej wpis o Nabokovie. Będziemy Was zapraszały do kolejnej wspólnej lektury i dyskusji już w połowie września, tym razem do „Ojców i dzieci” Iwana Turgieniewa, kolejnych w wykładach Nabokova. Swój udział dzisiaj zapowiedziały też Asia z bloga Jeden akapit i Marta z Między sklejonymi kartkami, a Karo z Niekoniecznie Papierowe zapowiedziała InstaStories. Zresztą (jak może niektórzy zauważyli) ostatnio częściej można mnie spotkać właśnie na Instagramie i liczę, że tam akcja wspólnego czytania Gogola pojawi się w kilku odsłonach. To co, widzimy się jesienią, czytając wraz z Nabokovem Turgieniewa?

Comments

  1. naia

    A, widzisz, a więc zostałaś już wcześniej naprowadzona na diabelski trop, dla mnie był on trochę zaskoczeniem. A przecież teraz, jak pomyśleć o tym kupowaniu dusz, wydaje się to oczywiste. Spotkałam się wcześniej co prawda z porównaniami do piekła Dantego (o tym, zdaje się, mowa była też w posłowiu do mojego wydania „Martwych dusz”), ale diabłami zawsze zdawali mi się raczej ci intryganccy mieszczanie. 🙂 Słowem – przeniesienie akcentu z nich na samego Cziczikowa zupełnie wywróciło mój sposób widzenia tej powieści (bardzo konwencjonalny, sądząc po tym, co pisze Nabokov).

    Cudowna jest ta Twoja wizja bohaterów powieści jako postaci Tima Burtona! 🙂 Może właśnie przez tę ich efektowną upiorność i wiedźmowatość to oni przede wszystkim zdawali mi się przynależeć do kręgów piekielnych. A Cziczikow, przy pomocy swoich pachnideł, skutecznie się zakamuflował. 🙂

    Co do żyłki na skroni… Mnie dość mocno zapadło w pamięć jego zacietrzewienie także w „Wykładach o literaturze”, ale może masz rację. Obstawiałabym, że po prostu literatura rosyjska jest przedmiotem na tyle bliskim jego sercu, że budzi większe emocje. 🙂

    1. Post
      Author
      Pyza

      No właśnie przyznaję bez bicia, że od początku tak myślałam o „Martwych duszach” i raz, że zgrywało mi się to z lekturą samej powieści (a to zawsze przyjemnie się przekonać, że jakieś kawałki puzzli, które nosimy w głowie, wskakują na właściwie miejsce – zawsze mnie dziwi, kiedy zbliżam się do jakiejś klasyki i ona się okazuje raz, że zupełnie inna, niż myślałam, a dwa, że o czymś zupełnie innym, niż słyszałam), a dwa – właśnie z Nabokovem. Miło się z nim zgadzać, zwłaszcza że tak ze swadą opowiada o tym Gogolu w wykładzie. Ciekawa jestem, jak to będzie dalej z tą żyłką – czy Nabokov się trochę uspokoi, czy będzie jeszcze bardziej zacietrzewiony, zwłaszcza że kolejny jest przecież myśliwy Turgieniew, więc ta metafora jakoś pasuje ;-).

  2. Asia

    Postaci z „Martwych dusz” narysowane w burtonowskiej konwencji! Kupuję to, całkowicie! Może dlatego właśnie Cziczikow mnie zupełnie do siebie nie zraził, bo widziałam go oczyma wyobraźni na takich chudych nóżkach z szerokim uśmiechem na twarzy i trochę creepy, jak u Burtona. Rany, ale chciałabym to zobaczyć!
    A Nabokov i jego żyłka ewidentnie byli na skraju pęknięcia. Gdybym była na takim wykładzie, to bałabym się, że rzuci we mnie książką 😛

    1. Post
      Author
      Pyza

      To teraz czekamy, może trzeba by napisać do Burtona, „panie Timie, tu takie cudo na pana czeka, proszę się inspirować!” ;-). A co do samych wykładów – pamiętam taką historię, że zapalał po kolei światła, żeby pokazać studentom wielkość rosyjskich autorów po kolei (wiesz: mała lampka to autor A, górne światło – autor B, no a jak jeszcze odsłonisz żaluzje, to spływa na Ciebie cała wielkość autora C). Także rzucanie książką by do takiego sposobu nauczania też pasowało :-D.

  3. Altti

    Dałaś do myślenia.
    Muszę raz jeszcze przeczytać „Martwe dusze”. Wiesz, że lubię zaglądać „pod obrus”, sprawdzać, jak dany utwór działa, oglądać szczegóły konstrukcji.
    Że „Martwe dusze” są pierwszą częścią pisanej na nowo „Boskiej komedii” (czyli Piekłem), to faktycznie gdzieś w przedmowie albo posłowiu do mojego wydania opisano jako pewnik. Piszesz, że winniśmy czuć ulgę, że nie Gogol spalił następne części. Ja czuję niedosyt. Że nie zdążył napisać ich na nowo. Bo zastanawia mnie jedno: skoro Cziczikow to emisariusz Dołu, który porywa dusze z rąk ich ziemskich opiekunów, opiekunowie są – jak wskazałaś – burtonowsko okropni, to musi być jeszcze aspekt Odkupiciela, który straciliśmy. Oczywiście, że nie będzie go w tym tomie, skoro mamy dopiero Piekło.
    Zatem? Kolejna fabuła utracona na zawsze?
    Dla mnie – szkoda.

    1. Post
      Author
      Pyza

      Tak, a tutaj można spokojnie oglądać każde zębate kółeczko (albo koło od wozu i sprawdzać, czy się dotoczy do tego Kazania, czy nie dotoczy…). Nabokov też to pięknie rozbiera na części, więc bardzo polecam ten wykład. Ładnie się wpisuje z jednej strony w tradycję rozmontowywania Gogola od Biełego (a może i wcześniej?) poczynając, po same zdolności Nabokova w tym zakresie. A co do skończenia czy też nie skończenia – wiesz, to co dostajemy w II tomie a propos Odkupiciela jest bardzo rozczarowujące. Trochę pachnie takim nieudanym Dostojewskim i widać, że Gogol się wypalił, że tak bardzo mu zależało na napisaniu Wielkiego Dzieła o Niebie, że aż to nie wyszło. I wiesz, w „Boskiej Komedii” też nie bez kozery właśnie „Piekło” budzi największą ekscytację (też literacką).

      1. Altti

        „A co do skończenia czy też nie skończenia – wiesz, to co dostajemy w II tomie a propos Odkupiciela jest bardzo rozczarowujące. ”
        Otóż właśnie mi o to chodzi. Że nie zdążył go poprawić – brakło mu czasu i natchnienia, by napisać na nowo tę „właściwą”, czyli genialną 😉 wersję… Tego żałuję.
        Podobnie jest z Dukajem. Rozpoczął świetną trylogię powieścią „Perfekcyjna niedoskonałość”, po pierwszej części (i pewnym cliff-hangerze) zatrzymał się czekając na rozstrzygnięcia pewnych kwestii przez fizykę cząstek elementarnych (żeby nie wyjść anachronicznie w następnych tomach) i… mu przeszło. I oficjalnie ogłosił, że dalszych części nie będzie. A odczucia czytelników, którzy jak ja czekali na ciąg dalszy opisuje takie pojęcie internetowej nowomowy: „smutnazaba.jpg”

        1. Post
          Author
          Pyza

          Rozumiem żal, tylko czy on był w stanie napisać coś więcej? To jest też pytanie Nabokova: i zgadzam się z nim, że powstrzymywał go nie tylko odpływ sił twórczych, ale właśnie zamysł. Że jak tworzysz tak doskonałe piekło, to jak stworzysz raj, który jest lepszy? I tak dostajemy tylko bohatera-paraodkupiciela, który pachnie moralizatorstwem zamiast pięknem i dobrem. Stąd mój żal jednak jest w stopniu zerowym ;-). Kurczę, nie wiedziałam, że Dukaj to ogłosił oficjalnie – ale też za „Perfekcyjną…” zabrałam się będą chyba jeszcze w liceum i jakoś mnie nie wciągnęła, więc i tu żalu niet ;-). Dla mnie Dukaj pozostaje autorem „Lodu” ;-).

            1. Post
              Author
              Pyza

              Wybacz późną odpowiedź, nie, absolutnie nie jestem przeciwna, dzięki za danie znać (i za ciekawy tekst!).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.