Czy seria przygód Petera Granta się kiedyś skończy? Albo o spotkaniu autorskim z Benem Aaronovitchem

Przez cały dzień niemiłosiernie wiało i żeby pokonać zupełnie prostą drogę, która zwykle zajmuje pięć minut, trzeba było się naprawdę postarać. Ale nie było zmiłuj: bilety na spotkanie autorskie kupione, książka przygotowana, trzeba było wyjść i pustawymi uliczkami Cambridge podążyć na spotkanie autorskie z Benem Aaronovitchem. Spotkanie promuje nową część sagi o Peterze Grancie, czyli „False Value”. A że wiatr jakoś ucichł, a księgarnia Heffers, w której po zamknięciu dla klientów odbywało się spotkanie, była cicha i przytulna, to właściwie nie było to żadnym wielkim poświęceniem.

Ale o co właściwie chodzi?

Jeśli trafiliście tu i nie wiecie, o kim właściwie mówię, zajrzyjcie do mojej notki na temat Petera (tutaj), możecie też posłuchać jak bez spojlerów mówię o jednej z poprzednich części (tutaj). Kiedy dowiedziałam się, że Aaronovitch będzie miał spotkanie, pomyślałam, że skoro śledzę serię właściwie od jej początków (myślę, że to będzie jakoś od tego wpisu Zpopk) i w dodatku jestem na bieżąco, to czemu nie pójść?

Może się Wam wydawać dziwna taka rozkmina, ale od lat się zastanawiam, czy ja właściwie lubię spotkania autorskie, czy nie. Lubię je jako okazję do spotkania ze znajomymi, których można na nich wyhaczyć, lubię popatrzeć, jak autor zachowuje się na żywo i posłuchać, jak czyta (dla przykładu ostatnia książka Jacka Dehnela „Ale z naszymi umarłymi” mnie nie porwała zupełnie, ale fenomenalnie mi się słuchało, jak autor sam czytał fragmenty na spotkaniu). Czasami boję się rozczarowania – wiecie, na zasadzie, że lubię książki, a tu co, jeśli autor okaże się bucem? Na szczęście póki co moje obawy niespecjalnie się sprawdzają, to znaczy – bucowatości jeszcze na spotkaniu żadnym nie doświadczyłam (a nawet na serii spotkań). W każdym razie nie ze strony autorów, ale to już inna historia.

 

Cisza, spokój, przypadkowi przechodnie z rozmazanymi twarzami i oto już stoję pod księgarnią.

Instytucja spotkania autorskiego jest zatem dla mnie i jakoś kusząca, i dość egzotyczna. W dodatku w Wielkiej Brytanii (a przynajmniej w tych przypadkach, z którymi się spotkałam) spotkania autorskie są biletowane, a Domownik trafił nawet na takie, gdzie z góry zarządzono, że żadnych tam „personal dedication” nie będzie, więc autor złoży podpis na książce, owszem, ale tylko i wyłącznie podpis. Częściowo więc kultura spotkania autorskiego tutaj pozostaje dla mnie pewną tajemnicą: jak to jest z autografami? A czy wolno robić zdjęcia? Czy może lepiej kupić od razu podpisaną książkę (istnieje taka możliwość)? Słowem: oprócz samej sytuacji spotkania z autorem, mogłam poobserować też właśnie jak się podchodzi do takiego spotkania.

No i jak to wyglądało?

Powiem Wam, że trochę się zdziwiłam na miejscu, bo okazało się, że to co de facto reklamowano jako spotkanie z Aaronovitchem, było spotkaniem również z A.K. Larkwood, której debiutancka powieść fantasy także ukazała się przed tygodniem (tutaj możecie o niej poczytać). W związku z tym było dość dziwnie, bo z jednej strony liczono chyba na efekt „starszy i bardziej popularny pisarz przyciągnie czytelników do debiutującej pisarki”, ale zważywszy na to, że w trakcie podpisywania książek każdy, kto podchodził do pisarki był witany okrzykiem „o, masz coś do podpisania także przeze mnie?”, nie był to pomysł specjalnie udany.

Trochę trudno się dziwić, bo większość publiczności zdecydowanie przyszła pogadać o Peterze Grancie. Tu zdziwiłam się nieco, bo głównie byli to ludzie w wieku moich rodziców i starsi – nie byłam może najmłodsza, ale dość zaniżałam średnią wieku. W związku z takim nastawieniem – i reklamą zresztą, w której nazwisko Aaronovitcha grało pierwsze skrzypce – o powieści Larkwood trudno było się dowiedzieć czegoś więcej. Autor „False Value” też przyznał, że zdążył ledwie napocząć jej powieść, więc pisarka zadawała mu pytania, coś tam czasem ogólnego wtrąciła (np. jak wybiera się tytuły do książek) i w sumie… Tyle. Aaronovitch próbował jeszcze trochę animować tę nierówną walkę, zagadując o wpływy Ursuli K. Le Guin w powieści Larkwood (podobno jest tam czytelne nawiązanie do „Grobowców Atuanu”, a pisarka przyznała, że uwielbia Le Guin i to jej ulubiona powieść), ale cóż, spójrzmy prawdzie w oczy, sytuacja była z góry dość nierówna. I w dyskusji padały pytania dotyczące tylko Petera Granta.

Czy kiedyś się z Peterem pożegnamy?

Myślę, że jak każdy czytelnik i każda czytelniczka tej serii, zadaję sobie pytanie „jak” i „kiedy” się to wszystko skończy. Wychodzi na to, że nie ma się o co martwić. Aaronovitch zagadnięty o to odparł, że przestanie pisać wyłącznie w trzech wypadkach. Po pierwsze, jeśli ludzie przestaną kupować te książki. Po drugie, jeśli sam się nimi znudzi, na co – jak zaznaczył – się nie zanosi. Po trzecie, jeśli zarobi tyle, że stać go będzie na jacht, ale ponoć utrzymanie jachtu kosztuje co pół roku tyle, co jacht, więc raczej, jak powiedział, będzie po prostu dalej pisał na tym jachcie.

Często zarzucam tym powieściom, że brak im wyraźnej kulminacji. I do tego autor się odniósł, mówiąc, że nie lubi eskalacji. Nie chce się zapędzić w kozi róg, w którym bohater musi co krok mierzyć się z coraz to silniejszym przeciwnikiem (jak dodał, coś takiego spotkało Jima Butchera i jego bohatera, ale że jeszcze nie czytałam, to nie mam zdania – odsyłam tu do bloga Moreni). Dlatego Peter zwykle po prostu zakuwa „tego złego” w kajdanki. No, czasami przy tym coś ekspoduje, ale bez przesady. Dlatego lepiej do tych książek podchodzić na spokojnie, ot, zajrzeć, co tam ciekawego w życiu bohaterów, a nie od razu czekać na koniec świata. Przyznam, że to podejście pomaga – mnie np. kiedy muszę wyjść z domu i pada. Peter Grant fenomenalnie radzi sobie z brytyjskim deszczem, sprawdźcie sami. Od razu jakoś przyjemniej.

 

Pusta księgarnia po zmroku i zamknięciu. „Zejdź w dół i po prawej już dostrzeżesz krzesła”. Faktycznie, dostrzegłam!

Aaronovitch to ten typ pisarza, który sporo żartuje, ma też dość dużo charyzmy, by zapanować nad tłumem (dobrze, może akurat ten tłum w piwnicy Heffersa nie był ani jakoś bardzo tłumny, ani niezdyscyplinowany, mówimy wszak o narodzie uwielbiającym się kolejkować, ale jednak). Można się zatem było dowiedzieć, że jeśli chcecie napisać kryminał, niech Waszym zbrodniarzem będzie rolnik, bo nikt wszak nie podejrzewa rolników, którzy taszczą po polach coś podejrzanego owiniętego w celofan. „Wyobraźcie sobie, że widzicie mnie z czymś obijającym się o ziemię, zapakowanym w folię”, rzucił autor, „Jasne, że od razu zadzwonicie na policję! A rolnik? Rolnik przejdzie, ukryje ciało i wróci do domu narzekać na pogodę”.

Oprócz tego padały oczywiście pytania o przyszłość serii. Ponoć swoją nowelę ma dostać nastoletnia adeptka magii, kuzynka Petera. Autor obiecuje, że skończy pisać też nowelę o Nightingale’u, jak tylko wymyśli, z jaką misją wysyła go do przypominającej Bertiego Woostera z cyklu P. G. Wodehouse’a postaci. Przy tej okazji dowiedzieliśmy się, że jasne, Nightingale ma jakąś swoją historię, ale czy kiedyś dowiemy się, co tak naprawdę wydarzyło się pod Ettersbergiem, czy dalej dostawać będziemy tylko krótkie urywki? Tego autor nie wie. Faktycznie dość dużo sprawczości przypisuje swoim bohaterom – a to też niezła wymówka. Pojawiają się, kiedy chcą i robią, co chcą. Średnio wierzę, ale przyjemnie się o tym słucha. No i cóż, oczywiście zgadzam się, że jak od ośmiu tomów przebąkuje się o tym nieszczęsnym Ettersbergu jako o czymś wielkim, to nie wiadomo potem, jak to opisać, bo zawsze znajdzie się ktoś rozczarowany, że ta cała szumnie zapowiadana historia dostatecznie „wielka” nie była.

Drobne smaczki

Przy okazji można było dowiedzieć się różnych drobnych smaczków. Czy będą jeszcze jakieś fragmenty opowieści o Peterze Grancie, dziejące się w Niemczech? Czy autor lubi frytki? Dlaczego łacinnicy przed nim uciekają? Co kryje się w ścianach warowni na Murze Hadriana? Jak brzmi głos Petera Granta? Czy bohater kiedyś wyląduje w Szkocji? Dlaczego BBC od czasu do czasu produkuje serial o kierowcach ciężarówek? Czy „Rzeki Londynu” to taki zły tytuł? Czu Ursula Le Guin opisała kiedyś jakiś statek kosmiczny? Jak trudno dogadać się w sprawie wejścia do miejskich kanałów? Jak wiele monet kosztuje porządny research na temat katedry świętego Pawła i czemu się nie opłacił autorowi?

Podobała mi się inkluzywność Aaronovitcha. Uczciwie mówił, jak zbiera materiały i że stara się najpierw dobrze poznać jakąś kulturę, zanim wprowadzi bohatera, który ma ją reprezentować (i jak mu było głupio, kiedy okazało się, że jedna z bohaterek pochodzenia somalijskiego zagościła w serii na dłużej, a on musiał chodzić i szukać wiarygodnych informacji na temat tej kultury, bo wcześniej nie spodziewał się, że tak może być). Na koniec bardzo uprzejmie podpisywał książki („ja nie jestem wymagającym pisarzem, napiszę wam, co chcecie, na czym chcecie, tylko dajcie mi przygotować długopis”). I nawet rozpoznał moje imię jako polskie, i zapisał bez błędu! Nie, nie poprosiłam o dedykację dla Pyzy. Nie jestem potworem!

Wyobrażacie sobie, ile czasu bym to przejęta literowała? A o ludziach z kolejki za mną też trzeba było myśleć. Zwłaszcza, że przede mną pan wdał się w krótką pogawędkę z autorem.

-Jak masz na imię?

-Paul.

-O, Paul. Trafia mi się wielu Paulów. Czasem myślę, że Paul to jest najpopularniejsze imię tutaj. Paul i może jeszcze Henry.

-Mój brat ma na imię Henry…

Comments

  1. Hannah

    A czy ktos zapytal o adaptacje? Bo ja sie bardzo ekscytuje a tu wiadomosci jak na lekarstwo. Podobno prawa w dobrych rekach wiec jest nadzieja. Sama bym sie chetnie dowiedziala, czy Peter bedzie podrozowal poza Wielka Brytanie. To by bylo ciekawe.

    1. Post
      Author
      Pyza

      Niestety, w sumie też na to nie wpadłam. Padło pytanie o audiobooki i czy autor słucha (słucha) i czy ceni (ceni). Jeśli chodzi o TV – Aaronovitch krótko wspomniał, że zmienił lokację w pierwszym tomie ze względu na to, że ewentualna adaptacja byłaby w tym konkretnym miejscu droga (chodziło o teatr). I właściwie w tym punkcie nic więcej nie padło, więc może coś jest w produkcji…? Rozumiem Cię, bo sama łaknę jaka kania dżdżu dnia premiery serialu o Straży. A co do Petera poza Anglią – ma być kiedyś w Szkocji i Aaronovitch mówi, że wtedy pewnie wyprawi go do Aberdeen. Poza samą Wielką Brytanię póki co chyba nie ma planów (co innego Nightingale).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.