Ile i po co autor nam mówi albo ej, to cios poniżej pasa!

Zastanawialiście
się czasem, czemu coś w powieści, którą czytamy, wygląda tak a
nie inaczej? Jako namiętna rozbieraczka powieści na części zastanawiam się
nad tym bardzo często. I dochodzę do wniosku, że nie zawsze
„mniej” znaczy lepiej, a „więcej” nie musi wcale lepiej budować
świata przedstawionego.

Jak już Wam kiedyś
wspominałam (jestem pewna, że wspominałam, ale niepewna – gdzie
dokładnie) mam alergię na książki, których autorzy starają się
nas przekonać o realizmie dodając wciąż więcej i więcej opisów
przemocy. I nie, nie mówię tutaj o książkach, które się dla
przemocy czyta – różnego rodzaju krwawe horrory na przykład. Ale
to dobra ścieżka rozumowania, więc idźmy nią dalej: bo po co
jest w tych gore powieściach przemoc? Jej kumulacja sprawia nie
tyle, że myślimy „o rety, jakie prawdziwe!” ile: „o rety, ale
przesada!” i rozmywa nam się ta granica prawdziwości. Natomiast
są autorzy, którzy dorzucając ciągle nową i nową przemoc do
swoich powieści (i to nie tylko przemoc fizyczną) budują na niej
fundament realizmu – czy nawet: naturalizmu. Ale może to prowadzić
do dwóch co najmniej typów zachowań czytelnika: albo spodziewamy się już
wszystkiego, więc zaczyna nam być wszystko jedno albo po prostu
zaczyna nam być wszystko jedno, bo wiemy, że bohatera/bohaterkę
spotka jeszcze niejedno zło na kartach powieści. To trochę jak z
odhaczaniem kontrowersyjnych tematów, o których pisałam tutaj – zjawisko jest bardzo
podobne: było to, jeszcze powinno być to i tamto. Co z tego
wszystkiego wynika?
Krokodyle. Krokodyle pokazują się zawsze na tyle, na ile trzeba. Źródło.
Nie powiem Wam, że
coś konkretnego. Ale od czego ma się bloga? Pogrupowałam sobie te
wszystkie zjawiska spod znaku „ile i po co?” w kilka szuflad
(przyciasnych, jak to szuflady w końcu), żeby móc o nich chwilę porozmawiać. Będzie nie tylko o nagromadzeniu przemocy albo o „oczyszczaniu” niektórych wątków — ale w ogóle o tym tytułowym „ile nam autor mówi i po co”.
Autor mówi nam
wszystko:
przypadek „Łaskawych” Littella, moim zdaniem,
nieźle ilustruje to zjawisko. Bo oczywiście w prozach auto- czy w
ogóle biograficznych to ma nieco inne znaczenia: autor mówi nam
dużo, czy wręcz stara się opowiedzieć wszystko, żeby dać zarys
pewnej historii, czyjejś historii, przy czym wydaje mi się, że
raczej najczęściej wcale nie jest to „wszystko”, ale ta część,
która ma odpowiedzieć na pytania, jakie autor sobie postawił,
pokazać historię tak, jak sobie zaplanował. W innym wypadku może
wyjść słabo albo niespójnie (wszyscy czytaliśmy takie biografie,
gdzie coś nie grało). Natomiast w fikcji per se – no
właśnie, tu zaczynają się schody. Stąd przywołuję te
„Łaskawe”, książkę, która mimo wielu nagród i pewnego
nowatorstwa mnie do siebie zniechęciła: właśnie tym, że owo
„wszystko”, co mówił nam autor (opowiadając o odrażającym
bohaterze z przegródki „inteligent-nazista”) sprawiało
wrażenie, jakoby było wyważaniem drzwi. Tyle że, no może nie od
razu, że otwartych, ale już mocno uchylonych (wbrew obiegowej
opinii mamy trochę próz głównym bohaterem, czy nawet narratorem,
odpowiedzialnym za wojnę i Holocaust). Littell zrobił zresztą coś,
co mnie zupełnie zniechęca, czyli dorzucił „tematy z listy”.
Mało nam nazisty? Niechaj będzie homoseksualistą. Przymało? Może
kazirodztwo? I tak dalej w ten sposób. Mam nieodparte wrażenie, że
ma to budować wielkie pytanie, które nie uzyskuje tak naprawdę
odpowiedzi, że to pokaz „można wszystko”, który nie służy
niczemu więcej, poza samym pokazem. Nie znalazłam w każdym razie
przekonującej mnie odpowiedzi – po co. Ale jeśli macie swoje
hipotezy, z chęcią podyskutuję! 
Autor pokazuje
nam coraz więcej:
to przypadek
podobny do tego wyżej, ale nieco inaczej zrealizowany (w zrębach).
To znaczy nie dostajemy
wszystkiego w dużym natężeniu naraz, ale w małych dawkach, co
jakiś czas. Dobrą ilustracją są tutaj „Pieniądze od Hitlera”
Radki Denemarkovej, czyli powieść o tym, że czasami to, co
pamiętamy, wcale nie jest tym, co się wydarzyło – albo że inni
mogą to pamiętać inaczej i być o tym przekonani. I w gruncie
rzeczy męczyłam się bardzo, czytając, dlatego że autorka niczego
swojej bohaterce nie oszczędza: czy to chcąc pokazać bestialstwo
Niemców, czy Czechów, czy wreszcie to, co spotyka bohaterkę w
teoretycznie „spokojniejszych” czasach. Do tego stopnia, że w
pewnym momencie zaczęłam sobie zadawać pytanie, po co to wszystko?
Przy czym tutaj korespondują ze sobą dwie rzeczy: upoetyzowanie
języka, jakim autorka opisuje kolejne okrucieństwa (przez co czasem
powieść brzmi mocno pretensjonalnie) oraz sama konstrukcja, w
której odsłaniają się kolejne warstwy pamięci (co całą powieść
ratuje i sprawia, że z czystym sumieniem Wam ją polecam, ze
wszystkimi zastrzeżeniami). Przy
czym nadal uważam, że Denemarková
jest
tym przypadkiem autora, który pokazuje stopniowo coraz więcej po
to, żeby powieść wydawała się bardziej realistyczna – i
mocniej oddziałała na czytelnika. Problem w tym, że nie jest to
sposób uniwersalny.
Autor
pokazuje nam to, co powinniśmy wiedzieć, żeby się nie zgubić:
i
to jest coś, co można albo spotkać w książkach słabo napisanych
(tu od razu uwaga: jasne, są książki napisane dość przeciętnie,
w których opisy wszystkiego, od drzewa, które mija bohater, po
ostatnią sprzączkę jego buta mają detaliczny charakter),
albo
z rozmysłem napisanych tak, że widzimy zaledwie urywek czegoś, o
czym być może się dowiemy, a być może pozostanie tylko w sferze
naszej wyobraźni i serii dopowiedzeń. Przywołam
tutaj dla przykładu „Solaris” Lema, gdzie dowiadujemy się
teoretycznie całkiem sporo o dziejach solarystyki i hipotezach
dotyczących tego, jak to może być z tym solaryjskim oceanem, ale
tak naprawdę dowiadujemy się pewnych rzeczy tylko z grubsza. Po co?
Żeby lepiej poczuć sytuację bohaterów: samotnych na oddalonej od
Ziemi stacji badawczej, co do której nie wiadomo, czy jest sens ją
dalej finansować, na planecie, o której nic pewnego tak naprawdę
nie wiadomo (to jedna z możliwości, ale ją lubię, więc
przytaczam). Z drugiej strony – Lem informuje nas, że na przykład
fantomy zjawiają się także innym solarystom poza głównym
bohaterem, ale jeśli czekacie na jakieś dokładne informacje o nich, to
cóż.
 Okej, to aligator, ale zasada działania — podobna. Źródło.
Autor
pokazuje nam minimum z minimum:
i
znowu – nie mówię tu o sytuacji, w której autor tak robi, bo nie
bardzo wie i umie pokazać więcej, ale kiedy jest to jego świadome
i zamierzone działanie. Sama
narracja ma nas raczej wprawić w pewien sugestywny nastrój, opiera
się na tym, co sami sobie poza kadrem dopowiemy, natomiast to, co
wiemy, to właściwie wyobrażenia bohaterów. Podetknęłabym pod tą
kategorię Zelaznego z jego amberyckim cyklem, choć niezupełnie
tutaj pasuje, bo początkowo dostarcza nam detalicznego wyglądu
bohaterów, dopiero później wszystko rozmywa się raczej w
zaznaczenia (ot, jest sobie zamek – służbę, wyposażenie,
obyczaje właściwie dopowiadamy sobie sami) i wyobrażenia (opisy
podróży przez Cienie są, delikatnie mówiąc, „nieostre” –
przy czym uważam to akurat za szaloną zaletę cyklu). Może
być też tak, że autor odwołuje się do czegoś, co dobrze znamy,
po to, żeby zaznaczyć coś dla nas, zrobić coś w rodzaju szkicu i
przejść dalej do tego, co istotne dla samej fabuły (jak to robi w
swoich opowiadaniach M. R. James).
No
dobrze, zapewne istnieje też sytuacja, w której autor
nic nam nie pokazuje
,
tylko że nie przychodzi mi do głowy żaden przykład ani też
pomyślunek, dlaczego miałby tak robić. A może Wy macie pomysł? A
jakie są Wasze preferencje odnośnie do tego, ile autor i w jaki
sposób pokazać powinien?

Comments

  1. Fatalne Skutki Lektur

    Przypadek z George'a RR Martina, czyli ogólnie czytelnik rozleniwiony pokazywaniem wszystkiego jest: w tomie pierwszym (Gra o Tron) jeden z bohaterów z drewnianym mieczem rzuca się na kilku rycerzy w pełnym ekwipunku, by umożliwić ucieczkę małej dziewczynki. Ponieważ ona jest narratorką, widzimy jego ostatnie chwile w walce, ale nie śmierć – uciekła. Martin wie, że on nie żyje, każdy w miarę rozsądny czytelnik wie, że starcia przeżyć nie mógł, a na forach fanowskich co jakiś czas (po pięciu tomach wciąż!) teorie spiskowe gdzie on teraz jest i co robi. Bo przecież momentu śmierci nie widzieliśmy! Ręce opadają.

    1. Post
      Author
      admin

      Dobry przykład bardzo! Zastanawiam się, czy dałoby się tu znaleźć jeszcze inne tego rodzaju — bo ciekawa jestem, na ile to jest kwestia detaliczności opisów, a na ile sugestywności świata przedstawionego, w którym mieści się, nie naruszając go, spora dawka rozlicznych headcanonów (bo przecież podobne rzeczy zachodzą na przykład przy Harrym Potterze — ileż tam jest pobocznych historii "domyślanych" na własną rękę przez czytelników!).

    2. Post
      Author
      admin

      No jasne, ale ja zrozumiałam to też tak, że można rozróżnić celowe działanie autora od tego, co się potem dzieje z takim wątkiem w różnych zakątkach czytelniczego fandomu :).

    3. Altti Anonim

      Z tym fandomem, to też różnie. Bo GRRM z nim gra. Swój pomysł ma i się go trzyma, ale trzyma też rękę na pulsie tego co się w fandomie mówi i lub mylić tropy i podgrzewać atmosferę.
      Osobiście uważam, że Syrio Forel nie żyje i taki był pomysł GRRM. Dlaczego? Bo jego cała postać, razem z osłoną ucieczki Aryi, to kopia Duncana Idaho. To z kolei wielu osobom może nasunąć przypuszczenie, że Syrio wróci. Bo Duncan wrócił.

    4. Post
      Author
      admin

      Właśnie, bo GRRM śledzi na bieżąco i inkorporuje ;). Nie wiem, jak mu to całościowo wpływa na koncepcję, ale mam swoje podejrzenia.

  2. leżę-i-czytam

    Czasem lubię, jak mam (prawie) wszystko "dopowiedziane", ale częściej preferuję (spory) margines dla wyobraźni. Ciekawy jest przypadek autobiografii, która z definicji jest "pokazywaniem". Ale weźmy "Moją walkę" Knausgarda. Z jednej strony powszechna zgoda, że to rzecz o pisarzu, z drugiej słychać, że Knausgard jest "ekshibicjonistyczny". Albo Jerzy Pilch z zaskoczeniem, jakim jest (dla mnie) Jego "Zuza albo czas oddalenia". Trochę tu Pilcha jest, a trochę się chowa – za konwencją, stylem, fabularnym zabiegiem. Ciekawe pytanie, ile autor Nam pokazuje (i dlaczego tak dużo 😉 ), ale interesująca jest też czytelnicza tolerancja na tę ilość pokazywaną.

    1. Post
      Author
      admin

      No właśnie: toleracja i nietolerancja czasami też. Bo z jednej strony w danym gatunku (przykład biografii czy prozy okołobiograficznej właśnie — tu jeszcze zostaje problem tego, co to właściwie jest, kiedy pisarz nie kryje się z tym, że korzysta z własnych doświadczeń i losów) można na to przymknąć oko, ba, pofolgować takiej vouyerystycznej przyjemności "ale jak to było, jak to było?", a z drugiej strony mamy całą masę przypadków, gdzie wcale nie chcemy, żeby autor nam tak od razu wszystko pokazywał, mógłby nawet mniej (tak jak w tych dwóch pierwszych przypadkach z góry). Pilch to jest w ogóle dobry przykład, żeby roztrząsać ten problem, czy on tam się nam pokazuje, czy jednak wcale nie i to tylko pewna gra (chociaż moje czytelnicze doświadczenia z Pilchem są małe, bo jest jednym z tych autorów, w których "grzęznę" ;)).

    1. Post
      Author
    2. leżę-i-czytam

      Można iść jeszcze dalej (zbaczając nieco z tematu) i spytać: a co z pokazywaniem więcej, niżby chciał sam autor, czyli z dopisywaniem ciągu dalszego przez innego pisarza? Przykładów wiele, dość wymienić kontynuację "Przeminęło z wiatrem" czy trylogię "Millenium" Larssona. Raczej nie jestem za. To tak, jakby ktoś uszył kołnierzyk, a kto inny rękaw koszuli. Może wyjść "hit mody", a może – nieporozumienie.

    3. Post
      Author
      admin

      Dobra myśl bardzo. Dorzuciłabym tu jeszcze retellingi (ten "Dworek Longbourn", o którym pisałam ostatnio, to jest taki przykład — Austen sama pisała, że zasadniczo to nie chce pisać o nieprzyjemnościach i stara się dać swoim postaciom w miarę szczęśliwe końce, a tu łups, wszystkie brudy autorka retellingu wyciąga, dodaje i przepiera ;)). Przy czym czy to kontynuacje (nawet pisane przez tego samego autora po latach mogą być nie za szczęśliwe!), czy retellingi — mogą być świetne i pokazywać dzieło w innym, interesującym świetle, a mogą, no właśnie, być nieszczególne, delikatnie mówiąc ;).

  3. Anna Flasza-Szydlik

    Bardzo nie lubię kiedy autorzy w imię realizmu pokazują mi wszystko, łącznie z informacją ile ziarenek pieprzu było w zupie pomidorowej, którą bohater konsumuje, jeśli nie ma to większego związku z fabułą. Tak samo nie lubię epatowania przemocą w imię realizmu, w pewnej chwili mam przesyt i albo odkładam książkę przytłoczona albo zaczynam ją traktować jak film Tarantino.

    1. Post
      Author
      admin

      To prawda z tym Tarantino — też tak mam, a często mam wrażenie, że autor nie zauważył tej granicy i ją przekroczył (myślę, że to musi być zmora współczesnych powieściopisarzy). Zgadzam się też, że to pokazywanie wszystkiego, nawet jak nie bardzo ma to znaczenie (trochę tak robi Wharton, co mnie do jego próz zniechęciło) nie służy wcale realizmowi.

      Właśnie: czasem mi się wydaje, że książka z dość umownym tłem, ale z dobrze prowadzonymi bohaterami jest bardziej realistyczna, niż taka, w której każda fałdka sukienki opisana jest dokładnie i z precyzją zgodną z każdym obrazem i powieścią z epoki.

    1. Post
      Author
      admin

      Tak, bo to nie jest tak, że tę książkę rzuciłam z obrzydzeniem w kąt. Ona ma fascynować chyba tym odrzucającym tematem, realizacją i bohaterem właśnie. Co nie zmienia faktu, że to jest jeden z tych przypadków, kiedy wszystkiego jest za dużo (inna sprawa, czy autorowi chodziło o ten realizm, czy nie, bo czasem się nad tym zastanawiam).

  4. Procella

    Jeszcze jedną sprawę bym dorzuciła – pokazywanie przez innych tego, co niekoniecznie powinno zostać pokazane. Publikowanie przez spadkobierców po śmierci autora (albo i niekoniecznie przez spadkobierców i niekoniecznie po śmierci, czego dowodem kontrowersje wokół "nowej" książki Harper Lee) niedokończonych powieści, tekstów z szuflad, których sam autor z takiego czy innego powodu nie przekazał do wydania itp.

    1. Post
      Author
      admin

      Fakt, ale zdarza się czasem, że w ten sposób dostajemy rzeczy wartościowe, bo pisarz był za skromny albo rzeczy, które dodatkowo rozjaśniają pewne kwestie w jego wcześniejszych utworach. Chociaż to jest zjawisko jednak dużo rzadsze. Nie wspominając o tym, że jednak niektóre szuflady pisarskie są niemalże bez dna, jak się okazuje ;).

    2. Procella

      No fakt, tutaj zawsze jest to rozdarcie między ludzką przyzwoitością a czytelniczą ciekawością. Wciąż jednak jest to pewnego rodzaju problem.

    3. Post
      Author
      admin

      Jak najbardziej. Przy czym zawsze mnie ciekawi, w jaki sposób wybierani są ewentualni kontynuatorzy uznanych dzieł i jaką w ogóle drogą idą spadkobiercy: czy w ogóle kontynuują, jeśli tak, to czy "w stylu", czy raczej w różnych innych kierunkach, sankcjonując często różnego rodzaju fanfiki (młodociany Sherlock, na przykład), czy może właśnie przeszukują szuflady. No i mamy jeszcze kontynuacje dzieł z domeny publicznej — właściwie nie przychodzi mi teraz do głowy nic szczególnie udanego, ale niezmordowanie szukam ;).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.