W ferworze polemiki albo o dopiskach na marginesach

Jak zapowiadałam wczoraj, dzisiaj
będzie o kolejnym typie znalezisk, które trafiają mi się od czasu
do czasu, kiedy czytam książkę. Musi to być oczywiście określony
rodzaj książki, to znaczy taka, którą ktoś przede mną czytał.
Mowa będzie mianowicie o dopiskach na marginesach czynionych przez
poprzednich czytelników.

Nie byłabym sobą, gdybym nie
podzieliła sobie tych cennych znalezisk na kilka grup. Ale zanim do
tego przejdę, to wyjaśnię, o co mi w ogóle chodzi. Otóż zdarza się
czasem, że przyniosę z biblioteki albo z antykwariatu, albo z
innego źródła używanych książek taką, którą pewnie wyceniono by na niewielką sumę przez wzgląd na pewne, że tak to ujmę,
wartości dodane. Istnieje bowiem czytelnik, który lubi pozostawić
po sobie ślad – czasami dlatego, że to jego książka i potem
trafia gdzieś, skąd może trafić do mnie, a czasami po prostu
dlatego, że nie może się powstrzymać. Lubię znajdować takie
dopiski, bo są takim trochę dialogiem z autorem, trochę zachętą,
żeby się zastanowić nad cudzym odbiorem dzieła, trochę taką
mimowolną wiadomością dla mnie jako dla kolejnego czytelnika. Nie
zdarza mi się jakoś szalenie często, że znajduję takie dopiski, ale
jednak od czasu do czasu się udaje, co zazwyczaj jest przeżyciem
dodającym lekturze rumieńców.
 No i oczywiście jakie inne mogłyby być ilustracje, niż
te, na których mamy największych dopisywaczy w historii. Co pokazuje
zresztą, że czasami to jest działalność szalenie przydatna.
Polemika z autorem:
To pierwszy rodzaj
dopisków, które spotykam dość często i sama we własnych
książkach taką polemikę też zresztą często prowadzę.
Czytelnik czuje się tak oburzony/rozeźlony/zmuszony do reakcji, że
nie może wytrzymać i pisze na marginesie albo między linijkami,
jakie jest jego zdanie na dany temat albo że się kategorycznie z
twierdzeniem autora nie zgadza. Najczęściej w sumie można spotkać
takie dopiski w książkach popularnonaukowych albo eseistyce. Mój
ulubiony przykład pochodzi z czeskiej książki o Tomášu
Masaryku, pierwszym prezydencie Czechosłowacji. Polowałam na tę
książkę dość długo i kiedy podczas wędrówki po Pradze
znalazłam ją w antykwariacie, to chociaż cena nie była wcale
zachęcająca, od razu kupiłam, nawet nie przeglądając. Ku mojemu
zdumieniu i dzikiemu zachwytowi, cała książka jest w dopiskach
poprzedniego właściciela, który z autorką książki prowadził zażartą
dyskusję. Najczęściej dopisywał zdania w rodzaju „Ale czy na
pewno?!” oraz „Odwrotnie!”, ale są i takie
strony, gdzie prowadził maczkiem na wolnych marginesach długi wywód
o tym, w czym autorka się myli – i nawet podawał artykuły
prasowe, gdzie można było podobno znaleźć argumenty za jego
tezami, a przeciw tezom autorki (brzmi to tak wiarygodnie, że chyba kiedyś sprawdzę). Za każdym razem, jak patrzę na
grzbiet tej książki stojącej na regale, odzywa się mi w głowie
dramatyczne „Ale czy na pewno?!”.
Pragmatyczne spojlerowanie:
To już w sumie
jest nawet zalegalizowana opcja dopiskowa, są przecież książki
wydawane z tego rodzaju spojlerami (zmora lekturowa, czyli książki z
wydawnictwa Greg, z tymi strasznie rozpraszającymi – mnie
przynajmniej – szarymi ramkami z tekstami w rodzaju „wygląd
Skrzetuskiego” albo „Judym przedstawia swój światopogląd”). Natomiast osobną sztuką, praktykowaną chyba przez całe
pokolenia kolejnych czytelników szkolnych lektur, było dopisywanie
na marginesach, czego możemy się spodziewać po danym paragrafie.
Ale jeszcze pal licho, jak taki dopisek jest w miejscu, w którym
możemy przeczytać o tym, co nam zapowiada. Ale co, jeśli autor/ka
dopisku upodobał/a sobie górę strony i tam wszystko notował/a?
Całkiem niedawno udało mi się przekonać mojego domownika, żeby
się skusił i przeczytał „Babunię” Bożeny Niemcowej. Ku
mojemu zdziwieniu biblioteczny egzemplarz, który przyniósł do
domu, był poznaczony notatkami (czyli jednak ktoś to czyta oprócz
mnie!), w tym oznajmiającymi u góry strony, co się ma zaraz
zdarzyć. „Babunia” to nie jest może lektura z jakimś
szalonymi suspensem, ale i tak poprzedni czytelnik nie odmówił
sobie oznajmiania na górze strony, co się stanie na dole strony. Stąd lekturze towarzyszyły okrzyki z drugiego pokoju w rodzaju „no co za spojler!” i „o, znowu!”.
Wyrażanie zachwytu:
Mój ulubiony
rodzaj dopisków. Czasami oznaczany po prostu wykrzyknikiem, a
czasami przybierający rozbudowaną formę. I to w zupełnie
nieoczekiwanych okolicznościach. Pamiętam, jak po lekturze „Mgieł
Avalonu” Zimmer Bradley zachęcona posłowiem autorki sięgnęłam
po „Złotą gałąź” Frazera. Rzecz to jest dość leciwa
już, taka księga z początków zupełnych etnografii, raczej zbiór
ciekawostek z różnych części świata niż bardzo poważna praca naukowa (wedle dzisiejszych kategorii). W pewnym momencie, nie
pamiętam już do końca ani kontekstu, ani toku rozumowania Frazera,
dostajemy opis czarnej mszy, którą może odprawić ksiądz, co
zszedł na złą drogę – opis był wręcz instruktażowy,
pochodził chyba z wierzeń chłopów prowansalskich albo coś w tym
rodzaju. Frazer z lubością wyliczał potrzebne do takiego procederu
przedmioty, sam przebieg rytuału, kwalifikacje ministrantów i tak dalej. Poprzedni czytelnik
zafascynowany widać na równi z samym Frazerem taką możliwością
dopisał na marginesie wielkimi literami: „Ale jazda!”.
Znudzona kontestacja:
To z kolei dość
denerwujący rodzaj dopisków, ale czytając niektóre książki
umiem zrozumieć autorów tych wykrzyknień rozpaczy. Miałam w
zwyczaju początek wakacji szkolnych, a potem studenckich, spędzać
w towarzystwie powieści obyczajowych, najlepiej amerykańskich,
wpisujących się w konwencję chick-litu (po które teraz też
zresztą z chęcią sięgam, ale ten sentyment do czytania ich głównie w początkach lipca mi pozostał). Zdarzały się tam książki
dobre, zdarzały takie sobie i zdarzały zupełnie kuriozalne. Do
tej ostatniej grupy należy z całą pewnością powieść o jakże
frapującym tytule „Tarot i miłość, czyli szaleństwo różowej
kreski” (dodam dla porządku, że tytuł oryginału to po prostu
„The Thin Pink Line”). Rzecz była o kobiecie, która udaje, że
jest w ciąży i cały wysiłek wkłada w to, żeby markować kolejne
jej stadia – w sumie pomysł wyjściowy był niezły, ale potem
autorka popadła w taką sentymentalno-narzekającą mieszankę, a zakończenie
było co najmniej dwuznaczne moralnie. No, ale. Nie tylko ja miałam
poczucie, że powieść brnie w nieciekawe rejony, bo ktoś z
poprzednich czytelników poznaczył marginesy dopiskami takimi jak
„Serio?”, „Ale serio?”, „Żeby nie czasem!”
i serią emotikonów „:P”. W większości, muszę
powiedzieć, podzielałam te odczucia. Przyjemnie wiedzieć, że się
nie jest samemu. To trochę jakby od razu porównywać swoje zdanie z
czyimś innym.
Pseudocenzura:
Biorę tę nazwę
trochę w cudzysłów, bo to oczywiście nie są zabiegi cenzorskie w
takim znaczeniu, w jakim były (a w niektórych częściach świata
nadal są) stosowane, czyli wycinanie fragmentów powieści albo
sugerowanie daleko idących zmian, wpływających na jej wydźwięk.
Chodzi mi raczej o ekspresję znudzonego czytelnika, który czyta,
ale już po prostu nie może. Nie może, więc sięga po leżący
nieopodal ołówek albo długopis (bo sytuacja dzieje się być może
na lekcji języka polskiego) i z morderczą precyzją zamalowuje
każdy brzuszek i każde okienko każdej jednej litery znajdującej
się w zdaniu, które akurat rzuciło mu się w oczy. I tak sobie
radośnie pozniekształca wszystkie wyrazy – a ja czytając po nim
już wiem, że mu się nudziło. Przykładu konkretnego nie mam, ale
na pewno i Wam się zdarzyło znaleźć takie próby (ba, mnie się
kilka razy zdarzyło samej czynić takie – ale na swoje
usprawiedliwienie dodam, że nie w książkach bibliotecznych i
najczęściej zamalowywuję pasaże z czasopism; chociaż czyn to
czyn, nie ma się co tłumaczyć).
A Wy należycie do
tych, co to ubarwiają książki swoimi dopiskami, czy raczej
pozostajecie przy odkrywaniu takich dopisków? A może znaleźliście kiedyś jakiś cudny dopisek w tym rodzaju?
___________
I ten ostatni przykład wprowadza w tematykę, która się tu pojawi jutro. I nie tylko jutro, bo od jutra do soboty
będzie taki minicykl wpisów na temat bliski każdemu czytelnikowi,
bo każda i każdy z nas przez to przechodziła i przechodził. To
znaczy będzie o lekturach szkolnych.

Comments

  1. Michał Małysa

    Odkąd czytam głównie w PDF-ach w szczególnie kluczowych momentach dostawiam od czasu do czasu komentarze i potem zaglądając do danej książki po 2-3 miesiącach natrafiam na uwagi, o których już dawno zapomniałem. W stylu "to dla mnie zbyt dużo", "co autor ma na myśli", "gdzie pobłądził" albo swojskie i oddające wszystko "co kurwa?!" 😉

    1. Post
      Author
      admin

      Własne dopiski czytane po jakimś czasie nie zawsze dają się rozszyfrować – czasami zachodzę w głowę, o co mi chodziło albo na przykład czemu napisałam gdzieś "dokładnie tak!" i co mnie w jakimś fragmencie tak ujęło. Swojskich sformułowań nie używam nawet, jak jestem zła – no bo w końcu kiedyś też może mi się odwidzieć i stwierdzę, że jednak mnie dany fragment olśniewa ;-).

  2. Anna Flasza-Szydlik

    Czytając książki z biblioteki wydziałowej czasami na marginesach dzieła filozoficznego trafiałam na całe dyskusje, prowadzone przez kolejnych czytelników. Były fascynujące. Często też zdarzał się krzyk rozpaczy "Ale o co mu chodzi?!" kiedy Autor wykładał swoje racje w sposób zawiły, ewentualnie "???".

    1. Post
      Author
      admin

      To prawie jak średniowieczne glossy, z których wychodziły całe traktaty! "Ale o co mu chodzi?!" też kilkukrotnie widziałam w różnych książkach filozoficznych, więc to dość powszechne zjawisko chyba ;-). Czasami mnie to przepełnia dumą, kiedy akurat wiem, o co chodzi, a kiedy indziej radością, że nie tylko ja nie wiem ;-).

    2. Anna Flasza-Szydlik

      Zjawisko powszechne, bo o ile Wielcy mieli genialne pomysły, to rzadko talent pisarski (nie każdy jest Platonem). A poza tym, filozofowie lubią dyskutować, nieważne przez jakie medium :).

    3. Post
      Author
      admin

      Czy ja wiem – mieli, tylko na swój sposób (skoro Kant doszedł do wniosku, że tylko tak da się to wyrazić, to myślę, że coś w tym musi być i tak dalej 😉 – w sumie czasami to jest tak trudno przekładalne, że widać jakąś myśl, ale język ją zaciemnia :-). Święte słowa!

  3. Dextella

    Poprawiam tak błędy merytoryczne i robie do nich przypisy, ale tylko w tych ktore mam na wlasnosc i ktore pozyczam innym ludziom. Za to dopiskiem ktory byl baardzo dziwny byl jeden znaleziony w powaznej i naukowej ksiazce o wierzeniach slowian. autor ksiazki polemizowal z jakims innym autorem. cos na zasadzie" pan x nie miał racji bo…" i dopisujacy dokonczyl to prostym staropolskim "był ch*jem"

    1. Post
      Author
      admin

      Bo wierzenia Słowian to nerwowy temat jest, po prostu ;-). Swego czasu czytałam wszystkie dostępne mi opracowania na ten temat i człowiek potem wychodzi z głową pełną zupełnego zamętu – bo jeden badacz opisuje bardzo zaawansowane wierzenia, a inny twierdzi, że Słowianie żadnego spójnego systemu nie wymyślili. Więc jestem skłonna zrozumieć dopisującego, poniekąd ;-).

    2. Post
      Author
      admin

      No, z tymi Słowianami jest problem wyjątkowo chyba, ale za to przynajmniej polemika jest, jak widać też na podanym przez Ciebie przykładzie, żywa ;-).

    1. Post
      Author
      admin

      Znam osobę, która tak robi! Ale właściwie to chyba już nawet machinalnie, myślę, że nie zawsze zdaje sobie sprawę, że tak jej wychodzi ;-).

    2. Post
      Author
  4. Anonimowy

    Ja pewnego razu znalazłam w książce z biblioteki dopisek w stylu "będę tam a tam, tego a tego dnia, o tej a o tej godzinie, zapraszam tego, kto czyta tę książkę". Widocznie ktoś był wielbicielem komedii romantycznych 🙂
    EWN

    1. Post
      Author
    2. Post
      Author
  5. Magdallena M

    Niestety czasami komentuje na marginesach, do czyjego stylu nawiązuje pisarz, jakie motywy są powielane albo podkreślam ołówkiem zdania bardzo dla mnie ważne.
    Często robię uwagi w swoich książkach. Te z biblioteki są już najczęściej upstrzone notatkami, a niektóre z uwag, czasami, są rzeczywiście odkrywcze 🙂

    1. Post
      Author
      admin

      Tak, mnie też się zdarza to komentowanie stylu i podkreślanie zdań, ale tylko w swoich książkach (chociaż musiałam do tego dojść i niekiedy zdarzało mi się na książkach bibliotecznych – chociaż zazwyczaj na tych już pokreślonych, wtedy człowiek miał mniejsze wyrzuty sumienia, raczej dorzucał swoją cegiełkę do ogólnego kreślenia ;-)).

  6. Beata P.

    Nie mam w zwyczaju podkreślać wybranych zdań czy dopisywać uwag na marginesach. Od jakiegoś czasu używam za to zakładek indeksujących. Jakoś nie chcę pisać po książkach, nawet ołówkiem… Ale przyznaję, że czytanie takich zapisków może być fascynujące!;)

    1. Post
      Author
      admin

      Ach, czyli to się nazywa zakładka indeksująca – nie wiedziałam, a bardzo je lubię (chociaż jak już się w nie zaopatrzę, to zazwyczaj z radości obklejam całą książkę, bo skoro mogę, nie niszcząc, to to robię i wychodzi mi taki jeż boczny płaski ;-)).

  7. Ekruda

    Kiedy czytam papierowe książki (własne, cudzym nic nie robię), często podkreślam ulubione cytaty, rysuję buźki przy zabawnych fragmentach i wyrażam zachwyt dopiskiem. A na studiach wydawało mi się chyba, że pozjadałam wszystkie rozumy i w jednym podręczniku zrobiłam dopiski polemiczne, bo kompletnie nie zgadzałam się z autorką 😀 Dziś już bym tego nie zrobiła. Teraz często czytam na czytniku i cytaty nadal zaznaczam. Zbierają się w jednym pliku, więc w grudniu mogę sprawdzić, co mnie zachwycało przez cały rok i czy nadal zachwyca 🙂

    1. Post
      Author
      admin

      A, to fakt – czytnik pomaga mieć porządek w tych podkreśleniach. Czasami jak chcę coś w moich papierowych znaleźć, to odbywa się to przy akompaniamencie żalów i szelestu fruwających wszędzie kartek 😉 (no, trochę wyolbrzymiam ;-)).

  8. Altti Anonim

    Gdy mowa jest o zapiskach na marginesie, czuję się wywołany do tablicy.
    Dla porządku wspomnę na początku, że takie notki nazywają się marginaliami i w historii znane są rozmaite ich formy: zarówno takie, o których wspomniałaś, jak i „współpracujące” z tekstem, będące elementem planowej typografii – pewnie większość z nas widziała takie marginalia w różnych wydaniach Biblii. No i są jeszcze dowody frustracji i humoru kopistów średniowiecznych, o czym świadczy zestaw wyników wyszukiwania słowa „marginalia” w Google Grafika.

    Są też marginalia niezwykle ważne dla historii nauki. W 1637 roku Pierre de Fermat zapisał na marginesie dzieła „Arithmetica” Diofantosa takie oto słowa:
    „Jest niemożliwe rozłożyć sześcian na dwa sześciany, czwartą potęgę na dwie czwarte potęgi i ogólnie potęgę wyższą niż druga na dwie takie potęgi; znalazłem naprawdę zadziwiający dowód tego, jednak margines jest za mały, by go pomieścić”.
    Matematycy nazywają go Wielkim Twierdzeniem Fermata (jest jeszcze Małe) i zostało udowodnione dopiero w 1994 roku. Na stu stronach A4, przy wykorzystaniu aparatu matematycznego, którego Fermat znać nie mógł. Zagadką pozostaje zatem ów błyskotliwy dowód, którego pozbawiła nas znikomość areału marginesów.

    Mój blog jest niestety odwrotnością powyższego: przez brak limitów posty są rozpasane objętościowo, natomiast niewiele wnoszą do rozwoju ludzkości. Ale mają tę samą cechę: powstają jako reakcja na obserwowane fenomeny. Są zapisem szybkich przemyśleń.

    Co zaś tyczy się papierzanych marginaliów, dwie książki tylko zostały poznaczone przeze mnie w ten sposób: „Biologia śmierci” L. Watsona i „Poczet cesarzy rzymskich” A. Krawczuka. Trzy – jeszcze skrypt do półprzewodników na studiach, ale to taka prawie-nie-literatura. Poza tym marginesy książek stanowią dla mnie miejsce, które ma pozostać puste. „No mans land” między treścią książki a światem, w którym żyję na co dzień.

    1. Post
      Author
      admin

      Z tym Fermatem to się zawsze zastanawiałam, czy to naprawdę była kwestia miejsca, czy może sprytny chwyt marketingowy ;).

      Przemawia do mnie ta wizja marginesów jako takiego limesu (czy raczej w sumie pogranicza) – tym bardziej to, co znajduję tam zapisane jest takim łącznikiem między dziełem, poprzednim odbiorcą i kolejnym czytelnikiem (niby czyimś, ale już jednak należącym trochę do dzieła, w którym je zapisano, trochę do poprzedniego czytelnika, bo on zapisał, trochę do mnie, bo akurat trzymam to w ręku).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.