Wpomnień czar albo wpis na Dzień Babci

 Zapewne
spodziewacie się dzisiaj jakiegoś przeglądu książek, w którym
występują babcie, ale po co iść na łatwiznę. Wydaje mi się, że
dużo ciekawszym sposobem uczczenia dzisiejszego święta byłoby
zastanowienie się nad pewnym szczególnym rodzajem literatury, jakim
jest literatura dziecięca. Znowu! – westchniecie. No dobrze,
strasznie dużo się zrobiło takich wątków na blogu, ale po tym
dwuczęściowym wpisie (tak, tak, rozciągnie się to jeszcze na
jutro) na jakiś czas postaram się dać temu spokój i wprowadzić
(nieco…) więcej różnorodności. A zatem – zaczynamy! Dzisiaj
pierwsza część subiektywnego wyboru najlepszych książek dla
dzieci i młodzieży, na cześć wszystkich babć, wiernych
czytających wnuczkom i wnukom.

Tove
Jansson, seria o Muminkach

Tu zachwycałam się i rekomendowałam jedną
część cyklu, mniej więcej ze środka, czyli „Zimę Muminków”.
Muminki w mojej czytelniczej karierze pojawiły się dość późno i
nie były jedną z lektur dzieciństwa. Oczywiście kojarzyłam
japońską animację, dość swobodną adaptację książek Jansson,
ale to odkrycie książek wywołało u mnie prawdziwą fascynację
Doliną i jej mieszkańcami. Zaczyna się niewinnie, bo od mało
sprecyzowanej wizji z „Wielkiej powodzi i małych trolli”, żeby
rozrosnąć się w większą całość, składającą się w sumie z
dziewięciu tomów (w tym jednego tomu opowiadań). Powróciwszy do
cyklu jesienią zeszłego roku odkryłam prostą prawdę: Muminki
równie dobrze, a może nawet lepiej, spełniają się jako powieści
dla czytelnika dorosłego. Bo i czego tam nie znajdziemy? I
sugestywny opis tęsknoty, i zakazaną miłość, i melancholię za
straconą, a niewykorzystaną szansę, i kryzys wieku średniego, i
pragnienie bycia kimś innym, niż się jest, i strach przed utratą
– no, wszystko, po prostu wszystko.
Źródło.
 Lucy
Maud Montgomery, cykl o Ani Shirley
Tutaj narzekałam, że kontynuacje „Ani z
Zielonego Wzgórza” są strasznie nierówne. Bo są. Ale spójrzy
prawdzie w oczy: tom pierwszy pozostaje doskonałą lekturą, kiedy
człowiek wymaga pocieszenia. Fascynuje mnie nadal obyczajowość
epoki i cięty dowcip Montgomery (o którym powątpiewałam, ale
powrót do „Ani…” w języku oryginału przekonał mnie, że on
jednak tam naprawdę jest!). Wszystkie te rozważania o prawach
wyborczych dla kobiet, a równocześnie ekscytowanie się ilością
bufek w nowej sukience – połączone z dowcipnymi opisami
codziennych niesnasek: nudnych kazań wygłaszanych na mszy przez
sąsiada, sąsiedzkich kłopotów wynikających ze sporów o
drobnostki, realiów szkoły posiadającej jedną klasę i dużo
bardziej zróżnicowaną wiekowo grupę uczniów. Do tego dzika
fascynacja wszystkich żeńskich bohaterek długimi poematami o
romantycznej miłości, połączona z czytaniem z wypiekami na twarzy
podłych romansów… Przyznaję, że mimo dostrzegania wszystkich
wad lubię powracać do Avonlea, a potem do Złotego Brzegu. Na plus
liczę serii zakończenie, czyli wojenną „Rillę…” (nie uznaję
zdecydowanie tego romu, który odtworzono z notatek autorki),
świetnie pokazującą paradoksy wojennej mentalności w kraju, na
terytorium którego wojna się przecież nie toczy.
Źródło.
 Edith
Nesbit, Pięcioro dzieci i coś
Autorka bawi się motywem znanym ze złotej rybki.
Piątka rodzeństwa – czwórka starszych i jeden maluch, którego
ciągają za sobą – znajduje w zakątku niedaleko domu tytułowe
„coś”. „Coś” jest „brązowe, włochate i okrągłe” i
okazuje się być mającym moc spełniania życzeń Piaskoludkiem.
Dzieci zatem proszą o realizację różnych ich marzeń, które w
teorii są oczywiście doskonale wpasowujące się w materię
rzeczywistości, a w praktyce okazują się być, nazwijmy to,
kłopotliwe. Do dzisiaj została ze mną jedna ze scen zapamiętana
podczas pierwszej lektury, czyli próba wypłukania piasku z oczu
najmłodszego braciszka za pomocą lemoniady – z braku wody. Nie
wracam do Nesbit tak często, jak do Muminków czy Ani, ale to
zdecydowanie jedna z tych książek, które stanowczo domagają się
kolejnej powtórki.
Źródło.
Diana
Wynne Jones, Światy Chrestomanciego
Królowa fantasy (OK, to w sumie tytuł
przyznawany wielu pisarkom, ale jakże pięknie brzmi na początku
zdania!), którą odkryłam dopiero na studiach. Dlaczego? Ano
dlatego, że chociaż miałam ją na swoich licznych listach, to
dostanie którejś z jej książek wówczas graniczyło z cudem. Tak
więc po odebraniu indeksu i zapisaniu się do biblioteki
uniwersyteckiej pierwszą rzeczą, jaką wypożyczyłam – podczas
gdy inni dźwigali Mądre Książki do Nauki – było właśnie
kilka książek Wynne Jones. Doskonały sposób, na jaki autorka
wykorzystuje motyw istnienia wielu odrębnych światów, które
egzystują gdzieś na pograniczu jawy i snu, zwabił mnie na karty
jej książek i dotąd nie wypuścił. Stawiam jej wizje gdzieś na
podobnej półce co koncepcję Cieni z cyklu amberyjskiego Rogera
Zelaznego. Straszliwie lubię też, w jaki sposób autorka tłumaczy
przygody swoich bohaterów, a także to, że nawet największy
czarodziej może okazać się kimś, na kogo raczej nie zwrócilibyśmy
uwagi na ulicy. Albo zwrócilibyśmy, ale z innych powodów, niż
przypuszczamy. Nie wspominając już o tym, że powieść Wynne Jones
stała się podstawą dla jednego z moich ulubionych filmów studia
Ghibli – „Ruchomy zamek Hauru” – ale to uwaga na marginesie.
Źródło.
 Astrid
Lindgren, całokształt
Nie wymieniam tutaj żadnego cyklu, bo szczerze
mówiąc dużo bardziej wolałam zawsze niepowiązane ze sobą utwory
tej autorki. Jej najsłynniejsza seria, czyli ta o przygodach Pippi
Pończoszanki, zawsze straszliwie mnie drażniła: Pippi mnie
denerwowała jako postać, Tonik i Annika sprawiali, że zgrzytałam
zębami, a o tacie-piracie pozwolę sobie nie wspominać. Ale z
dzieciństwa pamiętam, że wszystkie książki Lindgren czytałam w
ciemno. Jedne pozostały wśród moich faworytów („Dzieci z
Bullerbyn” – połączenie uważnej obserwacji prawideł rządzących
światem dorosłych z dziecięcą wrażliwością i świenym
poczuciem humoru), inne nie (co to za straszliwa kreatura, ten
Karlsson z dachu!). W dodatku Lindgren umiała swobodnie poruszać
się między konwencjami, tworząc narracje urzekające do dzisiaj:
czy to w epistolarnych „Zwierzeniach Britt-Mari”, czy kryminalnym
„Detektywie Blomkviście”; w dodatku równie celnie pisała o
chłopcach („Rasmus, Pontus i pies Toker”), co o dziewczętach,
nie każąc swoim bohaterom zdawać sobie sprawy z jakichkolwiek
ograniczeń, jakie nakładały na nich normy kulturowe czy płeć. A
do tego jak ona umiała wzruszać! Kto nie płakał na „Braciach
Lwie Serce” (no, są tacy, więc potraktujmy to jako pytanie
retoryczne).
Źródło.

Frances
Hodgson Burnett, Mała księżniczka, Tajemniczy ogród

 
Kolejna
pisarka dla młodszego czytelnika, którą odkryłam stosunkowo
późno. Nie tak, jak Wynne Jones, ale jednak. Za to jak już
odkryłam, to spędziłam całą noc, chcąc przeczytać „Małą
księżniczkę”, bo szkoda mi było odkładać powieść złapaną
wieczorem. Burnett zachowała się chyba w pamięci większości z
nas jako autorka „Tajemniczego ogrodu”, wariancji dla dzieci na
temat mrocznego romansu rodem z „Wichrowych Wzgórz”. I chociaż
obie wspomniane przeze mnie książki doczekały się całkiem
sensownych adaptacji (filmowych, także animowanych), to jednak ten
niezaprzeczalny urok narracji o starych, względnie dobrych czasach,
gdzie relacja pan-sługa stanowiła punkt wyjścia dla wyciskających
łzy wzruszenia opowieści. Z tym, że sztywność tej relacji w
narracjach Hodgson Burnett jest przekraczalna (w obie strony),
tworząc magiczną otoczkę wokół snutej przez autorkę historii.
Źródło.
 Na dzisiaj tyle – powstrzymam się z pytaniem, kogo byście dodali, bo dodawać będę jeszcze jutro.
______________
A jutro część druga, powiedzmy, że bardziej „chłopacka”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.