Ekran bywa zdradliwy albo jak trudno zagrać czytanie

  W sezonie oscarowym przyznaję, że częściej chadzam do kina. Głównie dlatego, że jest wysyp produkcji, które chcę zobaczyć, a poza tym przyjemnie zimą udać się do ciepłego kina i pooglądać historie, które mają mnie złapać za serce. I tak sobie w tym roku oglądając różne filmy zaczęłam myśleć nad problem, jak trudno jest pokazać, że bohaterowie czytają książki, w przekonujący sposób.

Lekka książka? Albo o przygodach przy poniedziałku

  Od czasu do czasu zdarza się taki poniedziałek. Trudno cokolwiek z nim zrobić. Można domniemywać, że albo gdzieś zdarzyło się coś bardzo dobrego, więc dla równowagi dużo niemiłych drobnych rzeczy rozlało się po świecie i przytrafiło też nam (coś jak okruchy z lustra Królowej Śniegu). Albo zdarzyło się coś bardzo złego i dostajemy odpryskami. Na szczęście i takie dni mijają. A kiedy nadal trwają, można poddać refleksji kwestię czytania.

Ktoś gdzieś jakoś albo o „Mikrotykach” P. Sołtysa

  Wiecie, jak jest u mnie z nowościami. Najczęściej zanim po nie sięgnę już dawno przestają być nowościami. W przypadku „Mikrotyków”, na które zaczaiłam się dość wcześniej, było inaczej. Ale nie będę ukrywała: duży wpływ miał na to fakt, że książkę dostałam na imieniny. Trafiła w idealny czas, kiedy akurat miałam ochotę sięgnąć po krótsze formy. I tu od razu nasuwa mi się pierwsze pytanie: czym „Mikrotyki” właściwie są? Bo określenie ich zbiorem opowiadań wydaje mi się mylące. Formy, w które swoje historie ubiera Sołtys, przypominają raczej to, co staroświecko, acz ładnie, nazywało się kiedyś obrazkami.