Ktoś gdzieś jakoś albo o „Mikrotykach” P. Sołtysa

  Wiecie, jak jest u mnie z nowościami. Najczęściej zanim po nie sięgnę już dawno przestają być nowościami. W przypadku „Mikrotyków”, na które zaczaiłam się dość wcześniej, było inaczej. Ale nie będę ukrywała: duży wpływ miał na to fakt, że książkę dostałam na imieniny. Trafiła w idealny czas, kiedy akurat miałam ochotę sięgnąć po krótsze formy. I tu od razu nasuwa mi się pierwsze pytanie: czym „Mikrotyki” właściwie są? Bo określenie ich zbiorem opowiadań wydaje mi się mylące. Formy, w które swoje historie ubiera Sołtys, przypominają raczej to, co staroświecko, acz ładnie, nazywało się kiedyś obrazkami.

Julie i Julia w ZSRR albo o „Szarlotce Lenina i innych sekretach kuchni radzieckiej” A. von Bremzen

Czy zdarza się Wam czytać takie książki „dopołowione”? Takie, które do połowy czytacie z wypiekami na twarzy, polecacie wszystkim dookoła i zacieracie ręce na samą myśl, że już zaraz powrócicie do dopiero co przerwanej lektury – a potem nagle narracja jakoś siada, to „coś” się ulatnia i generalnie docieracie do końca, ale też bez przesadnego entuzjazmu? Bo dla mnie „Szarlotka Lenina” to jedna z takich właśnie książek.

Czterech ich było, czterech z fasonem albo klasyczni pisarze o duchach

Myśleliście, że żaden wpis zbierający wrażenia z klasycznych opowiadań o duchach się nie pojawi? E, na pewno nie myśleliście. No, tak czy inaczej: oto się właśnie pojawia. A w nim Charles Dickens, bo jakże inaczej, Robert Lewis Stevenson, bo szkoda było nie skorzystać z okazji, Bram Stoker, bo jak wyżej oraz Washington Irving, którego zawsze chciałam przeczytać. Duch klasyczny i złowrogi, czyli „Dom Sędziego” Brama Stokera Na początku może najbardziej chyba klasyczne ze wszystkich czterech opowiadań. Umieszczone w zbiorze „Gość Draculi”, drugie z kolei opowiadanie, eksploruje motyw nawiedzonego domu, a że Stoker – co podkreślałam przy okazji Draculi – pisać zdecydowanie umiał i pozostaje dla mnie wzorem klasycznego powieściopisarza rozrywkowego, czyni to umiejętnie i z dreszczem grozy. A przy tym jak pięknie nawiązuje do baśni Grimmów! Ale może po kolei. Oto pewien student matematyki, nazywający się w może mało wyrafinowany sposób, bo Malcolm Malcolmson (aż się przypomina profesor Professorson z Community) postanawia porządnie przygotować się do egzaminów. Nawiedzenia w trakcie tej czynności, co wiemy już od Blackwooda, zdarzają się dość często, ale Malcolmson raczej tego nie wie – wsiada oto do pociągu byle jakiego i w miejscowości, do której w ten sposób trafia, wynajmuje stary dom. Dom jest niemożebnie zaszczurzony […]

Wesoła kompania albo o „Ivanhoe” W. Scotta (Pikniki z Klasyką #33)

Sięganie w grudniu po powieści Waltera Scotta było moim zwyczajem w latach szkolnych, na różnych szczeblach edukacji, i tak sobie powoli przez twórczość autora podróżowałam. Ale od wielu lat zaniechałam tego zwyczaju – a niesłusznie, jak pokazuje przykład grudniowej lektury „Ivanhoe”. Jeśli macie ochotę na podróż sentymentalną po „starej Anglii”, gdzie pamięć o normandzkim podboju saskich królestw wciąż jest żywa, dzielny król Ryszard Lwie Serce wracając z krucjaty został podstępnie uwięziony, a krajem rządzi jego nieudolny brat Jan zwany Janem bez Ziemi, gdzie po lasach kryć się muszą uczciwi ludzie, bo zmusiły ich do tego drakońskie prawa (na szczęście zawsze można wziąć ze sobą łuk, jak niejaki Locksley), gdzie trafi się czasem jakiś w teorii pobożny, w praktyce zaś nieco mniej pustelnik, a do tego dzielni rycerze stają w szranki o honor niewiast, za każdym rogiem czai się podstępny templariusz, a przy tym kwitnie podstęp, nienawiść i antysemityzm, żeby zrównoważyć cały ten blask i splendor uromantycznionego średniowiecza. O tym właśnie jest „Ivanhoe” i nadal doskonale się to czyta. Scott zresztą stosuje bardzo ciekawy zabieg: niby buduje tajemnicę („kim jest Czarny Rycerz?”), ale wcale nie chce nas zaskakiwać, wystarczy mu, że zdziwią się bohaterowie – dla nas, czytelników, te tajemnice są […]