Problemy pierwszego świata albo o „Wieku niewinności” E. Wharton

Trochę może przesadziłam z tym tytułem wpisu. Ale od razu się przyznaję: powieść Edith Wharton zmęczyła mnie jak już dawno żadna powieść nie zdołała mnie zmęczyć. Poświęciłam więc trochę czasu na szukanie odpowiedzi, na czym polega „klasyczność” tego dzieła (nagrodzonego nagrodą Pulitzera w 1921 roku, Wharton była pierwszą pisarką, którą nagrodzono) i przyznam, że nie znalazłam satysfakcjonującej odpowiedzi. Może wyłoni się ona w trakcie naszej dyskusji? A tymczasem przenieśmy się znowu w lata 70. XIX wieku do amerykańskich metropolii. Bo akurat tak się składa, że „Wiek niewinności” ma to samo tło i bohaterów zbliżonych pochodzeniem, co dyskutowani przez nas przed miesiącem „Bostończycy” Henry’ego Jamesa.

Niektórym bohaterom nie można pomóc albo o „Bostończykach” H. Jamesa

  Kilka pierwszych myśli po lekturze? Henry James mógłby sobie podać ręce z Bolesławem Prusem. Dlaczego to się właściwie tak kończy. O co chodziło bohaterom. Bo widzicie, splątane motywacje to jest dla mnie jedna z cech charakterystycznych tej powieści. Przyznaję się, spojleruję umiarkowanie, ale z drugiej strony powieść ma swoje lata, więc pewnie ani ze mnie jej pierwsza spojlerzystka, ani ostatnia.

Wesoła kompania albo o „Ivanhoe” W. Scotta (Pikniki z Klasyką #33)

Sięganie w grudniu po powieści Waltera Scotta było moim zwyczajem w latach szkolnych, na różnych szczeblach edukacji, i tak sobie powoli przez twórczość autora podróżowałam. Ale od wielu lat zaniechałam tego zwyczaju – a niesłusznie, jak pokazuje przykład grudniowej lektury „Ivanhoe”. Jeśli macie ochotę na podróż sentymentalną po „starej Anglii”, gdzie pamięć o normandzkim podboju saskich królestw wciąż jest żywa, dzielny król Ryszard Lwie Serce wracając z krucjaty został podstępnie uwięziony, a krajem rządzi jego nieudolny brat Jan zwany Janem bez Ziemi, gdzie po lasach kryć się muszą uczciwi ludzie, bo zmusiły ich do tego drakońskie prawa (na szczęście zawsze można wziąć ze sobą łuk, jak niejaki Locksley), gdzie trafi się czasem jakiś w teorii pobożny, w praktyce zaś nieco mniej pustelnik, a do tego dzielni rycerze stają w szranki o honor niewiast, za każdym rogiem czai się podstępny templariusz, a przy tym kwitnie podstęp, nienawiść i antysemityzm, żeby zrównoważyć cały ten blask i splendor uromantycznionego średniowiecza. O tym właśnie jest „Ivanhoe” i nadal doskonale się to czyta. Scott zresztą stosuje bardzo ciekawy zabieg: niby buduje tajemnicę („kim jest Czarny Rycerz?”), ale wcale nie chce nas zaskakiwać, wystarczy mu, że zdziwią się bohaterowie – dla nas, czytelników, te tajemnice są […]

A potem się jej znudziło albo o „Dzienniku Franciszki Krasińskiej” K. Hoffmannowej (Pikniki z Klasyką #32)

Chociaż akurat tak wyszło, że w tym roku czytamy w ramach „Pikników z Klasyką” sporo powieści z XVIII i początków XIX wieku, muszę przyznać, że dzisiejsza lektura była chyba najdziwniejszym przypadkiem, z jakim się do tej pory zetknęłam. Widzicie, zastanawiam się cały czas, czy specyfika tych powieści wynika z tego, że to dopiero początki gatunku i pisarze jak gdyby „testują”, jak i o czym pisać – czy z tego, że czytelnicy się zmienili i coś, co odpowiadało człowiekowi czytającemu daną powieść w wieku XVIII zadziwia czytelnika z wieku XXI. Nadal nie mam specjalnie satysfakcjonującej odpowiedzi na to pytanie, ale „Dziennik Franciszki Krasińskiej” kazał mi je ponownie sobie je zadać. O czym to jest? Klementyna z Tańskich Hoffmannowa bierze na warsztat prawdziwą postać historyczną, szlachciankę Franciszkę Krasińską, morganatyczną żonę jednego z synów Augusta III Sasa. Tak właściwie to każe jej spisywać swoje wrażenia od zamążpójścia najstarszej siostry do własnego ślubu, przy czym już te fragmenty są mocno nierówne. Następnie porzuca bohaterkę, by kazać jej przedstawić swoje dalsze losy w formie fragmentów listów do bliskich, w końcu zaś – w posłowiu – powiadamiając nas o śmierci swojej heroiny. Generalnie już tutaj widać pewne problemy, a one się tylko piętrzą. Po pierwsze, sama […]

Jesień składa się z dwóch części albo o „Pożegnaniach” S. Dygata (Pikniki z Klasyką #31)

To było moje drugie – po „Jeziorze Bodeńskim” – spotkanie z twórczością Stanisława Dygata. Jak wypadło, zapytacie? Może na początek krótko, o czym rzecz. Nasz bezimienny pierwszoosobowy narrator to chłopak z dobrego warszawskiego domu, problem polega na tym, że jest koniec lat trzydziestych i świat jest ogólnie podły. Poznajemy narratora, kiedy ratuje bitego Żyda (na uniwersytecie obowiązuje już getto ławkowe), później zniesmaczony przygląda się, jak starsi w salonie prowadzą niezobowiązujące, lekkie rozmowy, aż w końcu w nocnym lokalu poznaje Lidkę-Genowefę, którą chciałby uratować przed moralnym i cielesnym upadkiem. Jest wiosna, spacerujemy po Warszawie i Podkowie Leśnej, później na chwilę zaglądamy do Paryża, skąd narrator wraca do stolicy Polski 31 sierpnia 1939 roku. Druga część powieści rozgrywa się jesienią 1944 w podwarszawskich miejscowościach Komorów, Podkowa Leśna, wspomniany zostaje Brwinów i Pruszków – widać stamtąd dymiące ruiny Warszawy – i zimą, kiedy powoli przez Wisłę przebija się ofensywa wojsk radzieckich i polskich. Całość skomponowana jest tak, by obie te części dopełniały się; łączy je jednak nie tylko miejsce, nie tylko atmosfera pewnej schyłkowości i końca znanego świata, ale również postaci, które powracają, by zagrać jeszcze raz tę samą, choć nieco inaczej ustawioną, rolę. To jest taka nieśpieszna powieść, w której się dzieje […]