No to po jednym? Albo o strategiach czytania opowiadań

  Tak sobie po ostatnim wpisie pomyślałam, że w gruncie rzeczy z czytaniem opowiadań sprawa nie jest taka prosta i to, jak są czytane, zależy w dużej mierze od upodobań czytelnika, dostępności książek, a nawet pewnego rodzaju kultury księgarskiej. A co, jak już ma zależeć, niech zależy od czegoś poważnie brzmiącego! Nie wiem, jakie są Wasze preferencje dotyczące opowiadań – ja przez dłuższy czas czytałam ich mało, dopiero „Klasyka Horroru” w tym roku nauczyła mnie po nie odważniej sięgać. Dlaczego? Bo wychodziłam z założenia, że już jak mam czytać książkę, to niechże ją skończę. A wiadomo, z opowiadaniami bywa różnie: jedne są lepsze, inne gorsze, i tak nie zawsze mamy ochotę na każdy temat, który autor porusza. To sprawia, że najprostsza strategia czytania opowiadań – czyli wszystkienaraz (to znaczy te, które znajdują się w jednym tomie) – nie zawsze się sprawdza. Może nie będę od razu twierdziła, że zniechęca, ale jeśli należycie do tego typu czytelników, których po nocach dręczą niedoczytane książki, a leżące przy łóżku tomiki do podczytywania co jakiś czas zupełnie do Was nie przemawiają, może faktycznie zniechęcać do czytania opowiadań jako takich. Dlatego lepiej sprawdza się niekiedy czytanie po jednym, dla smaku. Ot, akurat mamy ochotę na […]

7 czytelniczych strachów albo czego boję się w książkach?

Strasznie dawno nie było żadnego wpisu okołoksiążkowego! Aż strach. Dlatego nieco przekornie postanowiłam napisać dzisiaj o tym, co mnie w książkach przeraża. Że doskonała książka zepsuje się przed końcem. Większość osób, które miały okazję ze mną rozmawiać wie, że jestem dość zachowawcza relacjonując postępy z lektury. Nawet jeśli książka mnie absolutnie zachwyca, zastrzegam się, że nie chciałabym, żeby się zepsuła, co jest przecież możliwe. Niestety utrzymać równy poziom, nie wprowadzić zbyt wielu wątków, których rozwiązania będą – mówiąc najogólniej – „niefajne” czy nie przegadać powieści jest trudno. Także za każdym razem, kiedy powieść mi się spodoba trzęsę się ze strachu, czy aby gdzieś w środku się nie popsuje (albo na samym końcu nie wywinie jakiejś wolty, która sprawi, że z zachwytów wpadnę w rozpacz). Nie wiem, jak Wy, ale ja mam tak, że świat powieściowy może mnie oczarować na tyle i na tyle odpowiadać mojej danej czytelniczej potrzebie, że taki strach jest czymś jak najbardziej realnym. Że wszystko skończy się dokładnie tak, jak myślę. I nie mam tutaj na myśli gorączkowego trzymania kciuków, żeby bohaterowie się zeszli, któryś z bohaterów przeżył, a inny z kolei zszedł z areny dziejów – o, takie zakończenia to chyba wszyscy lubią. Nie. Chodzi mi […]

I jeszcze jedna! Albo gawra in progress

  Zdarza się Wam wpadać w bardzo czytelnicze dni? To coś w rodzaju odwrotności czytelniczego kryzysu. Nagle książki niemalże czytają się same, mimo wszystko udaje się Wam bezproblemowo wygospodarować czas na czytanie – jedynym słowem: rzeczywistość sama sprawia, że po prostu dobrze Wam się czyta. A to z kolei objawia się w przestrzeni. Po takich właśnie kilku dniach zaobserwowałam coś, co nie jest mi stanem nieznanym, ale jednak za każdym razem mnie zadziwia. Czyli: w jaki sposób po naszym mieszkaniu widać, że co najmniej jedna osoba wpadła w taki tryb stałego czytelnika. Jest kilka oznak (o niektóre łatwo się potknąć) i ciekawa jestem, czy i Wam coś takiego się zdarza? Najczęściej występujące i najprostsze do zaobserwowania w mym przybytku domowym (kolejność dowolna). Stosy książek wszędzie. W tym takich, które przeczytaliście już dawno, ale nie było jakoś okazji odstawić je na miejsce lub oddać do biblioteki. Zaczynają się piętrzyć, ale zauważacie to dopiero, kiedy wstając z ukochanego fotela/kanapy/krzesła/pufy (zależnie gdzie czytacie i gdzie uwiliście sobie czytelnicze gniazdko) musicie wysoko podnosić nogi, żeby przejść albo kiedy ten stosik, na który odkładaliście herbatę/telefon/słuchawki zaczyna się chwiać na tyle niebezpiecznie, że odkładanie na niego czegokolwiek jest wielce ryzykowne. Poza tym, co odnotowujecie z pewnym […]

Słusznie prawił Goethe albo o podświetleniu w czytniku

Otóż rodzina ma z pewnej bardzo miłej okazji sprawiła mi niedawno czytnik. Jak być może pamiętacie, w moim gospodarstwie domowym jak do tej pory dzieliliśmy jeden czytnik z Domownikiem, co summa summarum sprowadzało się do negocjowania, kto dzisiaj bierze go ze sobą i dość nikłym zainteresowaniem e-bookami jak na nasze możliwości. Sytuacja się zatem zmieniła. Nie sądziłam jednak, że aż tak bardzo. Jak możecie się domyślić po tytule – nowy czytnik ma kilka bajerów, których nasz (wszelako bardzo dobry i nie dam na niego złego słowa powiedzieć) staruszek czytnik nie miał. Jedną z nich jest podświetlenie. Wiecie, wiedziałam, że istnieją podświetlane czytniki i nawet słuchałam czasem znajomych opowiadających o tym, jak czytają sobie spokojnie na takich urządzeniach, ale myślałam sobie, że to jedna z tych rzeczy, które niekoniecznie mnie aż tak kręcą. No i teraz, po dwóch tygodniach z nowym czytnikiem muszę się bić w piersi i upraszać o wybaczenie, bo to jednak niesamowicie zmienia nawyki i przyzwyczajenia, a do tego upraszcza (no, zależy jak na to spojrzeć…) życie. Dla porządku jeszcze dodam, że tekst jest wypadkową moich wrażeń i nie jest ani reklamą, ani zachętą do kupna podświetlanego czytnika, po prostu chciałam się podzielić refleksjami. Dumbledore ci nie straszny. […]

Jak rozmawiać o książkach, żeby się nie pobić* albo o dystansie

Być może pamiętacie, że pisałam kiedyś o tym, że samo rozmawianie o książkach może sprawić niejedną trudność. Generalnie jednak uważam, że przynosi sporą ilość frajdy. Niezależnie, czy zgadzamy się co do swoich spostrzeżeń, czy się nie zgadzamy – poznawać inne punkty widzenia jest interesująco (chyba, że ten inny punkt widzenia objawia się przez ganianie za rozmówcą z tłuczkiem do ziemniaków i krzykami „Raskolnikow miał rację, ty taki owaki!”). Są jednak czasami sytuacje, z których po takiej rozmowie wychodzimy poirytowani, spać nam ona nie daje i w ogóle czujemy się dosyć nieszczęśliwi. Dlaczego? Wydaje mi się, że – jak we wszystkim – tak i w przypadku rozmawiania o książkach mamy do czynienia z pewnym (często niepisanym) zestawem reguł, porządków i wykroczeń. Oho, zakrzykniecie, wykroczeń – to brzmi groźnie. Odrobinę i brzmi, ale już tłumaczę, o co mi chodzi: to znaczy bardzo łatwo się o książkę pokłócić – jednostronnie lub dwustronnie (to znaczy albo faktycznie się pokłócić, wiecie, obie strony wymachują ramionami i krzyczą do siebie brzydkie rzeczy, wśród których okrzyki „a ten twój to nawet Nobla nie dostał!” jest najłagodniejszym wariantem, albo ktoś kłóci się z nami lub my z nim, podczas gdy druga strona jest niczym sędzia piłkarski, który ciągle […]