Duch rodzinny albo o „At Chrighton Abbey” M. E. Braddon

  Niedzielne poranki bywają czasami równie skomplikowane jak poranki poniedziałkowe. Człowiek budzi się nad ranem, za oknem jest wciąż ciemno, a zasnąć już nie może. Co wtedy robić? Jak to, co: sięgnąć po klasyczną historię o duchach! W moim przypadku padło na leżakujące już od jakiegoś czasu na czytniku „At Chrighton Abbey” Mary Elizabeth Braddon. Czy było strasznie? Zaraz postaram się Wam wszystko opowiedzieć.

Czterech ich było, czterech z fasonem albo klasyczni pisarze o duchach

Myśleliście, że żaden wpis zbierający wrażenia z klasycznych opowiadań o duchach się nie pojawi? E, na pewno nie myśleliście. No, tak czy inaczej: oto się właśnie pojawia. A w nim Charles Dickens, bo jakże inaczej, Robert Lewis Stevenson, bo szkoda było nie skorzystać z okazji, Bram Stoker, bo jak wyżej oraz Washington Irving, którego zawsze chciałam przeczytać. Duch klasyczny i złowrogi, czyli „Dom Sędziego” Brama Stokera Na początku może najbardziej chyba klasyczne ze wszystkich czterech opowiadań. Umieszczone w zbiorze „Gość Draculi”, drugie z kolei opowiadanie, eksploruje motyw nawiedzonego domu, a że Stoker – co podkreślałam przy okazji Draculi – pisać zdecydowanie umiał i pozostaje dla mnie wzorem klasycznego powieściopisarza rozrywkowego, czyni to umiejętnie i z dreszczem grozy. A przy tym jak pięknie nawiązuje do baśni Grimmów! Ale może po kolei. Oto pewien student matematyki, nazywający się w może mało wyrafinowany sposób, bo Malcolm Malcolmson (aż się przypomina profesor Professorson z Community) postanawia porządnie przygotować się do egzaminów. Nawiedzenia w trakcie tej czynności, co wiemy już od Blackwooda, zdarzają się dość często, ale Malcolmson raczej tego nie wie – wsiada oto do pociągu byle jakiego i w miejscowości, do której w ten sposób trafia, wynajmuje stary dom. Dom jest niemożebnie zaszczurzony […]

Podróże kończą się spotkaniem kochanków albo o „Nawiedzonym” S. Jackson

Wybrałam na tytuł notki powtarzane często przez bohaterów stwierdzenie. Ale co ono właściwie znaczy? I jaki jest ten „Nawiedzony” tak właściwie? No cóż, postaram się co nieco Wam o nim powiedzieć. O co w tym wszystkim chodzi? Pewien naukowiec kompletuje zespół do przebadania niezwykłych zjawisk, jakie mają miejsce w starym domu Sandersonów. Miały w nim miejsce różne dziwne wydarzenia, a architektura samego miejsca jest… No, powiedzmy, że niesprzyjająca. Sam dobór tymczasowych lokatorów tajemniczego Domu na Wzgórzu jest mało jasny, ale doktor Montague się tym nie przyjmuje: zaprasza Eleanor, której w dzieciństwie przydarzyło się coś dziwnego, nieco roztrzepaną Theodorę oraz przyszłego dziedzica włości, Luke’a, do wspólnego zamieszkania i odkrywania, co czai się za złowrogą aurą nawiedzonego domu. Jeśli coś się w ogóle czai. Powiem od razu, że „Nawiedzony” mnie nie uwiódł. Owszem, pewien wpływ na to miał zapewne kontekst. Straszono mnie tą powieścią bardzo, więc na wszelki wypadek czytałam pomału, z dudniącym sercem czekając, aż z kolejnej szafy wypadnie na mnie szkielet. To dość miarkowane tempo sprawiło, że niespecjalnie przejęłam się akcją (a i szkielety coś nie wypadały tak chwacko, jak wypadać miały), w dodatku przydarzyła mi się rzecz w trakcie lektury smutna: miałam tak dość jednej z głównych bohaterek, że […]