Kulejące duchy i nawiedzone przedmioty albo o opowiadaniach grozy E. F. Bensona

Przyznaję od razu: w Polsce Benson nie jest autorem popularnym. Nie oznacza to, że jego opowiadania nie ukazały się u nas (na szczęście mamy nieocenioną serię grozy C&T), ale też jakimś wielkim echem się raczej nie odbiły. A tymczasem nie dość, że sam Benson to bardzo ciekawa postać (a jego rodzina, ho, ho!), to jeszcze pisał w sposób bardzo różnorodny i interesujący. Ba, więcej: obok M. R. Jamesa uznaje się go za klasyka grozy u narodzin jej nowoczesności, a H. P. Lovecraft uważał go za jedną ze swoich najważniejszych inspiracji. Dlatego też postanowiłam nadrobić swoje “groźne” zaległości i nieco więcej napisać Wam o jego “Collected Ghost Stories”.

Syn arcybiskupa

Być może nazwisko Bensona obiło się Wam o uszy — sama pisałam o dwóch jego opowiadaniach, poszukując czegoś do czytania w trakcie “Klasyki Grozy 2”. To wyzwanie, organizowane przed dwoma laty przez Lukę Rhei z bloga Przestrzenie Tekstu co miesiąc zakładało czytanie literatury grozy w danym temacie. I tak natrafiłam na Bensona najpierw w miesiącu poświęconym folk horrorowi, a potem, kiedy skończyły mi się najoczywistsze wampiryczne lektury (czytałam wówczas “The Room in the Tower”, a teraz polecam również “Mrs Amworth”). Po takim doświadczeniu założyłam zatem, że to raczej autor mało znanych tekstów — jakże niesłusznie! Jeśli kojarzycie M. R. Jamesa i jego próby, które przeprowadzał najpierw na studentach w Cambridge, a potem uczniach w Eton, czytając im swoje straszne opowiadania, to E. F. Benson należał do tego grona. Faktycznie więc znajdował się u narodzin nowożytnej grozy i coś z Jamesowskich inspiracji można u niego znaleźć. Zamiast jednak bazować na strachu przed czymś dziwnym i niewidocznym — co jest charakterystyczną cechą straszności Jamesa — Benson często daje nam swoje duchy zobaczyć.

E. F. Benson pochodził z literackiej rodziny. Ojciec doszedł do godności arcybiskupa Canterbury i jego cień — postaci wymagającej, może nawet nieco przemocowej — położył się na całej rodzinie. Matka, pozostawiwszy po sobie fascynujące pamiętniki, mogła regały w domu zapełniać literackimi próbami i sukcesami swoich dzieci. Opowiadania grozy pisał nie tylko Edward Frederick, ale też jego dwaj bracia (o nich dzisiaj mniej, ale ich opowiadania wkrótce także nadrobię i dam Wam znać), siostra była słynną egiptolożką. Dwójka rodzeństwa zmarła wcześniej, ale wcale nie wykluczałabym, że i oni pisali. Matka dbała, by dzieci wykazywały się zmysłem obserwacji rzeczywistości i zachęcała je do tworzenia. Nic zatem dziwnego, że Benson stworzył kilkadziesiąt powieści (w tym cudowną satyrę na drobnomieszczaństwo, pełną sympatycznych i prześmiesznych bohaterów, czyli serię “Mapp i Lucia”) i wiele opowiadań.

Bracia Bensonowie. Po lewej siedzi Arthur, po prawej bohater dzisiejszego wpisu, a stoi Robert. Zdjęcie stąd.

Co nas tu straszy?

No właśnie, to przecież pytanie, które nas wszystkich najbardziej interesuje. Bywa różnie. Owszem, Jamesowskie wpływy widać, zwłaszcza w konstrukcji mrocznego ślimaka (slug), który jest po pierwsze dużo straszniejszy niż nazwa wskazuje, a po drugie który powraca w aż trzech historiach, wysysając życie z bohaterów. Jest dziwnym “czymś” z zaświatów, o nieokreślonym kształcie, spowitym w mrok, wymykającym się opisowi, od którego zmysł dotyku i wzroku wariuje. Ale Benson lubi straszyć też tym, czego nie widać. Charakterystyczny dla niego jest kulejący duch: jak wielu bohaterów i bohaterek musi się z nim mierzyć! W “A Tale of an Empty House” jest to motyw chyba najpełniej wykorzystany, chociaż zdublowanie tego efektu w historii pod tytułem “The Bath-Chair” przyniosło fantastyczne efekty. To ostatnie opowiadanie to też dobry przykład tego, że bohaterowie Bensona panicznie boją się choroby i tego, że ich ciało ich zawiedzie. Wysportowany i utrzymujący się w dobrym zdrowiu bohater, pogardzający “słabszą” częścią rodziny pada tutaj ofiarą swojego największego strachu: przed niedołężnością i chorobą. Benson ubiera taki przestrach często w formę cielesną, jak choćby w ciarkogennych “The Caterpillars”, a utrata kontroli łączy się z nawiedzeniem, jak w histerycznym tańcu bohaterki z “The Dance”.

Nie tylko ciało zawodzi jego bohaterów — także zmysły. Przerażony, acz wredny, bohater mrocznej historii “The Step” któregoś dnia zaczyna być prześladowany przez odgłos, który wszak początkowo traktuje jako echo. Och, ale to oczywiście nie jest żadne tam echo. Ten krok akurat nie kuleje — ale ów kulawy duch, interpretowany czasami jako porte parole autora (pod koniec życia Benson musiał chodzić o kulach), dla mnie jest trochę taką odpowiedzią Bensona na zmianę świata: kuleje, bo oto w świecie przestał mieć jakiekolwiek metafizyczne oparcie.

Nawiedzone auta

Benson tworzy przez koniec XIX wieku do swojej śmierci w latach 40. XX wieku i bardzo dobrze oddaje szybkie zmiany w świecie, który go otacza. Nie zabraknie tu zatem nawiedzonych telefonów, wagonów metra i samochodów. Nie tylko wynalazki bardzo “nowoczesne” stają się wylęgarniami duchów i środkami komunikacji z tym innym, ukrytym światem. Benson trzyma rękę na pulsie i często opisuje modę na spirytyzm, bardzo “na czasie”, kiedy pisze. Czasami robi to zupełnie na poważnie, czasami prześmiewczo (sięgnijcie po “Mr Tilly’s Séance” albo “Spinach”, miód!), niemniej sięga często do wieści z pierwszej ręki: wszak jego wuj, filozof Henry Sigwick, był jednym z bardzo aktywnych członków Society for Psychical Research i demaskował między innymi słynne medium Euzabię Paladino. Działo się więc wokół Bensona, działo, a on to skrzętnie wykorzystywał do swojej twórczości.

Nie jest jednak tak, że demaskując fałszywe zagrania medium, równocześnie poddaje w wątpliwość sam fakt komunikacji z duchami. O nie, stanowczo jakiś zaświat u Bensona istnieje, czasami z religijnym posmakiem (jak w mrocznej wariacji na temat dzieciństwa w “Negotium Perambulans” czy w zręcznie utkanym “Bagnell Terrace”), czasami raczej w formie sentymentu (wspaniali “Pirates”). Istnieje też mroczna sprawiedliwość, więc duchy wracają, by się zemścić. O, mówi Benson, żadnego tam mordowania współmałżonka bez konsekwencji (czy to żony w “James Lamp”, czy męża w “The Corner House”), nie warto też się nie przyznawać do winy, jeśli się coś zrobiło (jak tytułowy bohater “The Confession of Charles Linkworth”), bo już tam za grobem czeka wymiar sprawiedliwości i każe powrócić i zadośćuczynić. Nie zawsze się da (jak we wspomnianym już pustym domu), a czasami zajmuje to — dosłownie — wieki (superstraszne “How Fear Departed From the Long Gallery” czy nieco krócej wymierzające sprawiedliwość widmo z “Home Sweet Home”).

A czasami ducha w typie Bensonowskim po prostu widać. I wtedy też jest strasznie. Taki typ lubi zaglądać w okno, jak creepy malarz z historii “The House with the Brick-Kiln” albo ojciec bohatera w “The Bath-Chair”. Lepiej zatem nie wyglądać, mówicie? Jasne, ale duchy pchają się do domów, szukają czegoś, zmieniają miejsce. Trzeba się mieć na baczności zwłaszcza w hotelach (“The Other Bed”), żeby nie zobaczyć czegoś, czego się wcale nie chciało zobaczyć. Chociaż czasami takie jest ryzyko zawodowe — jak u księdza prześladowanego przez pewne widmo nie do końca znanej proweniencji w historii “The Hanging of Alfred Wadham”.

Bez różnicy

Lubię historie Bensona także za to, że są tak bardzo egalitarne. Bohaterowie i bohaterki bywają mądrzy i głupi, sprytni i jako te postaci z teenage horror złażący bez sensu do piwnicy, gdzie czai się coś groźnego. Czasami denerwować się można, że ci sprawiedliwi przegrywają albo że właściwie nie wiadomo, za co ktoś ma w tym wymiarze przerąbane (sprawdźcie koniecznie opowiadanie “The Face”!). Na szczęście Benson osłabia to często doskonale wykorzystywanym komizmem. Jak choćby w pięknie sentymentalnej historii “Thursday Evenings”. Oto stara dama, ostatnie ogniwo łączące naszą nowoczesność z epoką wiktoriańską umiera — ale nie odchodzi. Powraca do swojego domu, w którym w międzyczasie zamieszkało dekandenckie małżeństwo. Ona — malarka kubistka, on — muzyk eksperymentujący z dodekafonią. No i ona, starsza dama, która zmusza ich do tworzenia według swoich reguł (i lektury George Eliot!), póki nie odgadną, że z przeszłością nie można zerwać zupełnie, nawet jak się jest szalenie awangardowym artystą.

Straszą więc u Bensona i współczesne mu wydarzenia (I wojna światowa w “’And the Dead Spake — “), nowoczesne wynalazki (telefon w “The Confession of Charles Linkworth”, metro w “In the Tube” czy samochód w “The Dust-Cloud”), duchy widzialne, duchy niewidzialne, mężczyźni, kobiety, dzieci, a nawet zwierzęta (nieco przekombinowane “Monkeys”). Straszą choroby. Duchy czasami pocieszają, czasami karają — ale zawsze są interesujące. A to naprawdę coś, zważywszy na liczbę tych opowiadań!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.