Wszystkie książki moich zmarłych albo o układaniu półek

Wreszcie postanowiliśmy oddać szacunek książkom w domu rodzinnym i po wielkim remoncie, w trakcie którego kilka palców zostało przeciętych, kilka desek w podłodze obluzowanych, jeden karnisz odpadł z efektem dramatycznym od ściany, a uzyskany radośnie właściwy kolor farby okazał się być uzyskany w ilości niewystarczającej – wszystkie domowe książki, zwożone, znoszone i uzyskiwane przez lata wylądowały w jednym miejscu. Przy okazji porządków naszła mnie refleksja, jak wiele z tych książek pochodzi z miejsc, których już nie ma albo do których pewnie już nigdy nie wrócę, i od ludzi, którzy w ten czy inny sposób zniknęli z mojego życia.

Mnie przyda się bardziej

Chudziutki zbiorek opowiadań Franza Kafki wypożyczyłam z wiejskiej biblioteki w domu kultury w miejscowości, gdzie mieszkali moi Dziadkowie. Spędzałam tam każdego roku wakacje i w pewnym momencie odkryłam ten dom kultury i tę bibliotekę, borykającą się z przeciekąjącym dachem, niezadowoleniem czytelników, którzy chcieli więcej nowości, na które nikt nie dawał pieniędzy i za małą przestrzenią na te stare książki, które gromadzono tam przez lata. Każdego dnia czekałam, aż biblioteka się otworzy, wsiadałam na rower i jechałam tam – naprzeciwko stała budka z lodami, więc korzyść z wizyty była każdego letniego dnia podwójna. Pamiętam ten poziom ekscytacji, spod znaku „co też dzisiaj znajdę”. System układania książek był mi wówczas dość obcy. Przeczytałam tam całego Różewicza, sporo Kafki, stamtąd miałam „Dekameron” Boccaccia, jakieś fantastyki, których dzisiaj już nawet nie pamiętam, a które czytało się nad rzeką, tą samą, w której wszyscy chodziliśmy się kąpać i z której nieco dalej piły krowy. Wszyscyśmy się tam jakoś mieścili. „Wyrok” Kafki wypożyczyłam ostatniego lata – nie zdążyłam go oddać przed końcem wakacji, miałam oddać przy następnej okazji. Pani bibliotekarka zawsze mówiła, że nie ma pośpiechu, i tak nikt nie wypożyczał tych książek, które wypożyczałam, nie było na nie kolejki, nie było pośpiechu. Po tym lecie zmarli moi Dziadkowie, skończyłam jeździć tam na wakacje, mieszkanie zostało wysprzątane, większość książek wzięłam ja, w tym ten zbiorek Kafki. Nigdy go już nie oddałam. Przez chwilę miałam wyrzuty sumienia – w końcu może ktoś mógł go potrzebować do maturalnej prezentacji albo z czystej ciekawości i chęci przeczytania Kafki. Potem zaczęłam sobie mówić, że przecież mnie na pewno przyda się bardziej. Może nikt nawet nie zauważył, że go nie oddałam. Przez jakiś czas trzymałam go na półce osobno, nie wśród moich książek, oszukując się, że może jeszcze kiedyś go oddam. Teraz wylądował już ze wszystkimi innymi. Cieniutki, z łóżka, na którym piszę ten wpis, ledwo go widać.

Kiedyś na pewno oddam

To jest dziwna książka, ale pochodzi z czasów, kiedy fascynowało mnie średniowiecze. Z daleka nawet nie widzę dokładnie tytułu, ilustracje robił Szymon Kobyliński. Pożyczyłam ją – a może pożyczono ją mi, nie pamiętam – dawno temu, w innej miejscowości, w której mieścił się kiedyś dom rodzinny. Dokładnej historii nie umiem już odtworzyć, majaczy mi się, że nawet ją oddałam, potem pożyczyłam jeszcze raz, potem została. Znowu lekkie wyrzuty sumienia i postanowienie, że kiedyś ją na pewno oddam, a potem wszystko się jakoś powoli rozmyło, nikt się nie upominał. Kilka swoich książek też tak straciłam – o kilku nie pamiętałam nawet, że je mam, aż nagle bardzo dawno nie widziany kolega na przypadkowej kawie w przypadkowym mieście gdzieś między przesiadką na pociągi przynosi mi paczuszkę i mówi, że pożyczał je zaraz po maturze. „To na pewno moje?” – pytam zdziwiona, nawet nie pamiętam, gdzie mogły stać na półce. Nie są podpisane, ale kolega zaklina się, że od kogo mógł pożyczyć Hrabala, jeśli nie ode mnie. Kim jestem, żeby odmawiać zwracanych książek, przyjmuję i układam na regale, teraz mają swoje miejsce, może zapamiętam, że tutaj stały. Ciągłe przeprowadzki nie sprzyjają stałości domowej biblioteczki.

Tobie przyda się bardziej

I jest jeszcze ta kategoria książek po zmarłych, która budzi trochę mieszanych uczuć, jakąś tęsknotę i sentyment z jednej, troszkę ukłucie wstydu albo litości z drugiej strony. Stare podręczniki do martwych języków, których naprawdę kiedyś używałam – antyki leżące bez sensu w cudzej biblioteczce i podarowane mi przy jakimś „do widzenia”, po którym nie było już żadnego widzenia się więcej. Coś z serii, które zbierałam, z radością oddane, bo przecież inaczej i tak się wyrzuci. Książki z nieistniejących bibliotek, które zlikwidowano, księgozbiory z jeszcze dawniejszych filii sprzed trzeciej i piątej reorganizacji lokalnej sieci bibliotecznej. Powieści oddawane po rodzinie, których nikt inny nie chciał wziąć. Książki z dedykacjami dla nieznanych Iren, Zdzisławów i Zofii, z kolonii letnich, w uznaniu zasług, z pieczątkami zlikwidowanych zakładów pracy i ośrodków wypoczynkowych zarastających trawą. Przewodniki po miastach, w których zmieniły się nazwy ulic, wyburzono pomniki, przemalowano fasady domów. Czasami w obcym języku, wtedy wszystkie te miejsca, które się zmieniły, nie istnieją w dwunajsób, są jeszcze bardziej egzotyczne – przeszłość to w końcu obcy kraj – podwójnie cudze, dalekie i obce. Fascynujące, jak te miejsca na mapach, gdzie żyją już tylko smoki.

Comments

  1. Maria Różańska

    Ostatnio przesłano mi kilka moich dawnych książek z dedykacjami – otrzymanych na zakończeniach roku czy wygranych w konkursach. Wspomnienia powróciły – tamte emocje, scena w auli, klasa udekorowana na koniec roku szkolnego, mała ja odbierająca książki z rąk nauczycielki…

    Mam książki z takimi dedykacjami, należące do ludzi, których nigdy nie znałam i nie poznam. Zawsze skłaniają mnie do refleksji – kim była ta osoba? Jakie emocje towarzyszyły jej przy otrzymywaniu tej konkretnej książki? Czemu ją straciła i czy było jej z tego powodu smutno? A może nie lubiła czytać i książkę puściła w świat z własnej woli? Zawsze tym rozważaniom towarzyszy lekkie ukłucie winy – mam cudzą książkę. To troszkę jakbym pożyczyła i nie oddała. Wiem, że to nie to samo. A jednak.

    1. Post
      Author
      Pyza

      Tak, to jest jeszcze kolejna sprawa: czasami taka dedykacja jeszcze coś nam mówi, czasami wywołuje zdumienie („naprawdę dostałam coś takiego?”), dotyczy książek, które są jakoś „nieużywalne”, albumów najpiękniejszych pałaców Europy (ale nie w formie przewodnika), przeglądu flory i fauny z wpisem, że książkę dla najlepszej uczennicy ufundował pan X (ale kim był pan X?) czy „100 największych katastrof świata” (do dzisiaj się zastanawiam, czemu ktoś mi coś takiego dał).

      I te cudze dedykacje właśnie. Czy komuś nie zależało? Czy nie zależało temu, kto ten księgozbiór odziedziczył? Czy to prosta historia bez większych emocji, czy smutna opowieść z nadmiarem?

  2. Hannah

    Na pólce ciagle mam podrecznik do gramatyki jezyka polskiego mojej babci. Pokazalam go mojej corce dla czystego shock value. Podrecznik dla klasy czwartej – co prawda nie wiem w jakim systemie wiec musimy przyjac przedzial od dziesieciu lat wzwyz, biorac pod uwage tekst powiedzialabym ze raczej blizej dziesieciu.
    Ani jednego obrazka. Sam suchy, bardzo pruski w charakterze tekst generalnie do wyuczenia na pamiec mam wrazenie. Tabelki i wyliczanki. Zawsze kiedy ktos wychwala pod niebiosa przedwojenna edukacje mysle o tym podreczniku. Prosciutki i nieprzyjazny ot, co. Nigdy go nie wyrzuce. Skoro moja babcia mogla sie uczyc z czegos takiego to ja w dzisiejszym swiecie moge sie nauczyc czegokolwiek zechce. I tak wyjechal ze mna za granice jako dowod ze mozna.

    Zabralam w sumie niewiele ksiazek jak teraz mysle. Ale Slownik mitow i tradycji kultury musialam zmiescic. To jedna z najlepszych ksiazek jakie znam. Fakt ze dostalam ja w nagrode po zakonczeniu osmej klasy przywoluje wspomnienia. Pierwotnie mialam dostac jakas inna, bardziej zwyczajna ksiazke i to wzburzylo moja bibliotekarke. Nagroda w osmej bedzie takze od niej, zapowiedziala, jako podsumowanie tych wszystkich lat dyzurow bibliotecznych kiedy wyuczylam sie systemu i zastepowalam ja za lada, tych wszystkich owinietych ksiazek i kolek bibliotecznych. Wiec pani Basia stanela na rzesach i zdobyla dla mnie Kopalinskiego. Ja to juz nawet nie wspominalam ze dyzury biblioteczne to byly najszczesliwsze minuty w szkole a owijanie ksiazek to byly godziny cichej euforii. Nowosci wtedy w ksiegarniach nie bylo (nie wiem, gdzie byly, nie pytajcie) i biblioteka stanowila jedyna mozliwosc kontaktu.

    1. Post
      Author
    2. Maria Różańska

      Och, jak mi się za czasów szkolnych marzył taki biblioteczny dyżur! Nietety, jedyne zadanie jakie udało mi się otrzymać, gdy natrętnie pytałam pania bibliotekarkę czy nie byłabym potrzebna, to oddzieranie pieczątki szkoły z ksiązek, które szły do piwnicy. Był jednak jeden niezaprzeczalny bonus – mogłam sobie wziąć z tych kartonów przeznaczonych na piwniczne zesłanie co tylko chciałam! Pamiętam w sumie z tego tylko jakąś książkę, której tytuł wyleciał mi z głowy: było o dziewczynie, Zuzannie, w przedwojennej chyba Polsce, która wbrew rodzinie i w tajemnicy uparła się zdać maturę. Chętnie bym ją sobie powtórzyła, ale ani autora, ani tytułu – pustka!

  3. tanayah

    No no, ładnie to tak nie oddawać książek do biblioteki? 😉 A tak poważnie to trochę tęsknię za tymi czasami, gdy kartoteki były papierowe i można było mówić czytelnikom „spokojnie, przecież się nie spieszy” i anulować drobne kary za przetrzymanie, bo nikt tego nie odnotowywał. Teraz jest komputer i jego elektroniczne oko widzi wszystko. I nawet jak anuluję karę w wysokości 0,90 zł, to wszystko widać czarno na białym.

    A tak poza tym: fajnie, że wróciłaś, Pyzo! Brakowało mi Cię.

    1. Post
      Author
      Pyza

      Ja nie znikam tak naprawdę, kręcę się tutaj cały czas :-).

      Czy możesz mi wyjawić tajemnicę: czyli jak to jest, kara jest anulowana, ale wisi na koncie czytelnika i widać, że jest przestępcą-nieoddawaczem? Czy na czym to polega?

      1. tanayah

        Tak, wszystko widać w zakładce „historia czytelnika”. A w dodatku nawet nie mogę anulować kary bez powodu, bo mam dobry dzień i kogoś lubię. Czasem i tak mi się to zdarza, gdy są małe kwoty, ale… Teoretycznie, gdyby mój przełożony to zobaczył, mógłby kazać mi się wytłumaczyć 😛

  4. kasjeusz

    Podobną historię, co twój zbiorek Kafki, ma mój Słowacki. Wypożyczyłam na wakacjach, a potem zapomniałam oddać, wróciłam z nim do domu. Tamtej biblioteki już nie ma. W ogóle – tak po lekturze komentarzy powyżej – mam bogatą historię czytelnika, bo ciągle się spóźniam te 2-3 dni, roztrzepana jestem 😉 Aż dziw, że mi jeszcze książki pożyczają, biorę nawet na konto mamy i taty. Nie przeprowadzałam się, ale moja biblioteczka i tak żyje swoim życiem. Wielu książek mi po prostu nie oddano, czym się już nie przejmuję, widocznie znalazły nowy dom (a tych nielicznych, które bym odkupiła zaraz po stracie, nie pożyczam).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.