Powrót do Pikników z Klasyką albo o „Klaudynie w szkole” Colette

Zapraszamy dzisiaj na powracające na nasze blogi „Pikniki z Klasyką”. W dzisiejszym odcinku zastanawiamy się wraz z Tarniną, o czym właściwie jest „Klaudyna w szkole”. W sierpniu mamy nadzieję zabrać się za jakiś klasyczny horror, więc jeśli coś polecacie, koniecznie dawajcie znać! A tymczasem do wzięcia udziału w dyskusji zapraszamy tradycyjnie w jednym miejscu, tym razem na Czytam to i owo.

***

Pyza: Muszę przyznać, że lektura „Klaudyny w szkole” była dla mnie dość zaskakująca. Z wielu powodów. Ale może zacznę od tego, że oczekiwałam czegoś więcej od strony samej formy, języka – generalnie: warsztatu pisarskiego, zwłaszcza że naczytałam się o Colette jako jednej z największych francuskich pisarek. A tymczasem muszę powiedzieć, że książka była bardziej zaskakująca od strony fabularnej, niż formalnej… Swoje zapewne zrobiła też lektura przedmowy, w której autorka opowiada, jak mąż skłonił ją do napisania fabularyzowanych wspomnień – byleby były podkoloryzowane i z „pieprzem”. A jak Ty sądzisz? Czy coś Cię ujęło w pisarstwie Colette?

Tarnina: W mojej świadomości Colette funkcjonowała – dosyć stereotypowo – jako pisarka-gorszycielka, autorka książek niezbyt odpowiednich dla czytelniczek niezbyt dorosłych (w zasadzie Colette kojarzyła mi się z pisarstwem skierowanym do kobiet, co zapewne było błędne, zwłaszcza biorąc pod uwagę genezę “Klaudyny”). Wobec tego sama się dziwię, że nie sięgnęłam po Colette, będąc w wieku, kiedy jej lektura mogła mieć posmak zakazanego owocu. Ale nadrabiając tę czytelniczą zaległość teraz, dostałam w zasadzie to, czego się spodziewałam. Z łatwością mogę sobie wyobrazić, że książka po opublikowaniu otoczona była aurą skandalu obyczajowego, ba, nawet trzydzieści lat temu mogła jeszcze uchodzić za skandalizującą! Dzisiejszego czytelnika pewne elementy tej opowieści o wiejskiej szkole i uczęszczających do niej dorastających dziewczętach też mogą bulwersować, ale chyba nie te same, które przyprawiały o szybsze bicie serca czytelników sto czy pięćdziesiąt lat temu. Do tych wątków na pewno jeszcze wrócimy, a co do warsztatu Colette, to warto pamiętać, że “Klaudyna w szkole” była jej debiutem, napisanym, jak wspomniałaś, na zamówienie męża, więc zapewne dopiero późniejsze powieści ukazują w pełni styl Colette. Poza tym pozostaje jeszcze pytanie, ile z indywidualnego stylu pisarki przebiło się do polskiego przekładu (czytałam powieść w tłumaczeniu Krystyny Dolatowskiej, W.A.B., Warszawa 2011).  Zaskoczeniem było dla mnie natomiast to, że książka miejscami autentycznie mnie bawiła. 

Pyza: Muszę powiedzieć, że mnie przede wszystkim przerażała. Bo oczywiście masz rację, przede wszystkim to jest powieść-gorszycielka (jeśli możemy samej powieści przypisać takie nieco uczłowieczające ją właściwości), ale to, co gorszy dzisiaj, to chyba zupełnie co innego niż to, co mogło wzbudzać zgorszenie przed laty. Dla mnie zupełnie zaskakująca była dzika ilość przemocy, jakiej dopuszczają się wobec siebie bohaterki. I to nie tylko te, które kreowane są na “czarne charaktery” (o ile coś takiego zachodzi, tu mogłabym sama w sumie z tym stwierdzeniem polemizować), jak Anais, ustawicznie dopuszczająca się mniejszych lub większych złośliwostek wobec koleżanek, ale i sama Klaudyna. Spójrzmy na taki chociażby fragment (czytałam to samo tłumaczenie, choć wydanie znacznie starsze, bo PIW 1975):

Oberwała solidnie po buzi, co miało taki skutek, że zaraz się uspokoiła; spogląda na mnie teraz cichutko i płaczem pocieszona już, rozcierając sobie twarz. To niesamowite, jak ona lubi, żeby ją bić.

To sytuacja, w której Klaudyna policzkuje młodszą koleżankę, Łusię. Ale to nie jedyny taki przypadek: najjaskrawszy w tekście, stąd cytat, ale zupełnie nieodosobniony. I, co ciekawe, te relacje przemocowe zachodzą głównie pomiędzy bohaterkami – chociaż zdarzają się i takie, gdzie uczestnikiem jest mężczyzna. Jak chociażby w przypadku molestującego Klaudynę lokalnego polityka. Stąd moje główne skojarzenie z książką Colette to “Ania z Zielonego Wzgórza” w krzywym zwierciadle, nie wiem, czy zgodziłabyś się z taką interpretacją?

Tarnina: Zestawianie tych dwóch książek (które, prawdę mówiąc w ogóle nie przyszło mi do głowy), dobitnie unaocznia, w jak różny sposób można literacko potraktować ten sam w gruncie rzeczy temat. Te książki dzieli wszystko, z wyjątkiem tego, że obie można by opisać jako “powieść o przeżyciach nastolatki w wiejskiej szkole na przełomie XIX i XX w.” i obie wykorzystują elementy biografii autorek. Nie jestem przekonana, że “Klaudyna” to obraz z krzywego zwierciadła (choć też nie całkiem wierne odbicie rzeczywistości), a jeśli chodzi o przemoc w szkole, to znajdziesz ją też na kartkach “Ani z Zielonego Wzgórza”. Świat nastolatków (i nastolatek) w ogóle jest (i był, a również – obawiam się – będzie nadal) bardzo brutalny. Obawiam się, że szkoła w Montigny nie jest tu szczególnym wyjątkiem. Zresztą nie brałabym sformułowań typu: “oberwała solidnie” czy “bicie” zbyt dosłownie. Wyjątkiem jest natomiast fakt, że główną bohaterką, zamiast wrażliwej, uciemiężonej jednostki, jest dziewczyna bardzo pewna siebie i przekonana o swojej wyższości, która chwilami przyjmuje rolę szkolnej dręczycielki. Zresztą wszystkie te dziewczyny są wredne, zawistne i obłudne we wzajemnych relacjach. (A może właśnie nie? Może to tylko ironiczny sposób opowiadania Klaudyny?) Poza tym czytając “Klaudynę” miałam nieodparte wrażenie, że opinie, jakoby “zepsucie młodzieży” było cechą szczególną czasów współczesnych, nie mają potwierdzenia w rzeczywistości. Myślę, że Klaudyna i jej koleżanki świetnie by się odnalazły w którymś z “wygaszanych” właśnie gimnazjów. Czy to konstatacja krzepiąca, czy przerażająca, pozostawiam do indywidualnej oceny.

A skoro już przy “zepsuciu” i naszych czasach jesteśmy, co może w tej powieści bulwersować współczesnego czytelnika?

Pyza: Moim zdaniem jednak solidna dawka przemocy, jaką dostajemy na kartach powieści, jest obezwładniająca (i jeśli mam być szczera, ona mnie przede wszystkim bulwersuje jako współczesną czytelniczkę). Dziewczęta robią sobie na złość w mniejszym lub większym stopniu, nauczycielki również je dręczą — chyba jedyny moment, w którym dyrektorka okazuje im cieplejsze uczucia (co nie znaczy, że szacunek), to egzaminy, ale też dlatego, że cieszy się dobrymi wynikami, które “spłyną” na całą szkołę. Do tego dochodzi cały wątek przemocowo-siłowy ze strony nadzoru szkolnego. Klaudyna umie lawirować w tak funkcjonującym świecie – że przypomnę choćby sceny z egzaminów – ale smutne jest to, że wykorzystuje do tego często nie tyle spryt czy intelekt, ile cynizm. Natomiast co jeszcze ogólnie może być bulwersujące? Myślę, że kwestie wypływające z tych przemocowych stosunków: fałszywość relacji międzyludzkich (niezależnie od płci), hipokryzja, pijani władzą (ale i alkoholem) miejscowi włodarze… A co Ciebie bulwersowało? Czy w ogóle coś?

Tarnina: Coś zdecydowanie tak. Ale zanim do tego przejdę, przyznam się, że tej “dzikiej przemocy”, jak ją opisujesz, ja tu nie widzę. Oczywiście chciałoby się, żeby uczennice były słodkimi istotkami, współczującymi, życzliwymi, zawsze chętnymi do bezinteresownej pomocy, ale to jest właśnie myślenie życzeniowe, a nie obraz rzeczywistości w jakimkolwiek miejscu i czasie. Nie zauważyłam też, żeby dziewczynki były dręczone przez nauczycielki – przeciwnie, pod pewnymi względami ta szkoła wydała mi się bardzo “niskoprzemocowa”. W czasie, kiedy w szkołach powszechnie były kary cielesne, czy też inne kary o charakterze poniżającym, wystawiające niezdyscyplinowanych uczniów na pośmiewisko przed resztą, tutaj właściwie jedyną formą kary jest zadawanie dodatkowych zadań. Czy może coś przeoczyłam? Nauczycielki swoje uczennice zaniedbują, ale się nad nimi nie znęcają.

Owszem, przemoc też tu jest, ale w formie bardziej zawoalowanej, jest czymś wpisanym w ogólne relacje społeczne, czymś nie do końca uchwytnym, może bardziej wiszącym w powietrzu groźbą, niż dziejącym się. To jest przemoc o charakterze seksualnym, przed którą słabsi (słabsze) w społeczeństwie nie są w ogóle chronieni. Tym, co mnie bulwersuje w tej powieści jest obraz szkoły dla dorastających dziewcząt, która jest traktowana jako seksualne terytorium łowieckie. Charakterystyczna jest tu postać miejscowego lekarza, pełniącego rolę inspektora szkolnego, a także kandydata na deputowanego – lokalnej “grubej ryby” – który swoją pozycję wykorzystuje, no cóż, nazwijmy rzeczy po imieniu, do molestowania dziewcząt (od niby-przypadkowych dotknięć i pseudomedycznych oględzin począwszy, na składaniu wprost nieprzyzwoitych propozycji skończywszy, a czytelnik ma prawo również przypuszczać, że w przypadku innych uczennic na samych propozycjach się nie skończyło) a także do wymuszania świadczeń seksualnych od nauczycielek. Ale i dyrektorka szkoły, choć w bardziej subtelny sposób, szuka partnerki na terenie szkoły – znajduje ją w osobie nowej, młodej nauczycielki, ale wyraźnie daje Kladynie do zrozumienia, że mogła być na jej miejscu. Przyjrzyjmy się też wizycie ministra i reakcji jego i jego świty na powitanie przez delegację uczennic – oni wyraźnie traktują je jako obiekty seksualne i nawet się z tym nie kryją. (Na tym właśnie polega “seksualizacja dzieci”, pozwolę sobie odwołać się do modnego obecnie w pewnych kręgach hasła). Uderzające jest też to, że wszystkie opisane w książce relacje, którym można przypisać charakter seksualny, są wyraźnie transakcyjne. 

Natomiast sam fakt, że nastolatki myślą o seksie albo że nauczycielki były w związku lesbijskim w dzisiejszych czasach chyba nikogo już nie szokuje (szkoda tylko, że przez ten związek jakość nauczania tak bardzo spadła). 

Pyza: Tak, zgadzam się, queer strona “Klaudyny w szkole” nie jest już dzisiaj szokująca. Za to szokujące jest, jak w czasach, gdy powieść się ukazała, reagowano na jakiekolwiek elementy emancypacji kobiet – i nie idzie mi tu nawet o prawo doboru partnera dowolnej płci – ale chociażby o prawo do noszenia spodni. Trzeba było posiadać specjalne zezwolenie, żeby nie być nachodzonym przez policję, pilnującą “porządku moralnego”. Nie mogłam o tym nie wspomnieć, kiedy mowa o owej wizytacji ministra: tam to, jak dziewczęta będą ubrane, jest dla niepoznaki przybrane w “barwy patriotyczne” — jedna ma mieć białe, druga czerwone, a trzecia niebieskie wstążki. Za wszystko płaci, jak buńczucznie stwierdza, miejscowy lekarz, nasz czarny charakter (chyba możemy tak go określić?). I to też jest jeden z elementów, który służy temu, co nazwałaś polem łowieckim i “seksualizacją” (zaskakująco dobry przykład, chociaż zapewne pod prąd temu, co de facto za seksualizację uznaliby w powieści Colette promujący ten termin). Niby niewinne wstążki, a jednak chodzi o uprzedmiotowienie dziewczynek.

W tej sytuacji nie wypada mi aż nie zapytać: czy twoim zdaniem są jakieś pozytywne męskie postaci w tej powieści? Piję oczywiście również do tego, co napisałaś wyżej, czyli kwestii związanej z transakcyjnością relacji. Myślę, że jeszcze do tego wrócimy, dlatego teraz rzucam pytanie o mężczyzn w Montigny.

Tarnina: O, zdecydowanie możemy nadać doktorowi Dutertre’owi miano czarnego charakteru. Ale pytanie o pozytywne męskie postaci jest dosyć trudne, bo właściwie żadnego z nich czytelnik nie ma okazji poznać bliżej. Zastanówmy się: jest przede wszystkim owdowiały ojciec Klaudyny, dosyć stereotypowo opisany typ naukowca, który tak się zatapia w swoich badaniach (ślimaki), że reszta świata dla niego znika, skutkiem czego córka wychowuje się sama. Nie śmiem go potępiać, bo wydaje się sympatycznym człowiekiem, ale stawiać za wzór też nie mogę. Są dwaj młodzi pomocnicy nauczyciela, z których jeden ma szczęście zostać narzeczonym pięknej Aimee, i to zapewne o niego pytasz? Cóż, nie mam mu nic do zarzucenia i on jako jedyny wystąpił przeciwko owej wspomnianej transakcyjności, co równało się zerwaniu zaręczyn i zniknięciu z pola widzenia czytelnika. To jednak chyba za mało, żeby nazwać go pozytywną postacią. A tu właściwie katalog męskich postaci się kończy, pomijając te postaci tylko ledwie wspomniane. Ten świat męski istnieje jednak jakby na marginesie powieści, chociaż stanowi punkt odniesienia dla bohaterek.

Możemy też odwrócić postawione przez Ciebie pytanie: czy są w tej powieści pozytywne postaci kobiece? I dlaczego nie? (Tak, przyznaję, to było pytanie retoryczne).

Pyza: To prawda, postaci męskie są tutaj jakby tłem (nie zawsze przyjemnym i często zgrzytliwym), jak chociażby egzaminatorzy, przypominający trochę przegląd stereotypów: dobroduszny staruszek, złośliwy pan w średnim wieku, i tak dalej. Ale jeśli pytasz o pozytywne postaci kobiecie, to zastanowiłabym się jednak, co z matką dyrektorki? To ona zdaje się w ogóle mieć ostatnie zdanie w powieści i wydaje mi się, że jeśli przyjmiemy ten punkt widzenia, w ogóle robi się ciekawie. Bo nagle to ona wymiata wszystko, co powoduje jakieś wątpliwości czy wyrzuty sumienia, załatwia sprawę bynajmniej nie w białych rękawiczkach i ustanawia jakiś “porządek”. Czy to jednak tylko przykrywka?

Tarnina: O tak! O pani Sergentowej łatwo byłoby zapomnieć, gdyby nie ta ostatnia scena! Jest w zasadzie niezauważalna, prowadzi gospodarstwo córce i zdaje się czuwa od strony gospodarczej nad całym internatem, ale co myśli i jak ocenia to, co widzi (a jest pewne, że widzi wiele) tego czytelnik nie wie, bo nie zabiera głosu aż do tej ostatniej sceny, kiedy czyni to bardzo dobitnie. Kaludyna opisuje ją złośliwie, jak zresztą wszystko i wszystkich, ale jednak z nutką pewnego szacunku. Co ciekawe, pani Sergent nie reaguje na romans (a właściwie prawie jawny związek) córki z młodą nauczycielką, sprzeciwia się “łajdaczeniu” – i to nie tylko słowem, ale i czynem (“A i ten twój dochtór także [mnie popamięta] com mu mietłe na tyłku połamała! Com mu wlała, tom mu chociaż wlała!” nie mów, że to nie jest komiczny obrazek!) – kiedy przyłapuje ją w łóżku z naszym czarnym charakterem. Czy dlatego, że związków lesbijskich w ogóle nie traktowano poważnie lub udawano, że nie istnieją, czy też że w tym pierwszym przypadku chodziło o uczucie (ze strony dyrektorki przynajmniej), a w drugim wyraźnie o gratyfikację materialną, tego do końca nie wiemy. Ja jednak jestem skłonna przypisać pani Sergent szlachetne motywy, tym bardziej, kiedy patrzę na tę scenę w szerszym fabularnym kontekście. Oto całe miasto a amoku, bo nagle WŁADZA zwróciła ku niemu swe oblicze (jak pamiętamy, przyjeżdża minister) i nikt nie szczędzi trudu, żeby się tej władzy przypodobać. I nagle podczas tego festiwalu lizusostwa prosta chłopka robi coś zupełnie innego niż wszyscy. Ona się na tę władzę zamierza miotłą! Nie na samego ministra wprawdzie, ale na miejscowego notabla, ale pozwolę sobie żywić nadzieję, że gdyby przyłapała ministra w takiej sytuacji postąpiłaby tak samo.

Pyza: To jest bardzo ciekawy wątek! Chociaż mam pewne wątpliwości, czy faktycznie ze strony dyrektorki chodzi o uczucia względem nauczycielki – jak sama wspomniałaś, daje ona znać Klaudynie, że łatwo mogłaby się znaleźć na tym miejscu. Czy zatem znowu nie wchodzi nam tutaj raczej władza niż miłość jako temat przewodni? Przyjrzyjmy się na chwilę Klaudynie, bo niewątpliwie znajduje się ona na uprzywilejowanej pozycji. Jest po pierwsze znacznie lepiej sytuowana niż koleżanki – to, że zdaje egzaminy, nie oznacza wcale, że chce zostać nauczycielką, raczej gardzi tym zawodem niż się do niego przymierza. Po drugie, jej znacznie lepsza sytuacja wynika ze słabego zainteresowania rodzica, którego owinęła sobie wokół palca (choć może wcale nie musiała, jak wiemy, zajmują go głównie regionalne ślimaki), może więc robić, co chce. Po trzecie, jest zdolna i inteligentna: wiemy, że pisanie rozprawek przychodzi jej bez trudu, co prawda narzeka na nauki ścisłe, ale dużo czyta, jest na bieżąco ze współczesną sobie literaturą i jest uzdolniona muzycznie. A co się z tym wiąże: prowadzi czasami zajęcia dla koleżanek. Jest zatem niby na tym samym, a jednak innym poziomie… Chyba że – i tu pojawia się moje pytanie do Ciebie, jak uważasz – to wszystko tylko dlatego, że jednak mamy w Klaudynie nie tylko główną bohaterkę powieści, ale przede wszystkim jej narratorkę. Czyli wszystko widzimy jej oczami, przez jej pryzmat. Jak to wpływa na obserwowane przez nas wydarzenia, jak sądzisz?

Tarnina: Zawsze, kiedy mamy do czynienia z narratorem subiektywnym, to warto zastosować wobec niego zasadę ograniczonego zaufania. Patrzymy na wydarzenia oczami Klaudyny, ale czy ona przedstawia nam je rzeczywiście tak, jak je widzi, czy może jednak nieco koloryzuje? Czy intencje, które przypisuje innym osobom są ich prawdziwymi intencjami? (Np. bardzo ciekawiło mnie, skąd Klaudyna może wiedzieć, że jej koleżanka Anais stara się w pewnych momentach zaczerwienić, ale jej nie wychodzi). Czy ten świat, który widzimy nie jest przypadkiem wykreowany właśnie przez nią? A weźmy pod uwagę, że Klaudyna jest piętnastolatką i byłoby dziwne, gdyby ominęły ją typowe dla nastolatków zachowania. Miałam wrażenie, że Klaudyna jednak celowo stara się czytelnika zszokować, że trochę się przed nim popisuje, zarówno przedstawiając swoje otoczenie, jak i siebie samą. Wracając więc do jednego z początkowych wątków naszej dyskusji, wcale nie jestem pewna, że szkoła w Montigny była światem aż tak brutalnym, a Klaudyna uczennicą aż tak z piekła rodem, jak nam się maluje. Choć muszę przyznać, że jej popisy niekiedy szczerze mnie bawiły.

Pyza: Mnie najbardziej zastanawia chyba ten wyobcowany ojciec, fan ślimaków. Czy to nie jest aby dużo mniej wesoły obraz, niż chce nam go przedstawić Klaudyna? Gdyby iść tym kluczem, to w gruncie rzeczy to, co zabawne, nosi znamiona tragizmu, to co brutalne, może być po prostu prowokujące (chociaż nie wiem, czy sformułowanie “po prostu” tu pasuje; nadal uważam, że to powieść z dużą ilością przemocy, często szokującej). Ale może już porzucę póki co mojego konika i przemocowość środowiska Klaudyny, a zapytam: jaka jest Twoja ulubiona scena w powieści? I o których popisach mówisz?

Tarnina: Życie najczęściej jest tragikomedią, tragizm nie wyklucza komizmu również w literaturze i “Klaudyna” jest tego przykładem. Bo oczywiście masz rację, że za pozornie wesołym obrazkiem ojca zatopionego w ślimaczej faunie w rzeczywistości kryje się coś smutnego. Co nie zmienia faktu, że ten komizm możemy dostrzegać. Bawiły mnie ogólnie opisy radzenia sobie Klaudyny ze szkolnym rygorem, pomysłowość tych wszystkich wybiegów i wykrętów, no i sposób, w jaki poradziła sobie z egzaminami. Poza tym ostatnia scena w powieści, o której już wspominałyśmy (stanowiąca zresztą wręcz sztandarowy przykład tragikomizmu) i cały ten dość długi fragment powieści do niej prowadzący, obrazujący przygotowania do wizyty ministra. “Bawił” w sposób dość sarkastyczny, bo te wszystkie girlandy z kwiecia, tunele i wręcz całe zamki budowane z młodych gałęzi zwożonych z lasu i transparenty wieszane na budynkach jako żywo coś mi przypominały. Lata płyną, świat się zmienia, zmieniają się władze i systemy rządów, ale pragnienie, żeby się władzy przypodobać i ogrzać w jej blasku pozostaje w ludziach niezmienne.

I tak Klaudyna skończyła szkołę z przytupem, nadszedł czas, żeby wreszcie opuściła swoją ukochaną wioskę i wkroczyła w wielki świat, o czym Colette opowiedziała w kolejnej książce. Po którą, po lekturze “Klaudyny w szkole”, chętnie sięgnę. Jestem ciekawa jak Klaudyna zmieni ten świat i jak świat zmieni Klaudynę. A Ty, Pyzo, jak oceniasz książkę? Masz ochotę na więcej “Klaudyny” i Colette w ogóle?

Pyza: Ojej, trudne pytanie! Najpierw myślałam, że nie – teraz, po naszej rozmowie, jednak widzę, że sporo z lektury można wyciągnąć. Przy czym pewnie zostawię sobie chwilę oddechu, ale potem z chęcią się przekonam, nawet nie tyle, jak potoczyło się życie Klaudyny, ile czy Colette faktycznie była tak znakomitą pisarką, jak się o niej mówi. Także tak, zdaje się, że wrócę do świata przedstawionego “Klaudyny”, chociaż nie mogę powiedzieć, żeby miało to jakoś rychło nastąpić. Ale furtka jest otwarta!

***

No to zapraszamy do dyskusji, tym razem, tak jak wspominałam wyżej, na blogu Tarniny – Czytam to i owo – stąd komentarze pod tym postem są zablokowane.