Literacka Moskwa albo oprócz czytania – wędrowanie

Z góry uprzedzam: to nie będzie przewodnik. Albo może inaczej. Zdałam sobie sprawę, że zaniedbywałam bloga w tym roku z powodu dość licznych wyjazdów – zamiast przekuć je w materiał na wpis. Wszak nie ma co udawać: siłą rzeczy chadza się w miejsca z literaturą związane z racji zainteresowań. Biadałam więc, że mało czytam i mało w związku z tym piszę. Czas to zmienić! To dobry moment na postanowienia noworoczne, więc obiecuję Wam nieco więcej wpisów tego rodzaju w nowym roku. I on bowiem zapowiada się, a jakże, wędrująco.

Książki na mrozie

Zacznę oczywiście od tego, co tygrysy lubią najbardziej, czyli od miejsc, w których można książki nabyć. Tradycyjnie, rzecz jasna, warto wybrać się do księgarni (ach, te prawdy objawione!). Oczywiście nie zwiedziłam wszystkich moskiewskich przybytków książkowych. Te, które odwiedziłam, dostarczyły mi niezapomnianych wrażeń w postaci „naprawdę stoję w kolejce w księgarni o 23:00” oraz „naprawdę wynosiłam stąd to naręcze książek za 60 złotych?”. I teraz tak: fakt, to jest chyba ten typ miasta, które nigdy nie zasypia. Dla przykładu pogalopowaliśmy wraz z Domownikiem (który – nie ukrywam – jest w naszym domostwie podstawowym odbiorcą literatury rosyjskiej w oryginale, więc buszował po regałach z prędkością znacznie przekraczającą moją, opierającą się na nabieraniu wprawy w czytaniu cyrylicy) do księgarni „Moskwa” przy jednej z głównych ulic – Twerskiej (dawniej nieco bardziej literacko – Gorkiego).

I otóż nie dość, że księgarnia była czynna do północy, to zamiast sennego nastroju w postaci „pan ochroniarz i jakieś znudzone niedobitki”, wypełniał ją tłum, przesuwający się od rocznicowej wystawki książek Sołżenicyna, przez zachwalaną przez megafon sekcję z rosyjską fantastyką, po sekcje z klasyką w a la Penguinowskich wydaniach, tyle że rosyjską. Oczywiście, możliwe, że wszyscy robili już zapasy na nowy rok i Święta, niemniej nie zdarzyło mi się jeszcze o tej porze być w księgarni otwartej i to tak tłumnie wypełnionej.

Później odwiedziliśmy jeszcze zachwalaną przez tubylców księgarnię „Falanster”, która również znajduje się w centrum, ale trzeba nieco zboczyć z głównej ulicy, wejść w bramę, nie wystraszyć się migającej lampki i drzwi wyglądających jak zwyczajne fabryczne – za nimi bowiem rozciąga się raj dla poszukujących określonych typów książek. Owszem, i tu znajdziemy klasyków i literaturę współczesną, ale oprócz tego sporo filozofii, różne dziedziny nauki, poezję (udało nam się kupić tomik już z datą 2019, to pierwsza książka z nowego roku w naszych zbiorach), książki historyczne, przedruki i wydruki różnego rodzaju wspomnień i pamiętników, które wychodzą pierwszy raz od czasów rewolucji. A wszystko do oglądania w, a jakże, tłumie przeglądających i kupujących. Panowie z księgarni bardzo uprzejmie pomagali nam szukać różnych pozycji, których sami nie mogliśmy znaleźć. W czasie kiedy Domownik poszukiwał, ja zrobiłam kilka zdjęć, które możecie obejrzeć poniżej i wczuć się w klimat.

Za tymi drzwiami właśnie same książkowe wspaniałości i zaangażowani czytelnicy!

Jest też oczywiście zawsze opcja kupowania książek wydawanych w edycjach limitowanych i na hiper-papierze z super-ilustracjami. Te są już oczywiście droższe i wychodzi na to, że sporo ich znajdziemy w księgarniach przeróżnych muzeów. Trudno im się czasami oprzeć, jeśli na przykład jesteście fanami radzieckiej awangardy albo marzy Wam się wielka książka o Majakowskim. Generalnie jednak rynek jest obfity, bogaty i znajdą się na nim zarówno tańsze wydania na szarym papierze, jak i te drogie na papierze kredowym, szyte i w twardych oprawach. Tłumaczeń jest również bardzo dużo, więc jeśli zamarzy się Wam na przykład kolekcja Tove Jansson po rosyjsku, można nabyć w dobrej cenie.

Pewną specyficzną formą rozrywki jest obserwowanie pojawiających się znikąd bukinistów ze straganami w formie rozkładanych szaf. Nawet przy blisko dwudziestostopniowym mrozie przy takich miejscach kłębił się jakiś tłum osób poszukujących wydań, które znikły już z księgarni. Żadne z nas nie miało jednak aż tyle odwagi, żeby zdjąć przy tej temperaturze rękawiczki, żeby coś oglądać, więc kontemplowaliśmy bardziej sam fakt kupna-sprzedaży niż towar, głównie zza okien kawiarni, gdzie rozgrzewaliśmy się herbatą z wierzbówki.

I tu jest pisarz pochowany

Być może wyda się Wam to specyficzną formą rozrywki, ale w większości miast, w których bywam, oprócz księgarni odwiedzam też starsze cmentarze. W Moskwie padło na Cmentarz Nowodziewiczy, na którym pochowana jest (albo na który w pewnym momencie ją przeniesiono) kulturalna śmietanka kraju. Jeśli chcielibyście się wybrać, od razu dobra rada: wstęp jest bezpłatny, o ile nie jesteście cudzoziemcami. Gdyby więc nie mój radosny okrzyk „Zobacz, Domowniku, informator!” być może nie zgarnąłby nas od razu pan z administracji, który niczym Szpieg z Krainy Deszczowców zakradł się za nami, informując, że cudzoziemcy za możliwość wizyty na mogile Czechowa muszą zostać odpowiednio skasowani.

Ale jeśli jesteście koneserami tego typu tropienia literackich mogił – warto. Kogo tu nie ma! Co prawda lojalnie uprzedzono nas (powędrowałam tam bowiem, jak wspominałam, z moim Domownikiem), że Tołstoj, którego tu znajdziemy, to nie jest autor „Wojny i pokoju” (jest to bowiem Tołstoj Aleksy, nie zaś Lew), ale poza tym można cichutko pokontemplować i twórczość Antoniego Czechowa na jego mogile, i na zasypanej śniegiem mogile Gogola porozmyślać o pisarzu ze wstrętem i obcością powtarzającym swoje imię, jak również zastanowić się, co zrobiło takie ślady na śniegu leżącym na nagrobku Bułhakowa. Z ciekawostek – dokładnie naprzeciwko Czechowa pochowany jest Konstanty Stanisławski, a szczyt nagrobka autora „Wiśniowego sadu” wieńczą trzy wieżyczki, nawiązanie do „Trzech sióstr”.

Tak właśnie wygląda grób Czechowa, obok pochowani są również jego żona oraz ojciec. To jeden z najpiękniejszych nagrobków na tym cmentarzu.

Zameldować szatana pod swoim adresem

Osobnym fenomenem są dobrze oznaczone przybytki życia przeróżnych literackich sław. Oprócz domów Czechowa (kilku), Gogola czy Bułhakowa, można natrafić na domy mniej popularnych u nas pisarzy – część z nich obecnie służy za muzea, w innych z kolei znajdują się biblioteki miejskie. Ten ostatni pomysł bardzo mi się podoba, bo nadaje takiemu pisarskiemu domowi pewnego rodzaju charakteru, który jest może nawet ciekawszy po prostu od muzeum. Zwłaszcza tam, gdzie muzeum jest z góry przeznaczone dla turystów i brakuje w nim jakiegoś ducha, za to można przesuwać się wzdłuż linek i podziwiać pisarskie biurko. No, nie jest to zła forma rozrywki, niemniej jakoś ograbia budynek z nieco bardziej funkcjonalnej formy.

Śledzenie domostw pisarzy pozwala jednak też zauważyć ciekawe zbieżności między ich twórczością a życiem. Dla przykładu okazuje się, że Michaił Bułhakow w „Mistrzu i Małgorzacie” zameldował Wolanda wraz ze świtą pod swoim własnym adresem. Jeśli już jednak wybierzecie się przy okazji na Patriarsze Prudy (bardzo przyjemny park, swoją drogą, o ile rzecz jasna nikt nigdzie nikomu niczego nie obcina), to zauważycie z całą pewnością spory pomnik. Jeśli jednak podobnie jak ja zaczniecie dumać, że to na pewno autor „Mistrza…” zdziwicie się, bo to akurat pomnik Kryłowa (tego od bajek) w otoczeniu postaci z jego twórczości. Takich miejsc, w których przecinają się fikcja literacka, rzeczywistość i rozmaite formy upamiętniania, jest więcej. Trochę może to wprowadza w błąd na pierwszy rzut oka, ale mnie podobało się to nagromadzenie różnych znaczeń.

I jeszcze Patriarsze Prudy wieczorową porą. Cóż, zimą niewiele trzeba, by znaleźć się gdziekolwiek po zmroku.

Jak zatem widzicie, można spędzić bardzo przyjemnie i książkowo czas, spacerując po Moskwie i zaglądając w różne jej literackie zakątki. Rzecz jasna, wpis ten nie pretenduje do miana żadnego Moskwoznawczego przewodnika, jak już zaznaczałam na początku. To raczej zbiór luźnych obserwacji. A jeśli jesteście ciekawi, spacerowałam sobie po mieście z czytnikiem, w wolnych chwilach czytając „Zgiełk czasu” Juliana Barnesa, lekturę tematyczną i bardzo zacną. Więcej wrażeń z niej – na Instagramie, jeśli ktoś ciekaw. I tak naprawdę jedynym przeszkadzającym w czytaniu elementem była temperatura – naprawdę przy minus siedemnastu niespecjalnie chciało się czytać na przystanku. Co innego w metrze – w metrze cieplutko. Aż mi się wreszcie zachciało sięgnąć po „Metro 2033” Dymitra Głuchowskiego, co włączam do moich noworocznych czytelniczych planów. Jeśli macie jakieś podpowiedzi co do ciekawych „moskiewskich” lektur, rada je przyjmę!

Comments

  1. aHa

    Ciekawe, że ze wszystkich najbardziej literackich miast do Moskwy mnie nigdy nie ciągnęło, może dlatego że z opowieści rodziców zawsze wyłaniał mi się zupełnie inny obraz. Nigdy nie kojarzyłam Moskwy z Dostojewskim, Czechowem, nawet Bułhakowem, Marininą czy moim ulubionym Akuninem 😉 Twój tekst mi naprawdę wiele rzeczy uświadomił.

  2. Barbara

    Ah, pozazdrościć! Dla mnie Moskwa to jest w ogóle miasto, które nie istnieje naprawdę, tylko w literaturze (jak Stany Zjednoczone istnieją tylko w filmie), więc pojechać tam i zobaczyć to, to musi być coś! No i te księgarnie… Ah…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.