Ta wojna w tle albo o „Pożegnaniu z bronią” E. Hemingwaya

Muszę Wam powiedzieć: jestem zaskoczona. Jestem zaskoczona tym, jak bardzo „Pożegnanie z bronią” jest i naraz nie jest o wojnie – o tym specyficznym doświadczeniu, które okazuje się bardziej uniwersalne i o tym, jak wygląda rysunek płci w tej flagowej powieści Hemingwaya. I ile miejsca w dziele o wojnie i o mężczyznach rozprawiających ze sobą w kantynach zajmuje doświadczenie porodu.

„Pożegnanie z bronią” ma dość specyficznego bohatera. Jasne, nawet na Wikipedii dowiecie się, że autor bazował na swoich doświadczeniach z frontu włoskiego i to one uformowały podstawy fabularne powieści. Nie zaprzeczam, bo też i nie mam podstaw (można się tylko złośliwie zastanawiać, czy to bazowanie jest przyczyną smutnego końca jednej z postaci w powieści). Ale ten bohater tylko pozornie należy do szeregu „dzielnych, młodych chłopców”, którzy jakoś zaplątali się w wojnę, która nawet nie do końca ich dotyczy. Akurat ten bohater studiował w Rzymie i zaciągnął się do włoskiej armii. Głównie jeździł z ambulansami przy froncie, został ranny, dostał odznaczenie. Standardowa historia. Owszem. Ciekawie robi się wtedy, kiedy Hemingway mu z tego frontu każe zejść.

Trochę szkoda nie wykorzystać okazji i w tekście o ponurym zabarwieniu nie użyć kolorowego zdjęcia z włoskiej uliczki. Zresztą Hemingway też trochę tak czytelnika zwodzi: niby jest ponuro, ale jednak nie do końca. Nic nie jest czarno-białe.

Bo „Pożegnanie z bronią” już w samym tytule zapowiada, że przecież chodzi o jakiś koniec. Jaki? Nie koniec wojny, to wiemy na pewno. Wojna jest w ogóle bardzo specyficznym bytem w tej powieści. Sam front włoski wydaje się bohaterom jakimś dziwnym, nieprawdziwym przeżyciem. Zapewniają się, że „Tutaj właściwie nie ma takiej wojny”. Bo ta „prawdziwa” toczy się gdzie indziej – we Francji, w okopach, w bitwach, które właściwie z takim klasycznym pojęciem bitew nie mają wiele wspólnego. „Nie można dłużej robić takich rzeczy jak Somma i nie pęknąć”, zaznaczają bohaterowie. Ta wojna jest jak przekleństwo, niepodobna do niczego, co znane, dziwna, ciągnąca się wieczna batalia: „Natomiast na froncie zachodnim nikt nikomu nie dawał batów. Możliwe, że teraz nie wygrywało się już wojen. Może musiały trwać zawsze. A może to była nowa wojna stuletnia”. Tutaj, na froncie włoskim, w szpitalu, w Mediolanie, w Rzymie – da się o niej zapomnieć. Albo chociaż próbować: „Zostawmy już tę wojnę”, będą sobie powtarzać figury na Hemingwayowskiej szachownicy krótkich zdań i klarownych opisów.

Będą powtarzać i ratować się ironią. Jak w jednym z dialogów, gdzie główni bohaterowie zastanawiają się, gdzie zamieszkają po wojnie. „Prawdopodobnie w przytułku dla starców”, odpowie bohaterka, licząc, że zawierucha toczyć będzie się jeszcze na tyle długo, że nienarodzone jeszcze dzieci dorobią się same wysokich stanowisk w armii. Ale ta wojna dopada bohaterów u Hemingwaya w najbardziej zaskakujących momentach. „Wojna była daleko. Może nie było jej wcale”, mogą sobie mówić – a jednak. To taka powieść, która sama siebie komentuje: „(…) wszyscy już jesteśmy wykończeni, ale że to nie szkodzi, dopóki o tym nie wiemy. Wszyscy jesteśmy wykończeni; dowcip polega na tym, żeby nie przyjmować tego do wiadomości”. W momencie, w którym bohater uświadomi sobie, że wszystko pójdzie źle – wszystko idzie źle.

Owszem, zanim Henry trafi do szpitala, widzi okropieństwa na froncie, asystuje przy śmierci kolegów, sam jest paskudnie raniony. Ale pytanie, które nasuwa mi się po skończeniu lektury, jest takie: czy obecna w finale śmierć – nie poniesiona wszak na wojnie – nie jest aby tą śmiercią ostatecznie łamiącą, mającą wymiar podobny, a jednak nieco inny, do wszystkich poległych na kartach „Pożegnania…” wcześniej? Nie spodziewałam się, że kojarzony z tak zwaną „męską” literaturą autor tak bardzo skupi się na specyficznym doświadczeniu, jakim jest poród. Opis tego porodu – w asyście lekarzy, z wykorzystaniem dobrodziejstw znieczulenia, dopracowanych w trakcie leczenia frontowego – jest równie krwawy i wyczerpujący, jak opis szrapneli orzących okopy, w których siedzą włoscy żołnierze. I to znieczulenie, które przeżywa Henry też jest bardzo zbliżone do tego, co czuł na froncie. Tylko tym razem nie będzie żadnego medalu.

A co o „Pożegnaniu z bronią” myśli Tarnina? Sprawdzicie pod tym linkiem, a do rozmowy tym razem zapraszamy pod tym postem. Z ogłoszeń drobnych zaś: w „Piknikach…” nastąpi teraz przerwa, stąd nie ogłaszamy, co czytamy za miesiąc – jak długo potrwa przerwa, trudno stwierdzić, ale mamy silny zamiar powrotu!

23 Replies to “Ta wojna w tle albo o „Pożegnaniu z bronią” E. Hemingwaya”

  1. Czytam sobie, Pyzo, Twój wpis (jak zwykle doskonały) i wiem, że tak właśnie powinnam to widzieć: wielka literatura. Ale nic nie poradzę, widzę to jednak inaczej.

    Ojej, gdzie by tu zacząć… To jak właściwie według Ciebie wygląda ten rysunek płci w „Pożegnaniu z bronią”?

    1. Ano właśnie, przeczytałam Twój wpis i powiem tak: ja się z nim również zgadzam. Tylko że dodatkowo myślę, że tam pod spodem, jak się zdrapie to sreberko (tu niezłym punktem jest ten srebrny medal, co to go dadzą Henry’emu, jak on sam określi, za nic właściwie), jest niespodziewanie trochę więcej. Bo Catharine jest faktycznie dość straszną postacią – a równocześnie jest postacią arcyciekawą. Niezależna? Nie boi się nieformalnego związku? Ba, deklaruje, że lubi seks! Niezła postać jak na te czasy.

      A jednak – no właśnie, nie powiem, że nie jest irytująca, bo jest. Tylko że ta uległość w wypowiedziach, która irytuje (mnie w każdym razie), to jest to sreberko. Bo ona jedno mówi, co innego często robi. Wymyka się Hemingwayowi i zastanawiam się, na ile miała tu wpływ historia z porzuceniem, której doświadczył (i czy dlatego Cath umiera?). Stąd jest taką samą ofiarą wojny – a może w ogóle: okropności świata – co polegli na oczach Henry’ego żołnierze. Poród Hemingway opisuje prawie tak samo jak bitwę: nie wiadomo, co się dzieje, boli, rezultat jest taki, że ludzie odseparowują się od swojego ciała (i to i Cath, i Henry, i dziecko), krew, rany, blizny. Dla mnie to jednak ciekawa perspektywa w tej takiej niby „męskiej” powieści.

      Co o tym sądzisz?

    2. „Niezależna” ostatni przymiotnik, jakim określiłabym postać Cathetine. Ona jest przeciwieństwem niezależności. To prawda, że ona wychodzi z ram, w jakich mieściła się panienka z dobrego domu w owych czasach( albo jak je sobie wyobrażamy, bo być może życie wówczas wcale nie różniło się aż tak bardzo od obecnego, z tym wyjątkiem, że wtedy o pewnych rzeczach się po prostu nie mówiło i się je ukrywało, a teraz już nie trzeba), ale to nie jest wcale wybijanie się na niezależność. Przeciwnie, ona właśnie chce być zależna, te jej ciągłe deklaracje, kochanie będę robić wszystko, co zechcesz, będę grzeczną dziewczynką, będę dobrą żoną, nie zrobię ci kłopotu, ja bez ciebie nie istnieję, och przepraszam, zrobiłam ci kłopot, och, przepraszam, jestem taka gruba i nieatrakcyjna, ale niedługo będę szczupła…
      Jej relacja z Frederikiem to był związek czysto transakcyjny, on dostał piękne ciało (i zaczął sobie wmawiać, że kocha jego właścicielkę), ona – bycie z kimś, jako wartość samą w sobie, bo nie była osobą, która mogła być sama.

      Jeśli dobrze rozumiem, to uważasz, że Hemingway potraktował postać Catherine (a przez to ogólnie kobiety) podmiotowo, że podkreślił, może docenił kobiece doświadczenie, ale według mnie jest inaczej. To oczywiście sprawny zabieg kompozycyjny (nieszczególnie oryginalny), zestawić śmierć od wojny ze śmiercią „z miłości” (tak to sobie chwilowo nazwijmy), ale Catherine nie staje się przez to podmiotem, ona dalej na tym szpitalnym łóżku jest tylko po to, żeby przepraszać, że robi swojemu mężczyźnie kłopot, czyli żeby dalej wypełniać te męskie fantazje. Książka kończy się w momencie, kiedy bohater wraca samotnie do hotelu, zdruzgotany jej śmiercią, ale gdybyśmy pociągnęli jego losy odrobinkę dłużej, to okazałoby się, że po jakimś czasie poczuje ulgę, że tak się to wszystko skończyło.
      Prawdę mówiąc, to moją reakcją na śmierć Catherine i dziecka była myśl, że dobrze się stało, bo taka kobieta nie zasługuje, żeby być matką. Oczywiście jeszcze lepiej by było, gdyby to porucznik Henry zszedł z tego świata, ale cóż.

      1. No właśnie, to jest dobre pytanie… Do pewnego momentu też tak myślałam, ale jednak potem zmieniłam zdanie. Te wszystkie Catherinowe „tak, kochanie, czy ja ci aby nie robię kłopotu” to jest bardziej podtrzymywanie konwersacji niż faktyczne wyrażanie poglądów. To znaczy nie sądzę, żeby ta postać tak myślała – raczej mówiąc to, „upupia” Henry’ego niż samą siebie. Przy czym to nie jest jedyna możliwość odczytania tego zachowania, także rozumiem, co masz na myśli i Twoim argumentom również przyznaję słuszność. Przy czym wydaje mi się, że warto się w ogóle zastanowić nad motywacjami Catherine: jej świat był poukładany do momentu, w którym ten jej wieloletni narzeczony zginął – i ona przez Henry’ego szuka sobie drogi wyjścia z sytuacji. I to jest droga jednak, przyznaj, niekonwencjonalna. Żadna wielka miłość czy ślub. Zamiast tego romans, ucieczka, nieślubne dziecko i tak dalej.

        Mnie się z kolei wydaje, że to faktycznie jest docenienie podmiotowości kobiety – po co cały ten proces zajmowałby aż tak dużo miejsca, czemu byłby tak dokładnie opisany, no i czemu to jest to finalne „pożegnanie”, a nie jakiś obraz rozejmu czy dalszej ucieczki, dajmy na to? Przy czym ta końcówka też jest wieloznaczna: Henry zdaje sobie sprawę, że Catherine już nie ma. Tak samo jak umarli jego towarzysze broni – tak samo zginęła ona i ostatecznie świat, w którym się jako-tako urządził, odszedł.

        1. Wiesz, wydaje mi się, że w rozmowach z ukochanym, Catherine oddaje się przede wszystkim „szczebiotaniu”, czyli czemuś, co mężczyźni sądzą, że kobiety robią (niektóre zresztą robią, ale na pewno nie w takiej ilości jak Catherine).

          Niekonwencjonalna? Ależ skąd. Cóż może być bardziej konwencjonalnego, niż romans pielęgniarki z żołnierzem (z czego przynajmniej ona zdaje sobie sprawę). Ale chodzi właśnie o to, że to, co naprawdę jest tylko konwencjonalnym romansem, autor stara się przedstawić jako wielką miłość (albo to czytelnicy przez sto lat starają się tak to odczytywać – jedno jest pewne, bohaterowie sami przed sobą udają, że to jest wielka miłość). Jedyne wytłumaczenie postaci Catherine, jakie mogę przyjąć, jest takie, że jej nieprzepracowana żałoba powoduje u niej reakcję samozniszczenia. Dlatego rzuca się w tę znajomość, która pozwala jej już nie być oddzielnym bytem: „mnie już nie ma, jesteśmy tylko my”. Dziecko jest oczywiście tylko „efektem ubocznym”, nie było go w planie, zresztą bohaterka chciała się go pozbyć (oczywiście, żeby jemu nie robić kłopotu): „zażyłam wszystko, ale nie podziałało”.

          Śmierć jest zawsze dobrym akcentem na zakończenie, takim artystycznym, powiem cynicznie. Zresztą jak ta historia mogłaby się zakończyć inaczej? Wiadomo było, że któreś z nich musi umrzeć, i jeżeli nie zginął on, to wiadomo było, że jej dni są policzone. Czy to zajmuje dużo miejsca? Nie wydaje mi się, tzn. jeśli autor nie chciał skwitować porodu jednym zdaniem, to nie miał innego wyjścia. A nie chciał, bo poród był okazją, żeby bohater mógł przeżyć tragedię. Właściwie to wydaje mi się, że analogia pomiędzy wojną a porodem jest tu taka, że wobec obu tych wydarzeń bohater jest bezsilny i jego działania nie maja na nie najmniejszego wpływu (z tym, że to drugie sam wywołał).

          Inne pytanie, jakim właściwie człowiekiem był Frederic Henry? Potrafiłabyś go scharakteryzować? I dlaczego zabił sierżanta?

          1. No tak, Catherine szczebiocze, ale wydaje mi się, że warunki rozmów między nią i Henrym są ustawione już na początku: byleby nie o wojne, co sprawia, że w ogóle żadne tematy poważne się właściwie między nimi nie pojawiają. Dobrym podsumowaniem ich związku jest ta scena na łodzi, kiedy Catherine śmieje się z popsutego parasola. Groźna sytuacja – a reakcja dość nieadekwatna, i to powracająca. Czy to jest wielka miłość? Nie, nie sądzę. Ale ten splot losów (możliwa śmierć na froncie – możliwa śmierć przy porodzie) nadal wydaje mi się intrygujący i jednak nie taki zupełnie jednowymiarowy :-).

            Owszem, romans pielęgniarki i żołnierza jest konwencjonalny, ale postępowanie Catherine, moim zdaniem, nie. Zastanawiam się nad tym, jakie są jej relacje z innymi ludźmi, na przykład z Ferguson – czy z kimś jeszcze? Tu jest uległa, czy może czegoś nie dostrzegam? Co sądzisz?

            Ojej, ta scena z zabiciem sierżanta i mnie zastanawia! Szczerze mówiąc: nie wiem. Bardzo dobrze podsumowałaś to w swoim wpisie, Henry to ten wesoły chłopiec, co z chęcią poszedł na wojnę i ta wojna już z nim została. Henry jest trochę takim bohaterem zaplątanym: w sumie wcale go nie powinno tam być, ale jak już jest, to robi, co uważa, że powinien robić. Pytanie, czy on odgrywa tak samo rolę „żołnierza”, „Amerykanina”, „chłopca z bogatej rodziny” i „kochanka”? Może gra coś jeszcze?

          2. Myślę, że można pomiatać koleżanką, a jednocześnie być uległą wobec mężczyzny (wydaje mi się nawet, że taka kombinacja jest dosyć częsta). Ferguson jest zresztą kolejnym dowodem na to, że Hemingway nic nie wiedział o kobietach i wcale się tym nie przejmował.
            Problem z interpretowaniem literatury jest taki, że każdy może dostrzec w niej to, co chce zobaczyć. Ty twierdzisz, że Catherine nie szczebiotała sobie tak po prostu, bo kobiety takie nie są, że tam musi być jakieś drugie dno. A być może według Hemingwaya kobiety to właśnie takie takie szczebioczące istoty i to jest w nich atrakcyjne – do czasu (facet żenił się cztery razy). Oczywiście to tylko hipoteza i nie możemy tego jednoznacznie rozstrzygnąć, ale takie jest najprostsze wyjaśnienie. Wiem, zaraz mi powiesz, że brzytwa Ockhama to nie jest najlepsze narzędzie do analizy literackiej, ale tego też nie jesteśmy w stanie jednoznacznie rozstrzygnąć 😉

            Ta scena z sierżantem zastanawia mnie bardzo. Widzę to jako dowód na odczłowieczenie głównego bohatera. Scena typu „co wojna robi z człowiekiem”. Zabił kogoś bez powodu (nawet gdyby był to jego podkomendny, to strzał w plecy określiłabym jednak jako reakcję na wyrost) i bez sensu i nie poświęcił temu nawet minuty refleksji. Czy może jednak w warunkach wojennych było to działanie brutalne, ale jednak racjonalne i wytłumaczalne?

            1. Właśnie zastanawiam się nad tą relacją rzeczywistości do literatury w tym przypadku. Bo skoro wielka miłość Hemingwaya z czasów wojny – pierwowzór Catherine – porzuciła go i jak chcą jego biografowie, to właśnie sprawiło, że porzucał kolejne żony, zanim one zdążyły porzucić jego, to jak w takim świetle stawia to postać Catherine?

              Hm, a może ta scena ma jeszcze inny (kompozycyjny) wydźwięk? Czy ci żołnierze nie chcieli zdezerterować i dlatego zostali zabici? A później, jak widzimy, sam Henry ma z tym problem, nagle znajduje się w zbliżonej sytuacji?

              1. Zastanawiam się, czy ci biografowie mieli doktoraty z psychologii 😉 Ale wydaje mi się, że to właśnie potwierdza moja tezę o tym, że Catherine ma być ucieleśnieniem męskich fantazji. W realnym świecie porzuca porucznika, ale jej ulepszona powieściowa wersja nigdy tego nie zrobi – tu rozstanie ma postać wyroku losu.

                Nie wiem, czy słowo „zdezerterować” jest tu odpowiednie. Postanowili odłączyć się od grupki porucznika, ale on przecież nie był ich dowódcą. Z tego co wiemy, nie chcieli dać się odciąć przez nacierającą armię niemiecką i można zakładać, że chodziło im właśnie o wykonanie zadania i powrót do swojej jednostki. Ale oczywiście podobieństwo z tą późniejszą sceną rzeczywistej (choć wymuszonej) dezercji Henry’ego jest uderzające.

                1. Dla mnie związek Catherine i Frederica to żadna wielka miłość tylko wojenny związek. Jemu na początku chodziło o seks, jej o bliskość drugiego człowieka, mężczyzny. Te wszystkie deklaracje miłości z początku były czystą grą słów, z czasem nawiązała się między nimi intymna więź. Gdyby przeżyli wojnę, pewnie ich związek by się naturalnie rozpadł, bo nie łączyło ich nic poza tym, że znaleźli się w tym samym miejscu i czasie.

                  Jeżeli chodzi zaś o Catherine to chyba trochę bliższe jest mi spojrzenie Pyzy. Gdy w powieści oznajmia ona Fredericowi, że jest w ciąży byłam pewna, że w kolejnych zdaniach powie mu, że ją usunie. Taka wydawała mi się niezależna, odważna i niezakochana w głównym bohaterze.

                  1. Ale ona właśnie powiedziała mu, że próbowała usunąć ciążę, ale się nie udało. („Zrobiłam, co mogłam. Zażyłam wszystko, ale bez skutku”.) Więc oboje pogodzili się z nieuniknionym.

                    1. O patrz! Umknęło mi to! Ale to tym bardziej dowodzi, że trochę z niezłego ziółka w Catherine jednak było.

  2. Przeczytałam oba Wasze wpisy i pięknie się różnią, ale wiecie co… nie przyłączę się do dyskusji, bo mi po głowie chodzi jeszcze zupełnie coś innego. 🙂 Przede wszystkim jeżeli chodzi o parę głównych bohaterów. Co do wojennego tła to mniej więcej się z Wami zgadzam. Chyba. W każdym razie najchętniej to bym jednak o tym napisała coś dłuższego niż tylko komentarz, więc będę klecić wpis. Ha!

    1. To teraz zasiałaś ziarno niepewności i suspensu – czekam w takim razie, co powiesz :-). Może jest gdzieś jakieś zupełnie inne rozwiązanie?

    2. Czekam z niecierpliwością 🙂

      1. Poddaję się… Gdyby to nie było nie na miejscu to napisałabym, że mam jakąś straszliwą blokadę twórczą. Z wpisu nici czytam jeszcze raz Wasze komentarze i może wyduszę z siebie jakąś krótszą formę pisemnej wypowiedzi. 🙁

  3. Kolejny wątek. Zastanawia mnie konstrukcja postaci Frederica Henry’ego jako głównego bohatera. Dlaczego jest to postać tak mało reprezentatywna dla ogółu żołnierzy? Wiem, że jego doświadczenia wojenne bazują na biografii Hemingwaya. Amerykanin w armii włoskiej jest już wystarczająco egzotyczna postacią. Dlaczego w takim razie musi być bogatym paniczykiem, który wszystkie praktyczne problemy życiowe może rozwiązać czekiem na okaziciela z rachunku dziadka? Oczywiście oszczędziło to autorowi wielu problemów, nie musiał tracić czasu na opisywanie, z czego nasi bohaterowie żyli, ale nie jestem pewna, czy czytelnik dostaje coś w zamian.

    1. I to jest właśnie jeden z wątków, który mnie osobiście najbardziej uwierał. Nie można oczywiście umniejszać tego, co Frederic przeżył na wojnie (paskudna rana, śmierć frontowych kolegów), ale obiektywnie rzecz biorąc to wiodło mu się całkiem dobrze. Dzięki czekom od dziadka nie tylko mógł rozwiązywać problemy, ale robił to w całkiem przyzwoitych warunkach: stać go było nie tylko na podziękowania, ale i na hotele, kolacje i dużo alkoholu. I też nie jestem pewna czy to czemuś służy. Jedyne co mi przychodzi do głowy to, że Hemingway nie chciał być oskarżony o to, że pisze o czymś czego sam nie przeżył (zwłaszcza przy tym jak bardzo podkreślał rolę czerpania z własnej biografii), i kreuje się na męczennika, więc stworzył jednak postać, która lekko przeszła przez wojnę. Właściwie przez jej namiastkę, bo cały czas w powieści podkreśla, że horror to był jednak na froncie zachodnim. Hm… to chyba jednak słabe i mocno naciągane tłumaczenie.

      Wiecie, że sam Hemingway twierdził, że do tak szczegółowego opisu porodu zainspirowały go narodziny jego drugiego syna Patricka, który przyszedł na świat przy pomocy cesarskiego cięcia. Nie muszę dodawać, że było to mniej więcej w czasie, kiedy autor pisał „Pożegnanie”. 🙂

      1. Nie mogę zgodzić się z twierdzeniem, że bohater „lekko przeszedł przez wojnę”. Brutalności wojny jest w „Pożegnaniu z bronią” wystarczająco dużo. Porucznik Henry, inaczej niż Hemingway, całą wojnę spędził w armii (tzn. do czasu swojej dezercji), więc już sam fakt tylu straconych lat jest dostatecznie ciężkim doświadczeniem. I chociaż ta postać nie wzbudza we mnie ciepłych uczuć, to na jego obronę trzeba powiedzieć, że kiedy został ranny, jego pierwszą myślą było zadbanie o podkomendnych. Oczywiście nic dla nich nie mógł zrobić, ale reakcja była prawidłowa. Jednak ogólnie rzecz biorąc, Henry nie sprawia na mnie wrażenia człowieka z kwi i kości, jest dla mnie postacią wymyśloną i chyba przynajmniej z części wynika to z faktu, że jego wszystkie pozawojenne problemy dnia codziennego rozwiązywane są jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

  4. No proszę, nie jestem fanką Hemingwaya, a to nawet zachęcająco brzmi. A o co bliżej chodzi z tymi porodami? Bo Hemingway to się kojarzy raczej z takimi, hm, standardowymi podziałami ról, by nie powiedzieć męskim szowinizmem 😉

    1. Myślę, że powinnaś sięgnąć do książki i sama się przekonać 🙂

  5. Zajrzałam do próbki legendarnego wydania „Farewell to arms. The Hemingway Library Edition”, które ma wstępy samego autora, jego syna oraz wnuka. Oprócz tego zawiera alternatywne wersje zakończenia (podobno Hemingway przepisywał je 39 razy). Niestety darmowa próbka obejmuje tylko wspomniane wstępy. 🙂

    Hemingway miał też podobno z 40 wersji tytułu a ostatecznie zdecydował się na tytuł wiersza George’a Peele’a (XVI w.), o tym jak rycerz z wojownika staje się w czasie pokoju… mężem. Ha! Czy to nie jest zbyt proste? 😉

    1. Rozbawiło mnie, że jeden z alternatywnych tytułów miał brzmieć „O ranach i innych przypadkach” – ciekawe, czy z takim poradnikowym sznytem nadal byłby klasyką 😉 Z kolei fakt istnienia alternatywnych zakończeń (i ich wydanie!) jest naprawdę fascynujący – przez to bohaterowie są takimi kotami Schrodingera, trochę żyją, a trochę nie, śmierć przestaje być ostateczna.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.