Łzy przyszły jej z odsieczą albo o „Tajemnicach zamku Udolpho” A. Radcliffe

Ech, z kamieniami milowymi gatunku bywa różnie. Czasami dostarczają radości w odkrywaniu, skąd się właściwie co wzięło, czasami zasmucają, no bo wszystko to już widzieliśmy później, a czasami po prostu… Ale nie, co tak będę wykładała karty od razu na stół, przejdźmy się po kolei po tych wszystkich zagadnieniach razem z niewinną i zapłakaną Emilią de Saint Aubert, jej wiernym ukochanym Valancourtem i demonicznymi Włochami, paskudną ciotką i sielskimi pasterzami, trafiającymi się od czasu do czasu na jakimś wzgórzu, w lasku albo na polance.

Westchnijmy nad pięknem krajobrazu…

Od razu powiem Wam, że „Tajemnice…” to coś zupełnie innego niż się spodziewałam. Pamiętając, jak doskonale bawiłam się przy „Mnichu” Lewisa miałam nadzieję na coś podobnego. Wiecie: to dziwne połączenie autora piszącego zupełnie serio ze współczesnym odbiorem, który jest, no, powiedzmy, że nie do końca zgodny z intencjami piszącego. Tymczasem zaś, zupełnie szczerze mówiąc, nie bardzo można tak „Tajemnice…” czytać. Dlaczego?

Dlatego, że ta powaga, którą serwuje nam Ann Radcliffe, jest nieznośna. W tym sensie, że ona rozbija nasze czytelnicze przyzwyczajenia jednak inaczej niż Lewis, który pozwalał sobie na fantazje pt. „Jak działa średniowieczna Hiszpania?” albo „Dlaczego nie napisać sceny porwania zjawy z zamku, w którym straszy?”. Tam działało to trochę na zasadzie niechcianego slapsticku. Wiecie, jak w tych wszystkich przypadkach, w których chciałoby się napisać coś strasznie poważnego, a wychodzi nam komedia (co przypomina mi losy pewnego mojego szkolnego wypracowania o „Dywizjonie 303” Arkadego Fiedlera, ach, wspomnień czar!).

Radcliffe więc przede wszystkim pisze całość w taki sposób, który był z pewnością do przyjęcia (sądząc po popularności książki) w czasach, gdy powstała (1794), ale trudny do przyjęcia dla dzisiejszego czytelnika. Już nie raz przy okazji „Pikników z klasyką” zastanawiałam się, gdzie tkwi sęk: czemu ta osiemnastowieczna literatura tak źle mi się czyta? Czy to kwestia tego, że mamy jednak w roku 2018 inaczej zbudowane umysły? Że przez wieki rozwoju powieściopisarstwa zmieniły się konwencje? Że czytanie stało się egalitarną, nie zaś elitarną rozrywką, której poświęcają się nieliczne grupy, mające mnóstwo wolnego czasu?

No nie wiem, popatrzmy sobie chociaż na coś ładnego i gotyckiego?

Bo „Tajemnice…” to powieść dla ludzi, którym się nie śpieszy. Ale nie w tym sensie, że oto dostaniemy wysmakowany twór, którym będziemy się chcieli delektować. Nie. W tym sensie za to, że kiedy już niby coś się dzieje – bohaterowie słyszą, dajmy na to, tajemniczą muzykę – to zamiast dostać opis… Hm, czegokolwiek, zupełnie szczerze mówiąc, jakiejkolwiek akcji, dostaniemy łzawą historię, która się właśnie komuś przypomniała. Po czym bohaterowie zaleją się łzami współczucia, łzami kondolencyjnymi, łzami szczęścia, że akurat nie ich to spotkało. No, łzami się zaleją. Bardzo.

…tylko po co?

Muszę przyznać, że „Tajemnice…” zostaną mi w pamięci głównie nie jako wyznaczniki gotyckości, ale jako Ta-Powieść-W-Której-Ciągle-Ktoś-Płacze. Radcliffe nie zna tu granic płci ani klasy. Płaczą mężczyźni i kobiety, dzieci i starcy, arystokraci i prości pasterze. Jeśli cokolwiek ma się stać, zaraz ktoś zacznie płakać. Albo przynajmniej jakaś łza mu pocieknie po policzku. Albo chociaż zwilgotnieją oczy.

Pozostaje zatem pytanie, na które naprawdę trudno mi tym razem odpowiedzieć. Zawsze mówię, że warto po książkę sięgnąć samemu, żeby przekonać się, „z czym to się je”. Tu zdania nie zmieniam, bo uważam, że naprawdę o tym, jakie jest „Udolpho” trzeba przekonać się samemu. Pozostaje jednak pytanie: po co dzisiaj sięgać po tę powieść? Na przeszło sześciuset stronach owszem, wynotujemy sobie, co stanowi clou gotyckości u Radcliffe i czemu gatunek stał się taki popularny. Poznamy też cudne słowa w rodzaju botanizing (ja w każdym razie tym akurat byłam zachwycona). 

Pies leży pogrzebany jednak w miejscu, gdzie okazuje się, że tego samego możemy się dowiedzieć choćby z „Wampira. Biografii symbolicznej” Marii Janion albo z innego opracowania, które oszczędzi nam wędrówki z mdłymi mimo wszystko bohaterami, co chwila zalewającymi się łzami. I chociaż strasznie szkoda mi to pisać, bo przecież powieść ma główną bohaterkę, która musi się mierzyć z przeciwnościami losu i o siebie zawalczyć – naprawdę lektura „Tajemnic…” jest dzisiaj dość problematyczna.

Jakieś wnioski?

Bardzo jestem ciekawa Waszego zdania na temat powieści Radcliffe. Być może trafiłam na nią w złym czasie? Może za gotyckie romanse grozy trzeba jednak zabierać się w określonej kolejności i wymyślona średniowieczna Francja udająca tak naprawdę osiemnastowieczną Anglię może i dzisiaj bawić, i przerażać? Zobaczcie, co ma na ten temat do powiedzenia Tarnina. A za miesiąc spotykamy się w epoce późniejszej: wokół „Do latarnii morskiej” Virginii Woolf. Zapraszamy!

14 Replies to “Łzy przyszły jej z odsieczą albo o „Tajemnicach zamku Udolpho” A. Radcliffe”

  1. Ja muszę przyznać, że mnie się właśnie osiemnastowieczną literaturę czyta bardzo dobrze. Nie wiem, czy mam ochotę nawiązać dłuższy romans akurat z powieścią gotycką (chociaż „Mnicha” mam w planach i nawet na półce), ale powieść Radcliffe raczej nie będzie tu stanowić zniechęcacza. Przeciwnie, uważam, że jak na coś, co ma te dwieście lat ze sporym okładem, nie wydaje się nadmiernie przeterminowana. Pani Radcliffe zalecałabym oczywiście współpracę z surowym redaktorem, przydałyby się solidne skróty. I wolałabym, żeby Emily nie popadała tak często w poetyczne nastroje i nie raczyła czytelnika swoimi wierszami. Ale całościowo jestem na tak. I chociaż oczywiście rozumiem chęć ironicznego skwitowania całości, to wydaje mi się, że to jednak ocena zbyt surowa.

    1. Czyli może to moje prywatne problemy z literaturą początków powieści, które przekładam na większe zjawisko…? Nie wykluczam, oczywiście! A mogłabyś napisać, jak sądzisz: dlaczego dobrze Ci się czyta tego typu prozę? Mnie, przyznaję, za dużo w niej denerwuje: przyjęta konwencja „mam mnóstwo czasu, więc piszę bardzo rozwlekle” z dość naiwnym opisem rzeczywistości społecznej bardzo męczą. Przy czym znowu: może akurat tak trafiam?

      Och, „Mnicha” koniecznie! Ja tam znalazłam to, o czym piszesz w przypadku „Udolpho”. To znaczy w ogóle w klasyce grozy motyw przemocy wobec kobiet jest a) jak najbardziej obecny i b) cały czas aktualny i najbardziej przerażający. Może dlatego losy Emilii nie zrobiły na mnie aż takiego wrażenia? Bo spodziewałam się, że to jest właśnie to, co mogę z tej powieści wynieść?

      1. Przepraszam, że wracam na piknik dopiero teraz. (Nawiasem mówiąc, nie działa opcja powiadamiania mejlowego o nowych komentarzach, a w każdym razie nie działa z moją pocztą). Odpowiadając na Twoje pytanie: może dlatego, że przyjmuję tę literaturę z całym dobrodziejstwem inwentarza i nie oczekuję od niej, że odpowie na moje dwudziestopierwszowieczne oczekiwania czytelnicze? Raczej staram się wczuć w rolę ówczesnego czytelnika i próbować go poznać za pośrednictwem lektur, z którymi się stykał. Co do rozwlekłości, to nie wydaje mi się, żeby była ona domeną literatury XVIII w. , choć akurat w przypadku „Udolpho” to jeden z grzechów głównych. Ale do rozwlekłości przyzwyczaiły mnie powieści całkiem współczesne (zauważyłaś, że obecnie powieści są coraz dłuższe?) i przyznaję, że bardziej denerwuje mnie w nich niż w klasyce.
        No tak, motyw przemocy wobec kobiet jest w ogóle jednym ze stałych elementów klasyki grozy (i nie tylko, ale chcę się zagłębiać w inne wątki). Już w „Zamczysku w Otranto” które zapoczątkowało powieść gotycką jako gatunek 30 lat przed „Udolpho” Walpole bardzo hojnie nim szafuje. Przy czym ofiara/potencjalna ofiara tej przemocy koniecznie musi być młoda i powabna. I na pierwszy rzut oka Radcliffe się po prostu wpisuje w tę konwencję. Ale o ile te wcześniejsze powieści traktowały kobiety bardzo przedmiotowo, właśnie jako idealne ofiary przemocy (tak przyjemnie przecież o niej czytać), o tyle u Radcliffe bohaterka jest podmiotowa i fakt, że jest narażona na niebezpieczeństwo, służy nie tylko wywołaniu dreszczyku emocji u czytelnika, tylko obrazuje istotna kwestie społeczną. W każdym razie ja tak to widzę.

        1. Ojej, nie mam pojęcia, czym może być spowodowany kłopot z powiadomieniami… Postaram się poszukać odpowiedzi, póki co nikt nie zgłaszał takiego problemu.

          Wiesz, ja też nie oczekuję, że ta proza będzie odpowiadała na moje, jako człowieka z roku 2018, oczekiwania – ale mam też wrażenie, że bardzo się rozmijam z tym, czego oczekiwał czytelnik z roku 1794, a czego oczekuję ja. Podoba mi się Twoje podejście, ale ja mam wrażenie przy czytaniu takie, jakby mi ktoś baaaardzo woooolnooo pokazywał swoje zdjęcia rodzinne. Niby ciekawe, ale jednak jak się nie znało tych wszystkich ludzi, a ich życia nie były pełne przygód – troszkę nużące.

          I nawet nie chodzi o długość (no tak, współczesne powieści celują w sporą liczbę stron, też to zauważyłam!), bardziej o to, jak to jest napisane. Myślę, że to się wiąże z czasem: docelowy odbiorca „Udlopho” ma go dużo, bo pochodzi z klasy, w której nie musi pracować, nie ma zbyt wielu obowiązków, a i lektur zapewne nie ma aż tak znowu wielu, bo książki tanie jeszcze nie są (?). Także siedzi i się rozkoszuje. Tak to sobie wyobrażam, ale może się mylę?

          Z jednej strony zgadzam się z Tobą, że Radcliffe daje nam wreszcie aktywną bohaterkę, a nie tylko ofiarę, którą ktoś w końcu zamorduje albo zrobi jej generalnie coś złego. Z drugiej – i u Walpole’a, i u Lewisa to nie są tylko ozdobniki, ale również wskazanie na problem. Moim zdaniem zaś: lepsze jest literackie wykonanie, puszczam nawet Lewisowi w niepamięć sporo głupot czysto literackich.

          1. OK. Mnich będzie moją następną lekturą, więc sobie porównam 🙂

            Jak to nie były pełne przygód? No dobrze, to się odnosiło do ludzi z rodzinnych fotografii, ale jeśli chodzi o osiemnastowieczne powieści (nie tylko gotyckie), to przygód i innych dramatycznych wydarzeń na ogół w nich nie brakuje. Taki właśnie wzorzec dominował: długaśna powieść o losach bohatera lub bohaterki, w której przydarzają mu/jej się wszystkie dramaty, które autor jest w stanie wymyślić. (Tu mała dygresja: może rzeczywiście masz jakiś problem z epoką, po „Podróż sentymentalna” jak pamiętam, też Ci się nie podobała, a to przecież powieść zupełnie innego rodzaju). I tu nawiążę do tego, co w ogóle zainspirowało mnie do czytania „Udolpho”. Na tym tle widać wyraźnie, jak oryginalną pisarką była Jane Austen (też osiemnastowieczną przecież), tworząc swoje powieści z wydarzeń całkiem zwykłych i banalnych, a za bohaterów obierając osoby, które każdy mógł sobie wyobrazić jaki swoich sąsiadów i świetnie obchodząc się bez trupa za kotarą.

            Czy książki nie są tanie w tym okresie? Ciekawe. Na pewno istniały już publiczne biblioteki, więc stawały się coraz dostępniejsze. Ale nie wiem, czy da się wiązać długość powieści z ich kosztem dla nabywcy. Bo taka powieść była wydawana w kilku oddzielnych tomach, więc czytelnik za tę samą cenę mógłby nabyć, powiedzmy, cztery krótkie powieści zamiast jednej obszernej.

            1. Bardzo jestem ciekawa, co powiesz! Szczerze mówiąc ja bawiłam się przy „Mnichu” nieprzyzwoicie dobrze, aż do samej końcówki, która spowodowała u mnie opad szczęki. Ale nie spojleruję ;-).

              Nie wiem, być może mam tu problem z dobrą definicją przygody? Ja mam przez cały czas wrażenie, że w tej powieści nic się nie dzieje. A jak już zamierza – to zamiast się zadziać, ktoś zapłacze albo opowie coś i całe napięcie znika. Ten wspomniany przez Ciebie „trup za kotarą” to dla mnie tylko zaznaczenie, że „cóż, może za tą kotarą jest trup?” z rozwiązaniem „ach, nie, nie, żaden trup, napijmy się herbaty!” ;-).

              Co do ceny książek: no tak, ale z drugiej strony to i tak chyba zawęża jakoś krąg odbiorców, prawda? Czytanie jest rozrywką dla mających dużo czasu. W każdym razie „Udolpho” wydaje mi się tak ukierunkowane – nie śmiem twierdzić, że to jest ogólna tendencja, bo przecież są już chyba wtedy powieści / druki „za pensa”, żeby szybko przeczytać i zażyć rozrywki.

  2. Sięgnęłam kiedyś pod wpływem Jane Austen, rzecz jasna i… no, nie pamiętam właściwie, o czym to było. Kojarzę tylko, że bohaterowie byli płascy, oczywiście, ci dobrzy byli piękni i kryształowi. I dość ciężko się czytało, fabuła ciągnęła się i kończyć nie chciała. Na pewno były jakieś dobre fragmenty, kojarzę, że Emilia przestraszyła się jakiejś rzeźby? Czegoś, co wydawało się być za zasłoną? Okazało się, że nie ma się czego bać, ale pamiętam, że ta scenka mnie mocno zaciekawiła 🙂
    Niestety, książkę zapamiętałam głównie przez to, że była owłosiona ^^ W moim bibliotecznym egzemplarzu natknęłam się chyba na kilkanaście włosów między kartkami, bleee -.-
    I też mnie zastanawia, że tak mocno zmieniły się gusty przez te 200 lat… Teraz nie przeszliby ani tak zbudowani bohaterowie, ani taka fabuła, pisana na poważnie.

  3. Sięgnęłam kiedyś pod wpływem Jane Austen, rzecz jasna i… no, nie pamiętam właściwie, o czym to było. Kojarzę tylko, że bohaterowie byli płascy, oczywiście, ci dobrzy byli piękni i kryształowi. I dość ciężko się czytało, fabuła ciągnęła się i kończyć nie chciała. Na pewno były jakieś dobre fragmenty, kojarzę, że Emilia przestraszyła się jakiejś rzeźby? Czegoś, co wydawało się być za zasłoną? Okazało się, że nie ma się czego bać, ale pamiętam, że ta scenka mnie mocno zaciekawiła 🙂
    Niestety, książkę zapamiętałam głównie przez to, że była owłosiona ^^ W moim bibliotecznym egzemplarzu natknęłam się chyba na kilkanaście włosów między kartkami, bleee -.-
    I też mnie zastanawia, że tak mocno zmieniły się gusty przez te 200 lat…

    1. Jak się okazuje, nie umiem wyrzucić nadmiarowego komentarza tak, żeby mi WordPress od razu nie chciał wyrzucić drugiego, więc zostawiam oba, żeby nic nie znikło!

      No, właśnie – tam są fragmenty czy wątki, które warto zapamiętać, ale całość się, moim zdaniem, nie broni. Nie mam takiego poczucia, że przeczytanie „Udolpho” coś mi dało (oprócz może zniechęcenia) i nie wiem w związku z tym, jak myśleć o tej powieści. To, że większość zjawisk wyjaśnia się jako zupełnie nie-nadnaturalne, to mi nie przeszkadzało, ale rozwlekłość, bohaterowie i to wszechobecne płakanie! Brr!

      1. Pyzo, a z tym płakaniem to jednak ciekawe, nie sądzisz? Mam na myśli to, co napisałaś wcześniej, że płaczą wszyscy bez względu na płeć, wiek itd., podczas gdy wedle stereotypów dotyczących „słabej płci” powinna być to przypadłość ograniczona do kobiet.

        1. To prawda – ale czy to nie jest pokłosie sentymentalizmu? Wszyscy płaczą, bo są blisko natury, wszystko ich wzrusza, w tej emocji jesteśmy jednym ze sobą nawzajem i z przyrodą?

          1. Zapewne. Ale tak czy owak, kobiety są tu tak samo racjonalnymi i twardymi (lub wstaw sobie tu antonimy) istotami jak mężczyźni. A natura w ogóle wzrusza tylko ludzi czystego serca.

  4. Przeczytałam początek i zanim będę kontynuować muszę to napisać: jak ja bym chciała przeczytać Twoje wypracowanie o Dywizjonie! 😀

    1. Hi, hi, nawet – jak się okazuje – teraz byłoby to au courant! 😉 I jest możliwość, że ono gdzieś tam w czeluściach domu rodzinnego przetrwało, niemniej do dzisiaj pamiętam głównie przerażenie mojej polonistki, kiedy dumna czytałam je uważając za szczyty dramaturgii pewne zwroty akcji, które okazywały się jednak niezamierzenie zabawne ;-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.