Pyza na polskich dróżkach albo o Festiwalu Stolica Języka Polskiego

Tak się składa, że mój Domownik ma bardzo ciekawą pracę. Nie, żebym narzekała na swoją – jest równie ciekawa – ale tym razem to dzięki temu, co on robi, wylądowaliśmy na Festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie. Pomyślałam sobie, że – skoro sama lubię czytać wrażenia innych „z terenu” (ukłony dla Hadyny!), to też co nieco napiszę. Jeśli chcecie się dowiedzieć, co w trzcinie brzmi (no nie mogłam się powstrzymać, wybaczcie!), zapraszam.

Chrząszcze i diakryty

Zacznijmy może od tego, że nazwa Festiwalu może być myląca. Chociaż język polski jest tutaj w centrum zainteresowania, to nie chodzi wyłącznie o język jako coś, czym zajmują się językoznawcy (choć i tych nie brakowało). Chodzi również o język jako tworzywo literackie – czy szerzej: artystyczne – i stąd też jest to festiwal, na którym spotkacie pisarzy, poetów, dramaturgów i aktorów. A że jest bardzo kameralnie, bo to taki festiwal na ludzką miarę, ani za mały, ani za duży, to trafi się Wam okazja pogadać w kolejce do namiotu z Magdaleną Grzebałkowską, stanąć po kawę tuż za Dorotą Masłowską albo z pewną leniwą ekscytacją śledzić z leżaka nieco starsze dzieci, które poprzynosiły na spotkanie z Olgą Tokarczuk sążniste „Księgi Jakubowe”.

Ale miało być po kolei. Festiwal generalnie trwa tydzień, mnie udało się być na nim przez pięć dni, przy czym pierwszy dzień miał miejsce nie w Szczebrzeszynie (gdzie ja akurat kontemplowałam na leżaku uroki czytania Ann Radcliffe nad Wieprzem), ale w Zamościu. Nie powiem Wam więc zbyt wiele o zapewnionych tam atrakcjach. Natomiast pozostałe dni zapewniały ich równie wiele i o tym już Wam opowiedzieć mogę. Generalnie program skomponowany był tak, że jeśli ktoś zrywał się bladym świtem (no, na siódmą), mógł ze Stanisławem Łubieńskim obserwować dzierzby (zakładam z rozmów, że widziano w każdym razie jakieś dzierzby, niestety mnie nie udało się dotrzeć na żaden z ornitologicznych spacerów), popływać kajakiem albo – stosownie do wieku – wybrać coś z bogatej oferty warsztatowej. Albo po prostu przyczaić się na leżaku i poczytać albo poobserwować rzeczywistość.

Trudna sztuka łapania leżaka

Wy się pewnie zastanawiacie, co mnie tak opętało z tymi leżakami. Ano, widzicie, festiwalowa przestrzeń była całkiem sprytnie podzielona na kawiarnię, duży namiot, mały namiot, namiot-czytelnię, pole (gdzie można było w pozie godnej lub mniej godnej spocząć na trawie lub przyniesionym kocu – w zależności od formy fizycznej i stopnia wyspania pozy oscylowały od „opalam się, więc jestem” do „jest mi absolutnie wszystko jedno, czy ślinię się przez sen”) i budynki pobliskiej szkoły, gdzie też trwały warsztaty. Było więc gdzie spocząć, odsapnąć lub usadowić się, by słuchać snutych ze sceny opowieści. Ale tym, co było zdecydowanie ośrodkiem zainteresowania wszystkich niemal festiwalowiczów – były leżaki.

Cisza, spokój, jeszcze można znaleźć wolny leżak i siedząc na nim zrobić zdjęcie innym wolnym leżakom. Alias „ulubione miejsce Pyzy pod krzakiem, by spocząć i czytać” (po prawej niepozorny namiocik, a naprawdę Festiwalowa czytelnia z ciekawym repertuarem).

Leżaków było generalnie dużo i można było spoczywać na takich reklamujących wędliny, bank będący jednym ze sponsorów albo legalną kulturę i być szczęśliwym uczestnikiem pogadanek i spotkań. Albo po prostu dawać się kąsać lokalnym komarom w warunkach komfortowych. No, ale właśnie – festiwalowiczów było generalnie więcej niż leżaków, całymi dniami zatem trwało polowanie na te ostatnie. Przed dziesiątą nie było problemu – ale jeśli, o zgrozo, wybieraliście się potem do dużego namiotu na spotkanie autorskie, mogliście mieć potem spory problem z upolowaniem leżaka.

Może się dziwicie, co ta Pyza, miała pisać o festiwalu, książkach, autorach i ekscytacji spowodowanej staniem w kolejce za Słynnym Autorem, a już od dwóch akapitów pisze o leżakach. Ale co ja poradzę, to silniejsze ode mnie: obserwowanie różnych strategii radzenia sobie z problemem „jak zająć leżak” było jednym z moich ulubionych zajęć. (Tu oczywiście możecie z pogardą wyłączyć wpis, rozmyślając o tym, jak to czytanie miało ubogacać, a tu proszę, wygody ciała miast wznoszenia się ducha!). A te strategie były przebogate. Od chowania leżaków, noszenia ich ze sobą (w wersji casual „wcale nie jest dziwne, że taszczę ze sobą leżak” po wersję szpiegowską „przemykam chyłkiem i wcale mnie nie widzicie”), przez zostawianie na nich swoich rzeczy (cennych i mniej cennych) aż po chomikowanie kilku i oznajmianie potencjalnym zainteresowanym, że absolutnie są one zajęte przez siedzącego wielopokoleniową rodzinę / żonę, która tylko na chwilę gdzieś się skryła / duchy miejsca.

Tuwimowi już nic nie zaszkodzi!

No dobrze, ale jeśli udało się już znaleźć leżak, co czekało na człowieka? Ano, jak wspominałam, oprócz warsztatów (można się było uczyć pisać, rysować komiksy, dowiedzieć czegoś o specyfice pracy w radiu i w teatrze albo zwiedzić okolicę), spacerów i innych aktywności fizycznych, w ofercie festiwalowej gęsto występowały spotkania. Hasłem tegorocznej edycji byli Skamandryci i wokół ich poezji i losów oscylowała przynajmniej część spotkań. Najbardziej podobało mi się spokojne spotkanie z Piotrem Matywieckim, który opowiadał o losach i twórczości poszczególnych członków Skamandra. Tu pozwólcie, że sięgnę po notatniczek i zaserwuję Wam kilka cytatów:

Słonimski nienawidził Iwaszkiewicza, a Iwaszkiewicz – Słonimskiego; byli obydwaj ostatni w kraju, bo wiadomo – Wierzyński na Zachodzie na emigracji, Lechoń i Tuwim szybko zmarli – i zostały tylko te dwa wspaniałe stare dziady.

Ale Iwaszkiewicz taki za odważny znowu nie był. Za każdym razem, kiedy w Polsce działo się coś rewolucyjnego, był na Sycylii. I może chwała Bogu, bo pisał tam swoje najlepsze teksty. A potem wracał i biadał, że nikt go nie kuma. A to on niewiele kumał.

Jak zatem widzicie, narracja była swobodna i przyjemnie się tego słuchało (i aż człowiekowi było żal, kiedy prowadząca Justyna Sobolewska przerywała albo zadawała dodatkowe pytanie, bo generalnie można by tak siedzieć i spokojnie tego słuchać o wiele dłużej, niż przewidywał program). Równie przyjemnie słuchało się Magdaleny Grzebałkowskiej, która też właściwie nie potrzebowała specjalnych zachęt ze strony prowadzącego spotkanie Michała Nogasia, bo okazała się bardzo płynną i wielkoformatową narratorką (lepsze przymiotniki nie przychodzą mi do głowy). Było oczywiście o „Komedzie”, ale mówiła sporo o tym, jak powstawały jej poprzednie książki, o tym, jak się jeździ po Polsce z rodziną i znajduje rozmówców, i o tym, jak niewiele zostało po polskim jazzie w archiwach.

A taki mural jest naprzeciwko festiwalowych błoni. Chyba jeszcze nie wspominałam, ale jestem fanką loga tego festiwalu, które pokazuje, że nie ma się co wstydzić diakrytów.

Z kolei spotkanie z Dorotą Masłowską nieco mnie zaskoczyło. Nawet nie samą treścią, ale kategoriami, wokół których krążyło. Pisarka kilka razy powtórzyła, że czuje się dziwnie, opowiadając o „Innych ludziach” – książce mrocznej i pisanej zimą – latem, kiedy atmosfera mroczna specjalnie nie jest. Ale, jak dodawała, nie oznacza to, że książka nie jest „prawdziwa”. Podobnie zareagowała na pytanie, czy czyta poprzednie swoje książki: że niekoniecznie, ale że były one tym, co najlepszego mogła w danym czasie napisać i że nie znaczy to, że nie są „prawdziwe”. Ta kategoria „prawdy” w odniesieniu do twórczości mnie jakoś zafrapowała, bo chyba (zgodzicie się?) dotyka kwestii autorskiej uczciwości wobec czytelnika i wobec siebie samego. Do rozważenia! Natomiast inną kategorią była „mieszczańskość” sztuki. Masłowska wspominała, że myśli o musicalu, ale że taki musical musiałby wyprodukować Teatr Roma – czyli doszłoby do „umieszczańszczenia” tej sztuki. I tak sobie myślę, czy to jest jeszcze w ogóle jakaś kategoria, którą powinniśmy się posługiwać? Wszak cały „rynek księgarski”, „przemysł książkowy” (zwróćcie uwagę na same sformułowania) i tak dalej – od wieku XIX począwszy – funkcjonuje na zasadach przejętych od tych „strasznych mieszczan” i co tu dużo gadać, chyba niespecjalnie chce się do tego przyznać. Kolejna rzecz do rozważenia i kto wie, może za jakiś czas zobaczycie tu osobny wpis na ten temat.

Wszystko zostaje w rodzinie

Jako człek nie bywały na tego typu imprezach chłonęłam wszystko z zapałem neofity i co również wydało mi się ciekawe to fakt, że wszyscy się znają. No, albo prawie wszyscy. Albo sprawiają takie wrażenie. I nie chodzi nawet o publiczność festiwalową (chociaż ciekawie było się dowiedzieć, że działa trochę na zasadzie łańcuszka: ktoś jest trzeci raz, zabrał znajomych, ci znajomi swoich znajomych i tak dalej). Przede wszystkim (ale to możecie zobaczyć sami, śledząc programy innych literackich imprez tego lata), faktycznie sami występujący spotykają się nie tylko cyklicznie w Szczebrzeszynie, ale na festiwalach literackich przez całe lato.

To nie Szczebrzeszyn, to Zwierzyniec, nieopodal, gdzie w tym samym właściwie czasie trwał inny festiwal, filmowy – Letnia Akademia Filmowa pod cudnym hasłem „All you need is LAF”, a budynek obfociłam, bo z niewyjaśnionych do końca przyczyn przywodził mi na myśl „Trędowatą”. Nazwijcie to duchem miejsca – nieco dalej w trakcie spaceru napotkałam sklep „Ordynat”, a później tablicę informującą o Ordynacji Zamojskiej, będącej w rękach… ordynatów Michowskich! Czy ktoś coś może więcej wie na ten temat?

W związku z tym wytwarza się taka specyficzna symbioza między autorami i prowadzącymi spotkania, jak to skomentowała Dorota Masłowska, rodzaj teatru, gdzie już wiesz, o co cię będą pytać i odgrywacie razem teatr pytań i odpowiedzi. Oczywiście to zrozumiałe pod tym względem, że jednak autor promuje akurat tę książkę, którą w tym roku wydał, pytania też nieco się zmieniają i ewoluują podczas kolejnych spotkań, nieco inna jest jednak widownia, ale tak, generalnie widać trochę taką atmosferę „z tej imprezy na inną”. Nie jest to żaden zarzut, raczej obserwacja kogoś, dla kogo jest to jednak nowość. Ale faktycznie, jak prześledzić kalendarz, dałoby się z kawiarni literackiej na OFF Festivalu, przez Góry Literatury w Nowej Rudzie, opisywany tutaj Festiwal, po Literacki Sopot spotkać wiele tych samych twarzy.

…albo i nie

Bo niestety niektórzy nie dojechali. Nie czekałam akurat na spotkanie z Katarzyną Nosowską, ale sporo osób było rozczarowanych, kiedy odwołała je właściwie w dosłownie ostatniej chwili. Mnie z kolei było smutno, kiedy okazało się, że nie odbędzie się spotkanie z Andrzejem Franaszkiem. Czaiłam się na posłuchanie o tym, jak powstawała biografia Herberta, zwłaszcza że sprawiłam sobie pod wpływem wieczoru z jego poezją (czytaną przez Annę Seniuk, której na harfie akompaniowała Emilia Rajter – kurczę, świetnie to się razem komponowało, a nie spodziewałabym się!) korespondencję Herbert-Szymborska i dałam się tej lekturze jakoś pokierować. Spotkania jednak nie było, a żałuję tym bardziej, że po świetnym tekście Ryszarda Koziołka (naprawdę jeden z najlepszych tekstów, jakie ostatnio czytałam!) mam mnóstwo pytań dotyczących Herberta. No, ale może innym razem.

Generalnie jednak kiedy coś wypadało z oferty festiwalowej i tak nie było czasu się nudzić. Jak wspominałam, na terenie Festiwalu funkcjonowała też czytelnia-biblioteka, dla osób, które jednak wolą czytać własne książki też była przestrzeń (była też wystawa księgarni „Autorskiej”, gdzie można było nabyć książki związane z tematyką festiwalu albo z autorami na nim goszczącymi). Ja akurat kompulsywnie korzystałam z czytelni, bo to właśnie jedna z takich okazji, gdzie bez kolejki wpadają mi w ręce nowości. Nadrobiłam więc „Jak przestałem kochać dizajn” Marcina Wichy i książkę, po którą się – bezskutecznie – wystałam w bibliotecznej kolejce u siebie, czyli „Jak zawsze” Zygmunta Miłoszewskiego (prawdopodobnie o niej jeszcze osobno napiszę). Także ukulturalniłam się (jak już udało mi się znaleźć leżak – tak, tak, siedziska z palet, choć malownicze, nie sprzyjają dłuższemu czytaniu, niestety).

I jak się nie cieszyć czytaniem w takich okolicznościach przyrody?

A przy tym wszystkim, co Wam będę mówiła: Szczebrzeszyn leży zwyczajnie w pięknej okolicy. Nocami widać wszystkie gwiazdy (też te, jak to na początku sierpnia, spadające), za dnia można podziwiać Roztocze, palona w Zamościu kawa jest pyszna (a jaką tam można zjeść chałwę niedaleko synagogi!), nie brakuje zabytków i mam wrażenie, że uszczknęłam ledwie kawalątek z bogatej oferty festiwalowo-miejscowej. Ale kto wie, może uda się wrócić na Festiwal za rok i zobaczyć coś więcej. Jakbyście byli w pobliżu, bardzo zachęcam, bo warto! A może byliście i minęliśmy się gdzieś na festiwalowym polu? Że o ewentualnej konwersacji typu „czy ten leżak jest może wolny?” oczywiście nie wspomnę.

6 Replies to “Pyza na polskich dróżkach albo o Festiwalu Stolica Języka Polskiego”

  1. W tym roku nie byłam. Byłam dwa lata temu, ale pracowałam we wspomnianej przez Ciebie księgarni Autorskiej po 16 godzin dziennie i przez to Szczebrzeszyn kojarzy mi się raczej… niezbyt dobrze;) Widziałam też trochę jak to wyglądało od strony organizacyjnej i o tym można by długo (i nie do końca przychylnie) pisać. Ale w końcu przez dwa lata mogło się dużo zmienić;) Poza tym nie ukrywam, że gdybym już wtedy była na festiwalu jako zwykły uczestnik, pewnie byłabym bardzo zadowolona z wyjazdu. A tak, musiałam się zadowolić obserwowaniem spotkań autorskich w trakcie pracy i przysypianiem na wieczornych wydarzeniach (które były niezwykłe, ale jeśli cały dzień się biegało i robiło różne rzeczy, a wieczorem trzeba było siedzieć i pilnować księgarni, bo namiot festiwalowy otwarty, to jednak nie wszystko z tej niezwykłości do mnie docierało)

    1. Wierzę w zupełności – jak patrzyłam, jaki ruch był wiecznie w księgarni, a czynna była od rana do późna, to zupełnie się nie dziwię zmęczeniu! Nie wiem, czy tak było też przy poprzednich edycjach, ale księgarnia była w tym samym dużym namiocie, co część spotkań i programu wieczornego, więc właściwie non stop byli tam ludzie, oglądający, kupujący, kręcący się przy okazji – więc naprawdę pracowniczki i pracownicy mieli co robić. Co do organizacji, mnie się podobało, że kiedy coś z programu wypadało, szybko zastępowano to czymś innym i „ruch” był płynny. Zastanawiam się, na co mogłabym pomarudzić (za mało leżaków ;-)), ale zasadniczo naprawdę jestem zadowolona, jakoś robię się chyba mało wymagająca, jak siadam z leżakiem i książką, wychodzi na to ;-)!

  2. O, fajnie to wygląda, pojechałoby się… Zwłaszcza te okoliczności przyrody wyglądają zachęcająco, co mi przypomina maksymę, która wisiała w naszym liceum w pracowni polonistycznej: Si apud bibliothecam hortulum habes, nihil deerit…

    1. No tak właściwie maksyma idealnie pasuje :-). Jeszcze mieliśmy to szczęście, że było gdzie się skryć przed upałem: jakoś czytanie nad wodą działa nawet lepiej, niż krycie się przed gorącem w domu przy wiatraku, bodaj najlepszym ;-).

  3. Mieszkam z drugiej strony Zamościa i w zasadzie mogłabym dojechać, ale mam różne wymówki. Najbardziej chciałabym być na spotkaniu z Wiesławem Myśliwskim, bo na plakacie czytałam, że ma być.
    Mam nadzieję, że Zamojskie Cię zachwyciło/. Pięknie tu jest i jak się człowiek wyłączy z gadania, przestaje słuchać, to się wycisza i relaksuje.
    U nas na podwórzu mamy parę dudków. Nie wiem czy to para, czy dwa samce, bo oba piękne.

    1. Niestety też wyjeżdżałam przed spotkaniem z Wiesławem Myśliwskim, bo było faktycznie pod sam koniec. Trochę żal, ale liczę, że jeszcze się uda nadrobić :-). Zamojskie zdecydowanie mnie oczarowało, zwłaszcza że nigdy wcześniej w tych stronach nie byłam: całe Roztocze jest piękne i warte zwiedzenia! I faktycznie przyroda tam u Was cudna, pierwszy chyba raz widziałam bażanta na wolności, i kuropatwy (a przynajmniej zakładam, że były to kuropatwy, bażanta jestem pewna ;-)).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.