6 rzeczy na „tak” i na „nie” albo o „Jak zawsze” Z. Miłoszewskiego

Ponieważ od premiery tej powieści minęło trochę czasu, kurz opadł, a mnie udało się w nastroju kontemplacyjno-leżakowym ją wreszcie przeczytać (a czaiłam się od zimy!), pozwólcie, że napiszę kilka słów o tym, co – moim zdaniem – w niej zagrało, a co niekoniecznie.

Taka a nie inna forma tego tekstu wynika z pewnej mojej obserwacji. Otóż na książkę czekało wiele osób. Mimo, że to żaden tam czwarty Szacki, no ale nowa powieść lubianego autora, wiadomo. Książki było wszędzie pełno: na Bookstagramie można było regularnie wychwytywać różne jej ujęcia, w księgarniach leżała na każdej właściwie wystawie, ale dość późno pojawiły się teksty o niej. Może to była kwestia przedświątecznego rozgardiaszu, kiedy człowieka bardziej zajmują poszukiwania suszonych śliwek niż lektura, zresztą w końcówce roku nie tylko ta premiera przyciągała uwagę. Niemniej zdziwiło mnie trochę to wszystko, ta powściągliwość. Dlatego tym bardziej ciekawa byłam, z czym to się je. Bo recenzji pokazało się potem sporo, ale wszystkie były bardzo ogólne, a niekiedy powiedziałabym nawet, że dość skonfundowane (jeśli można tak powiedzieć o recenzjach; czy może inaczej: wyczuwało się taką atmosferę). I po lekturze zaczynam rozumieć, skąd się to wszystko wzięło. Nie snuję żadnej teorii spiskowej, po prostu trudno jest pisać o książce opartej na pomyśle alternatywnej rzeczywistości tak, żeby nikomu nie popsuć wrażeń z lektury – i to zapewne jeden z powodów – ale przy okazji trochę jest tu też i innych kwestii wartych poruszenia.

Spojlerów, zasadniczo, brak.

3 rzeczy na „tak”

Starość i seks

Autor postawił na ciekawe i rzadko jednak spotykane połączenie. Bohaterowie mają ponad lub prawie osiemdziesiąt lat, a wszystko zaczyna się od tego, że bohaterka chce uczcić rocznicę ich pierwszego razu i wybiera się po erotyczną bieliznę. Bohater z kolei zastanawia się, w jakim momencie wziąć tabletkę na potencję, żeby zadziałała wtedy, kiedy jest potrzebna. Dość niekonwencjonalne rozwiązanie fabularne w opowieści o osobach w podeszłym wieku – i od razu widać, czemu dla autora takie kuszące. Przecież w tym jest cała kopalnia wątków, obrazów i motywów, które rzadziutko pojawiają się na stronach czytanych przez nas książek. Prawda to, że pomysł „Jak zawsze” opiera się na tym, że w pewnym momencie nasi bohaterowie przenoszą się w czasie do chwil swojej młodości – ale autor nadal każe im pamiętać, jak to jest być, obrazowo mówiąc „starym dziadem” i „starą babą”, a w zestawieniu z pożyciem seksualnym tej dwójki ta pamięć staje się szczególnie dotkliwa. Cieszą się więc z młodości w dwójnasób i starają się ją jak najlepiej pod kątem łóżkowym znowu wykorzystać.

Wpis ozdabiają zdjęcia falowców, bo akurat chodziłam sobie ostatnio po Gdańsku i rozmyślałam o falowcach w kontekście Le Corbusiera. No cóż, każdy ma jakieś hobby! Zdj. Tomasz Przechlewski, źródło.

Wizja Warszawy

No właśnie, a jak przy przenoszeniu się w czasie jesteśmy: ciekawa jest alternatywna Warszawa (napisałabym: Polska, ale widzimy w sumie głównie Warszawę) z wizji Miłoszewskiego. Poddana francuskim, a nie radzieckim wpływom, odbudowana w zupełnie inny sposób, to miasto jednocześnie znajome i zupełnie obce. I chyba o taki efekt chodziło, bo bez nutki swojskości byłoby zbyt sztucznie, z kolei gdyby wszystko było takie samo, nie mielibyśmy żadnych niespodzianek. Miasto poznajemy razem z bohaterami, możemy więc dzielić ich zaskoczenia i zachwyty. Mnie najbardziej podobało się powołanie do życia rodzaju „jednostek mieszkalnych” na wzór Le Corbusiera, które oczywiście (jak to „u nas”) wyszły nie do końca tak, jak planowano, zrealizowanie idei budowy Alei Józefa Piłsudskiego, no i przebudowany Plac Bankowy. Ale i – spotykany gdzieniegdzie na świecie – pomysł na to, co zrobić z ruinami, też autorowi wyszedł. Generalnie z „Jak zawsze” jest tak, że śledzenie tych przemian miasta dostarcza masy radości i podobnie jak bohaterowie chcą je zwiedzać, tak i my wolelibyśmy przechadzać się po tej specyficznej Warszawie zamiast – niekiedy – dowiadywać się, co dalej z postaciami i ich losami w tej alternatywnej rzeczywistości.

Podzieleni narratorzy

Ciekawym zabiegiem jest podział na dwójkę narratorów. To znaczy może inaczej: nie tyle fakt, że mamy dwóch narratorów, ale to, że jeden jest trzecio- a drugi pierwszoosobowy. Na początku miałam wątpliwości, czy to nie jest aby przekombinowanie (plus narracja pierwszoosobowa jest dość… specyficzna), ale w całości to się broni i ciekawie koresponduje z tym, co się w całej książce dzieje. Trzeba tu się nieco uzbroić w cierpliwość, żeby zabieg się wyjaśnił – a jeżeli nie przypadnie Wam do gustu charakter głównej bohaterki, możecie się zmęczyć. Ale poczekać warto i można mieć jednak sporo radości z tego przechodzenia od narratora mimo wszystko wszechwiedzącego do ograniczonego w tym, o co właściwie chodzi.

Trzy rzeczy na „nie”

Starość i seks

Zaraz, zaraz, powiecie, Pyzo, przecież tu a propos byłaś na tak. Ano, bo jestem, ale w przypadku „Jak zawsze” jest niestety tak, że  to, co jest tu plusem, jest równocześnie minusem. Bo widzicie, co za dużo – to niezdrowo. Miałam bowiem wrażenie, że seks zupełnie determinuje życie bohaterów – jakby nie było innych faktorów sprawiających, że ich życia się kręcą. I to zarówno kiedy dobiegali osiemdziesiątki, jak i kiedy na powrót stali się młodzi. Ba, okazuje się, że generalnie faktycznie seks determinuje ich wybory życiowe, drogi, którymi poszli/idą/pójdą, relacje z innymi, spojrzenie na świat i tak dalej. W pewnym momencie czytelnik zatrzymuje się więc i pyta „ale serio, nie ma nic poza tym, jakiegoś innego motywu działania…?”. Do tego dochodzi też lubowanie się przez autora w opisach obrzydzenia, jakim od czasu do czasu pałają do siebie bohaterowie (jeśli chodzi o ciało), lub uwielbienia (także). Rozumiem pokusę – wypływa ona zresztą z tego, co wymieniłam jako walory powieści – ale jakby tak tu i ówdzie coś przyciąć, nie byłoby źle.

Zdj. nemo, źródło.

Niby inaczej, a tak samo

Powiem Wam, że wahałam się, czy powieść mnie wciąga, czy nie, do jednego momentu. To jedno zdanie przeważyło, że chciałam wiedzieć, co  dalej. Chapeau bas za taki zabieg, bo to rzecz niełatwa. Króciutko Wam powiem, że chodzi o chwilę, w której bohaterka ogląda zdjęcia stojące w pokoju w tej drugiej, alternatywnej rzeczywistości – i połączenie występujących na nich postaci jest strzałem w dziesiątkę, bo tak jak ona, tak i czytelnik głowi się, jak doszło do tego, że te fotografie istnieją, a ludzie na nich zostali uwiecznieni w takich a nie innych kombinacjach. W rezultacie jednak to jest taka obietnica odpowiedzi, która kusi bardziej niż sama odpowiedź. Bo tu przyznaję: nie przekonał mnie – zbyt, według mnie, prosty – zabieg, że tak czy inaczej, niezależnie od układu gwiazd i przebiegu historii, pewne kwestie i tak by wystąpiły, może w nieco innej odmianie. Polityka w alternatywnej rzeczywistości jest jednym ze słabszych elementów „Jak zawsze”. Trochę za dużo tam takich mało subtelnych odwołań do współczesności, które nie wiem, czy są do końca potrzebne. Rozumiem jako całość pomysł na to, co dzieje się w tym uniwersum z historią – ale w szczegółach nie zostałam fanką rozwiązania, że tak czy inaczej pewne zjawiska wystąpią w takiej formie, w jakiej wystąpiły.

Kompozycja

Powieść cierpi też na syndrom „zbyt wielu grzybów w barszczu”. Jasne, trudno jest zrównoważyć opis alternatywnej codzienności, krzyżujących się wpływów politycznych, wspominania tego, „jak było” i równocześnie prowadzenia fabuły (bo chcemy się mimo wszystko dowiedzieć, co się z tymi bohaterami dzieje). Nie przeczę. Ale tutaj było tak, że miejscami dostawaliśmy jedno, miejscami bardziej drugie, czasami zaś trzecie i jakoś brakowało tu równowagi. Plus moim zdaniem końcówka jest dość pośpieszna i sprawia bardziej wrażenie szkicu, niektóre wątki zaś spokojnie można było wyciąć bez szkody dla całości (Harry Potter, anyone?). „Jak zawsze” to taka powieść z długą ekspozycją, która sporo obiecuje – potem niby coś się dzieje – i już szybko, szybko, kończymy. Ma świetne momenty, ma momenty ciekawe, ale jako całość jest nieco chwiejna.

***

Jaka jest zatem moja opinia? Czy warto czytać? Powiem jak zawsze, no bo jak: jasne, warto, żeby zobaczyć, jak Wam przypadnie do gustu. Przy lekturze nie cierpiałam, wciągnęłam się i zapewniła mi dwa dni ciekawej lektury, przechadzek po tej innej Warszawie i zastanawiania się, jak to się wszystko skończy. Także może katharsis nie przeżyjecie, ale nudzić to też się raczej nie będziecie. A może jesteście z tych szybszych czytelników i lektura już za Wami? I ja mogę w takim razie zapytać: no i jak?

6 Replies to “6 rzeczy na „tak” i na „nie” albo o „Jak zawsze” Z. Miłoszewskiego”

  1. Ja już swoje pisałam o tej książce, należę do tych niezdecydowanych i zagubionych jeśli chodzi o jednoznaczną ocenę. Dobrze się czytało, choć zgadzam się z Tobą w dużej mierze zarówno co do plusów, jak i minusów. Końcówka, polityka, przesyt, konstrukcja – uwierają. Ciekawe smaczki w stylu tej odmienionej Warszawy i blokowiska w stylu Corbusiera, głosy bohaterów, nietypowość – jak najbardziej na tak. Wątek z Harrym Potterem i literaturą faktycznie zupełnie zbędny, ale więcej takich by się znalazło. Tych nart już w ogóle nie kupuję. Muszę sobie jednak więcej Miłoszewskiego poczytać, na przykład Szackiego w ogóle jeszcze nie znam, ale czeka „Bezcenny” i „Domofon” na półce 🙂

    1. No właśnie widzę, że mamy podobne podejście, zwłaszcza jeśli chodzi o końcówkę (też nie kupuję nart – niby ten wątek pojawia się od początku, Ludwik ciągle powtarza, że chciałby na narty pojechać, ale samo rozwiązanie, wraz z nagłym olśnieniem mnie nie przekonało – na podobne prowadzenie fabuły narzekałam też przy trylogii o Szackim; przy czym z tym wątkiem z Potterem mam podobnie – niby ma to pokazywać, że Ludwik chce jakoś się wybić na tym, że wie, co będzie dalej, ale jakoś mi to wygląda po prostu na anegdotę bez większego znaczenia, może oprócz powiedzenia „po co nam te książki, kiedyś by to nie przeszło, bo, panie dzieju, kiedyś to się ceniło literaturę przez wielkie l!”).

      No i w sumie pod dużą częścią Twoich refleksji mogłabym się podpisać (a wcześniej mi Twój tekst o książce umknął!, a notka jakże piękny ma tytuł :-)).

  2. Kusi, żeby napisać: „No i jak? Jak zawsze!”, huehue 😉 Ale może jednak nie będę taka i nie poprzestanę na tym. No więc cóż, też jestem w swoich odczuciach tak pół na pół, choć chyba raczej z przechyłem „na tak”. Lubię pióro Miłoszewskiego, jego poczucie humoru mi bardzo odpowiada, choć bywa toporne, alternatywna Warszawa jest arcyciekawa, ale, no właśnie… Czasami to wszystko za gładkie, przegadane i momentami ten narzucony autorowi przez samego siebie „jakzawszyzm” zdaje się mu być kulą u nogi 😉 Ale jednakowoż najważniejsze jest to, że bawiłam się podczas czytania wyśmienicie – i to chyba zaważyło na moim odbiorze tej książki.

    1. Nie powiem, że bawiłam się źle, bo bym skłamała, ale jednak te rzeczy, które wymieniłam „na nie”, mnie uwierały. Mam wrażenie, że to mogła być dużo lepsza książka i szkoda, że może nie poleżakowała jeszcze trochę albo redaktor nie srożył się nad nią bardziej ;-). Co nie zmienia faktu, że też uważam, że Zygmunt Miłoszewski to bardzo sprawnie piszący pisarz i po kolejne książki też sięgnę :-).

  3. Jak zawsze (albo jak zazwyczaj) lektura dopiero przede mną:P Ale w tym przypadku nie jestem pewna czy w ogóle sięgnę po tę książkę. Jakoś nie kuszą mnie alternatywne wizje rzeczywistości, nawet w połączeniu z wątkiem obyczajowym. Zresztą jeśli chodzi o Miłoszewskiego, czytałam tylko „Domofon”. I zanosi się na to, że przy tym pozostanę;)

    1. Spróbuj zobaczyć, z czym się je Szackiego, bo to w sumie zaczyna być chyba jedna z tych wyraźnych postaci literackich naszego czasu ;-). Chociaż denerwująca, nie powiem, bardzo!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.