Ja tu od drążenia jestem właśnie albo o „Seansie w Domu Egipskim” M. Szymiczkowej

Nie zdradzam, kto zabił. Nie zdradzam, kto padł ofiarą. Na firmamencie nie widać żadnego kamerdynera, jest za to garść nowin z Królestwa i Cesarstwa, Franciszek Józef czuwa, a Profesorowa Szczupaczyńska spotyka Szatana, obawia się o swoje guziki i rozwiązuje kolejną kryminalną aferę w spokojnej skądinąd mieścinie, której daleko i do Wiednia, i do Lwowa. Zapraszam na krótką przechadzkę mroźnym Krakowem roku pańskiego 1898, akurat na te upały roku pańskiego 2018.

(…) natomiast kobieta grająca w bilard gorszy wszystkich obecnych na sali, a także zaglądających przez okno.

M. Szymiczkowa, „Seans w Domu Egipskim”, oczywiście.

A przynajmniej stworzysz pozory, że się nie nudzisz

Tak szybciutko, dla niezorientowanych, słowo o czym rzecz. Profesorowa Ignacowa Szczupaczyńska, szacowna krakowianka, acz rodem z Glodtów z Przemyśla, imieniem Zofia – prowadzi na co dzień zwyczajne życie mieszczki końca stulecia. Prowadzi dom, dba o męża, zwalnia i zatrudnia służące. Ale od czasu do czasu zdarza się jej rozwiązać kryminalną zagadkę, nurtującą jakiś krąg Krakowa. Bowiem odkryła w sobie detektywistyczną żyłkę i z pewnym już teraz – w tomie trzecim, bo to już tom trzeci, po „Tajemnicy domu Helclów” i „Rozdartej zasłonie” – przerażeniem myśli o swoim nudnym, uporządkowanym życiu bez zagadek kryminalnych. Na całe jej szczęście czasem kogoś w tym niewielkim Krakowie mordują i traf chce, że profesorowa akurat jest w pobliżu.

Przy czym tym razem wpada jak śliwka w kompot (wybaczcie nieco pospolite porównanie) w sam środek afery na seansie spirytystycznym. Seans rzecz akurat podówczas modna, przy okazji mamy zaćmienie Księżyca, a przy wirującym stoliku zasiada kilka osób. Niektóre mogliśmy już wcześniej przelotnie poznać, inne zostają dopiero co wprowadzone albo znamy je z kart historii i podręczników do polskiego. Bo to przecież czas, kiedy w Krakowie zamieszkuje sam Szatan, niejaki Wyspiański ku przerażeniu szacownych mieszczan maluje jakieś bohomazy i nawet Tadeuszek Żeleński chyba porzucił medycynę na rzecz szlajania się z bohemą (prawdopodobnie).

Na seansie niestety zamiast porządnego ducha pojawia się nieboszczyk, Szczupaczyńska proponuje sprawę rozwiązać po cichu, bo przełom roku sprzyja urzędniczym urlopom i tak zaczyna się śledztwo. Jak słusznie zauważył Tomek, konstrukcja „Seansu…” jest przez to dość bliska klasycznym kryminałom Agathy Christie. Mamy tyle a tyle podejrzanych, którzy byli razem w jednym, zamkniętym pokoju, każde z nich miało motyw – teraz trzeba tylko się rozejrzeć, kto miał ten ostateczny. Nudzić się nie będziemy. A przynajmniej dobrze udawać, że nie (cudnie się autorka z pewnych specyficznych cech takiej stereotypowej mieszczańskości natrząsa: nie ma w tym wyłącznie złośliwości, a raczej czułość).

W Galicji cesarza pana

Przy czym tak właściwie to nie chciałabym Wam pisać o tym, że czyta się to dobrze (choć się czyta), że klasyczna struktura pozwala śledzić sprawę razem z bohaterami (choć pozwala) i że to również sprawia (choć sprawia), że możemy czerpać z tego kryminału tę przyjemność, której pozbawia nas część ze współczesnych reprezentantów prozy tego gatunku. Możemy mianowicie odgadnąć, kto zabił. A – na co czasami narzekam – część kryminałów pozbawia nas sposobności po temu. Czy żeby detektyw wydał się nam mądrzejszy, czy dlatego, że fabuła nie jest do końca umiejętnie poprowadzona – grunt, że z Zofią Szczupaczyńską możemy się razem domyślać, kto zabił. Tym razem dość szybko zgadłam, ale to przyjemna odmiana i nie mam do nikogo pretensji.

Tymczasem jednak są dwie rzeczy, o których faktycznie chciałabym Wam napisać. Wiem, wiem, poświęciłam cały akapit na to, żeby napisać o czym pisać nie będę – no, ale to też pewna perwersyjna przyjemność. Ale już, już – ad rem. To o czym chciałam? Jedna kwestia to oddziaływanie i aluzje. Druga – rozwój bohaterki. Zacznijmy może od tego oddziaływania, bo to zresztą wydaje mi się ciekawsze i mniej zauważane.

A zaczniemy może, a co – od cytatu:

A cesarz Franciszek Józef czuwał nad tym jego snem z tą samą dobrotliwą obojętnością, z którą czuwał (i nie czuwał zarazem) nad całym swoim imperium, w którym w godzinach pracy drzemały tysiące urzędników różnego szczebla.

Cytat ten dobrze pokazuje pewną ambicję literacką stojącą za cyklem. Bo, podobnie jak główna bohaterka, i książki jej poświęcone są może na drugi rzut oka nieco inne, niż się wydaje. A w każdym razie: próbują takie być. O co mi chodzi? Już tłumaczę. Podobnie jak profesorowa – choć ma się za zwykłą żonę i porządną mieszczkę – zaczyna myśleć o dawnym swoim „ja” z narastającym przerażeniem. Zmienia się i ewoluuje – ale nie w sposób nachalny czy wydumany, po prostu to, co się jej przydarza, zmienia ją. Powieści z cyklu o niej nie chcą też być chyba włącznie prostymi kryminałami retro. Autorka (pozwólcie, że będę się trzymała tej mistyfikacji, bo ją lubię) też – z dużym przymrużeniem oka – wtrąca nam komentarze do rzeczywistości c. k. monarchii końca wieku, takie jak ta powyżej.

Równocześnie te uwagi o końcówce wieku XIX w Galicji – komentarze w duchu literatury z tamtego okresu, ale jednak wypowiadane współcześnie – przeplatają się z takimi, które odnoszą się trochę do pewnych ponadczasowych kwestii, a trochę do czasów dzisiejszych. Ot, na przykład:

Kraków… Kraków… (…) Kochamy go, i pani, i ja, te domy pradawne, ten błysk pozłocisty trąbki, te Wisły fale srebrne, te grobowce wawelskie, w których śpią wiecznym snem pamiętnych czasów bohatery… ale wielkiej kariery się tu nie zrobi.

Jasne, wiemy już o tym chociażby z „Dumanowskiego” Wita Szostaka (gdybyście się kiedyś chcieli dowiedzieć, jakby pisał – bądź nie pisał – Mickiewicz ze Słowackim, gdyby osiedli w Krakowie, zajrzyjcie koniecznie!). Ale powieści o profesorowej Szczupaczyńskiej mają nieco inną wymowę i inny potencjał. Wpisują się gdzieś w tę nieco nostalgiczną, a równocześnie kąśliwą narrację o c. k. monarchii, wykorzystując potencjał tkwiący w epoce i targających nią sprzecznościach. Wyciągają na wierzch rzeczy, o których czasami łatwo zapomnieć, bo gdzieś tam się w dużym uproszczeniu wytraciły „po drodze” w narracji panującej ogólnie. W rodzaju: wielkim patriotą polskim być, a cesarza, było nie było, zaborczego czcić (nie będę nic mówić, ale przecież i – nie szukając daleko – w „Ordynacie Michorowskim” znajdziemy potwierdzenie, że to była taktyka częsta i stosowana). A przecież i tu „u nas” bywały takie chwile, że – cytując pewnego czeskiego historyka – gdyby Austro-Węgry nie istniały, trzeba by je było wymyślić.

Emancypantki, spirytystki, gospodynie

Tak jak wspominałam, profesorowa się rozwija i seria o niej również. W jaką stronę pójdzie autorka? Nie wiem, ale jestem szalenie ciekawa. Czy doczekam się, że Szczupaczyńska ruszy w 1918 roku do urn wyborczych? Nie wiem, ale będę śledzić jej drogę ku temu. Bo to, co ciekawe w tej serii, to nie zmuszanie bohaterki żeby nagle stała się kimś innym niż jest – żeby zaczęła myśleć bardziej „współcześnie”, bo łatwiej by się jej wtedy kibicowało.

No właśnie – nie. To bohaterka tak pisana, że nadal możemy jej kibicować i z nią sympatyzować, kiedy narzeka na służące, kiedy krytykuje rzeczy dla czytelnika oczywiste albo budzące sympatię. Tu tkwi ogromny potencjał tej postaci i jak sądzę z tego też wypływa przynajmniej częściowo sukces serii (zasłużenie!). Ciekawe, prawda? Bo pokazuje, że wcale nie musimy na siłę uwspółcześniać bohaterów, żeby dało się ich zrozumieć czy polubić.

Na sam koniec chciałam zwrócić Waszą uwagę na jedną rzecz, która wydaje mi się dobrze uosabiać zmiany, jakie zastajemy w tomie trzecim, a równocześnie pewien constans, jaki możemy śledzić od początku. Chodzi mi mianowicie o służącą Szczupaczyńskich, Franciszkę. Służącą, ochmistrzynię, kucharkę – Franciszka różnych się w tym zacnym domu krakowskim ima zajęć. Czasami też dopomaga swojej chlebodawczyni w jej kryminalnych przygodach – tutaj akurat musi odegrać pewną szczególną rolę. Sęk w tym, że po jej zakończeniu nie może sobie przypomnieć, co właściwie robiła. I to na poziomie symbolicznym wydaje mi się sceną arcyciekawą: trochę idziemy do przodu, bo świat się zmienia, a trochę stoimy w miejscu, bo jeśli wyrwiemy się za szybko, grozi to upadkiem z wysokości, na której ani nie chcemy się znaleźć, ani – tym bardziej – z niej spadać.

Kto wie, dokąd jeszcze Franciszka razem ze Szczupaczyńską zawędrują? Nie powiem, ja – powtarzam – będę je śledzić z dużą przyjemnością.

4 Replies to “Ja tu od drążenia jestem właśnie albo o „Seansie w Domu Egipskim” M. Szymiczkowej”

  1. Arcyciekawy wpis! 🙂
    W postaci Szczupaczyńskiej zacne jest też to, że pierwotnie miała być bohaterką jednoznacznie nieznośną, taką Dulską esencją, ale na dłuższą metę – to jest, już trzy książki – takie rozwiązanie okazało się nie wykonalne. I słusznie! Szalenie zabawne jest to, jak profesorowa podąża za modami i aktualnymi wymogami, głowę dam, że w następnym tomie będzie przysięgać, ze Wyspiański to geniusz…

    1. Dziękuję! 🙂
      Ha! No tak, zamierzenie ciekawe, ale chyba bohaterka się wymknęła i faktycznie zaczęła ewoluować… na własną rękę? Z tego, co piszesz, troszkę tak by wychodziło, cudna sprawa, lubię takie przełamania wewnątrztekstowe :-). Ale czy będzie się zarzekała, że Wyspiański genialnym był? Nie wiem, szczerze mówiąc: to jednak jeden z grabarzy tego świata, który lubi, a którego odchodzenie powoli czuć w tym tomie. Takie spotkanie z Bujwidową albo Daszyńskim nie zrobiło na niej wrażenia aż tak, żeby nie otrząsała się z pewną odrazą jeszcze w tym tomie, ale kto wie, kto wie… 😉

  2. Z tym Wyspiańskim to się posiłkuję tym, co mówili na krakowskim spotkaniu plenipotenci Pani Autorki – padło pytanie z sali, czy profesorowa się przekona do Wyspiańskiego i odpowiedź była w tym guście. Nasza droga Szczupaczyńska ewoluuje, już to zamiarem autorskim, już to na własną rękę, i tym lepiej dla nas, czytelników 🙂

    1. Aaa, czyli to informacja z niemal pierwszej ręki :D. No dobrze, to ja czekam w takim razie, cóż robić. Czy plenipotenci może zdradzali prawdopodobną datę ukazania się kolejnego tomu ;)?

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.