Chłop potęgą jest i basta! Albo o „Pawich piórach” L. Kruczkowskiego

Powiem Wam na wstępie, że chociaż „Pawie pióra” czyta się szybko i z zaciekawieniem, jest to taka powieść stojąca w rozkroku. Kruczkowski kontynuuje tematy podjęte w „Kordianie i chamie”: los chłopów, kwestię walki o niepodległość, konflikty stanowe – ale wszystko to nadal w podobnej formie, co niespecjalnie sprzyja rozwijaniu się tychże tematów. Przenosimy się więc tym razem do lat 1913-1914, do zaboru austriackiego, żeby śledzić poczynania galicyjskich chłopów ze wsi Wierzchowice. A niekiedy zajrzeć do szlacheckiego dworu, na plebanię albo do Mysłowic, pierwszej stacji, skąd można było udać się na słynne „saksy”, czyli na zarobek do Prus.

Nieco lżej, ale i nieco ciężej

Co przede wszystkim rzuca się w oczy przy lekturze, to większa niż w poprzedniej powieści ilość humoru. Zdaje się, że niektóre sceny Kruczkowski musiał gdzieś wypatrzeć albo usłyszeć i chciał je włączyć do powieści, bo wyglądają jak stworzone właśnie w ten sposób. Znajdziemy więc zabawną anegdotkę o „fanie” strażackiej, czyli sztandarze, który jako pierwsza rzecz został przez pobożne kółko ufundowany na poczet zupełnie w co innego (w tym w sikawkę) niewyposażonej miejscowej straży pożarnej. Pożartuje sobie i narrator, tak na przykład komentując westchnienia proboszcza Kolasińskiego, spoglądającego na budujący się nowy kościół: „Bóg jeden wie i pisarz Płonka cośkolwiek, ile to zdrowia i zabiegów kosztowało”. Będzie też najlepsza w całej powieści scena, w której wracający z nieudanej wyprawy „na saksy” chłop Madej podróżuje na gapę pod ławką w pociągu, a nad nim toczy się nad wyraz kulturalna rozmowa dwóch inteligentów, często-gęsto zahaczająca o Wyspiańskiego:

– A jednak jest pod nami, na spodzie społecznej hierarchii, ogromna siła żywa, której nie można przefilozofować – wielka siła, wroga wszelkiej fikcji!
– Pod nami? Domyślam się, co pan ma na myśli!
– Lud, drogi panie! Oczywiście!

Pod nimi zaś, jak wspomniałam, faktycznie gniecie się ów lud, w postaci Madeja, któremu burczy w brzuchu.

A jednak oprócz takich scen, które naprawdę zapadają w pamięć, Kruczkowski robi to samo, co w poprzednim „Kordianie i chamie”. Co takiego? Daje nam postać na scenę-dwie i nigdy do niej nie powraca. Taka na przykład młoda szlachcianka-socjalistka, kształcąca się na lekarkę, mogłaby spokojnie być bohaterką całej powieści, a tu pojawia się w jednej scenie i nie widzimy jej więcej. Właściwie „Pawie pióra” nie mają żadnego głównego bohatera. Niektórzy pojawiają się częściej, tak jak bogaty chłop Karelus, za wszelką cenę usiłujący przybranego syna wykształcić na księdza, inni rzadziej, jak wspomniany już Madej albo gminny pisarz Płonka. Żaden ani żadna (bo przedsiębiorczych kobiet i porzuconych żon w powieści nie brak) nie dają się uznać za bohaterów pierwszoplanowych.

Reymont o kilka lat przesunięty

To o czym właściwie te „Pawie pióra” są? Powiedziałabym, że o wsi galicyjskiej tuż przed wybuchem I wojny światowej: działa już prężnie ruch ludowy (nawet pod dwiema postaciami, bo Stronnictwo zdążyło się w międzyczasie podzielić), zaczyna się ruch robotniczy, chłopi nie pamiętają już nawet pańszczyzny, ale stracili to, co ich łączyło, solidarność grupową. Wieś dzieli się na zamożniejszych kmieci, którzy z chęcią włączają siebie w krąg lepiej sytuowanych klas wyższych i „miastowych” – pisarz Płonka jest przeszczęśliwy, kiedy w Krakowie dostaje owacje od inteligencji i szlachty – i biedotę, która nadal nie bardzo ma narzędzia do tego, żeby polepszyć swój los.

Pastel Włodzimierza Tetmajera, a na nim Czepiec z „Wesela”. Bo jakież inne ilustracje mogłabym dobrać? Niechże nam Tetmajer dzisiaj potowarzyszy. Źródło.

Co ciekawe, Kruczkowski w ten wątek wplata też motyw antysemityzmu, mocno zaznaczony już – jak wspominałam – w „Kordianie i chamie”. Nie jest on tutaj czarno-biały na zasadzie „biedny trzyma się z biednym”, ale mocniej pocieniowany. Miejscowy Żyd, Mendel Ferber, zmuszony do zamknięcia karczmy i padający ciągle ofiarą „żarcików” ze strony miejscowych („żarciki” są tak subtelne jak choćby obrzucanie drzwi dawnej karczmy końskim nawozem, a znajdzie się i bardziej dosadna, pięknie ironicznie spuentowana przez narratora, scena), zaczyna uprawiać rolę, żeby jakoś dać sobie radę. Niedaleko mu do Madejki, kobieciny, której mąż najpierw jako rezerwista zostaje zmobilizowany do Bośni, potem zaś – jak wspominałam – próbuje swoich sił „na saksach”. Te dwie rodziny będą trzymały się na dystans, ale jednak sobie pomogą. Co nie znaczy, że inna biedota będzie przychylniej patrzyła na Mendla Ferbera – bo co prawda pańszyszczyzna ginie w niepamięci, ale wspominki o Żydach zdzierających w karczmie z chłopów, zmuszonych pić wytwarzany w pańskich gorzelniach alkohol, trzymają się mocno. Nie pomaga tu ani własna pamięć o tym, że Ferber był przyzwoitym karczmarzem, a już na pewno nie miejscowy proboszcz, który przypomina, że przecież Jezusa zamordowali Żydzi.

Ale do tego jeszcze wrócimy. Tymczasem zaś: gdyby iść – podobnie jak to zrobiłam w przypadku poprzedniej powieści autora – tropem tytułu – „Pawie pióra” wręcz muszą mieć bohatera zbiorowego: chłopów polskich z Galicji. Bo skąd ten tytuł? Oczywiście z Wyspiańskiego, gdzie Jasiek gubi złoty róg, nie budząc narodu do powstania, bo schyla się po piękną czapkę z pawimi piórami, na której zależy mu bardziej. W rozmowie inteligentów w pociągu pada interpretacja owej czapki jako „materializmu polskiego chłopstwa”, które zamiast na duchowe, skorzej patrzy na wartości cielesne. Oczywiście to gorzki komentarz do tego, co widzimy wcześniej na kartach powieści: głodu, lichego wyposażenia chałup, niemożności wyżywienia zwierząt gospodarskich. Ale te „pawie pióra” wracają jeszcze kilka razy – chociażby na czapkach „bartoszów”, drużyn paramilitarnych tworzonych przez bogatszych chłopów. Niby patriotycznie, a jednak przewrotnie ten Wyspiański funkcjonuje tutaj trochę z przekąsem, a trochę jednak jako wnikliwy komentator rzeczywistości (jak wspominałam, dla mnie „Wesele” to taka książka o wszystkim, nadal aktualna).

Panu Bogu świeczkę

Na warsztat wziął tu Kruczkowski znacznie mocniej rolę miejscowych księży. Proboszcza z Wierzchowic portretuje mocno kąśliwie: zależy mu głównie na pieniądzach, rad prowadza się z bogatszymi gospodarzami, a żeby dokończyć budowę kościoła (i plebanii) popiera plan sprzedaży wspólnego pastwiska, z którego korzystają głównie najbiedniejsi. Kleryk okazuje się być znacznie mniej pobożny i znacznie bardziej tchórzliwy, niż wskazywałoby na to jego zachowanie (choć po części rozgrzesza go autor wskazując, że nie z własnej woli tak do końca przebywa w seminarium). Rada kościelna składa się z ludzi łasych na pochwały i nie widzących dalej niż czubek własnego nosa i źle pojęta pobożność.

„Muzykanci w Bronowicach”, a jakże, Tetmajer, obraz z 1891 roku. Źródło.

A sama chłopska pobożność jest tu raczej zwyczajowa niż płynąca z głębi serca albo namysłu. Kruczkowski w zapale krytykowania jej traci okazję do ciekawszych puent fabularnych. Ot, choćby bogaty Karelus, który chciałby ufundować do nowego kościoła obraz świętego, czytuje żywoty świętych, żeby wybrać jakiegoś znaczącego, z ciekawym cudem na sumieniu. Zamiast jednak poddać nam taką hagiografię, która korespondowałaby równocześnie z moralnymi rozterkami chłopa – albo tym, co dzieje się naokoło – Kruczkowski nie może się oprzeć przed poddawaniem nam co bardziej absurdalnych żywotów świętych, takich jak choćby Szymon Słupnik. A że umiał wykorzystywać takie wątki jako kontrapunkty – niech świadczy scena ze świętym Rochem. Szkoda więc zmarnowanej w zapale okazji.

Kaszel męczy cesarza

Jak wspomniałam, pojawia się i tutaj wątek niepodległościowy. Głosicielem potrzeby odzyskania niepodległości jest z jednej strony miejscowy młody socjalista Jędruś, orędownik socjalizmu, ludowej ojczyzny w przyszłości, parcelacji majątków szlacheckich i zwolennik, jak można wnioskować z ostatniej sceny, Józefa Piłsudskiego. Myśli on podobnie do chłopskich bohaterów „Kordiana i chama”: „o starą bidę bić się, żeby została – któż by się ta rwał do tego?”. Z drugiej strony o niepodległości przebąkuje i lokalny zelota pisarz gminny Płonka, któremu miód na serce spływa, gdy patrzy na Kościuszkę, a w Kościele Mariackim płacze ze wzruszenia na myśl o wolnej Polsce. Nie ma tu zgody co do metod, wizji przyszłości ani nawet rozumienia patriotyzmu. Jak komentuje jedna z postaci, nie ma żadnej „narodowej zgody”, chociaż by się taka przydała, oj przydała.

No i „Wesele”, także pędzla Włodzimierza Tetmajera. Źródło.

Pojawia się tu też ciekawy wątek pamięci o historii owej „polskości”. Bo z jednej strony podkreśla się – znowu – rolę Kościuszki jako „budziciela chłopów”, Konstytucji 3 Maja jako ustawy bardzo liberalnej – z drugiej mamy jednak problem, z którym bohaterowie za bardzo sobie nie umieją poradzić. Jaki? No jak wyjaśnić to, że w gruncie rzeczy dla takiego chłopa z Wierzchosławic więcej zrobił zaborczy monarcha Józef II, wyzwalając go, niż Konstytucja 3 Maja cała razem wzięta? Kruczkowski podrzuca ten wątek i niespecjalnie go komentuje. Myślę, że robi tak z rozmysłem, chodzi przecież o to, żeby i czytelnik, zanurzony w gąszczu knujących przeciw sobie stronnictw, miał miejsce pomyśleć i wyrobić sobie własną opinię.

I jeszcze dwa słowa o stylu. Jak wspominałam, jest on znacznie lepszy od tego z „Kordiana…”, choć i tutaj trafi się czasem coś w rodzaju „jaskółek jak opętanych, dzwoniących pocisków” czy „spoisty oprzęd nocy”. Bohaterom zdarzy się wygłosić płomienną mowę brzmiącą jak recytacja, ale z drugiej strony włączy Kruczkowski dla urozmaicenia a to kartkę z pamiętnika, a to fragment gazety. Razem daje to dobry i niemęczący czytelnika efekt. Podsumowując, „Pawie pióra” nie mają tego rozmachu, co „Kordian i cham”, ale widać w nich rozwój warsztatu pisarskiego Kruczkowskiego, ewolucję tematów i już się cieszę na miejską przygodę lat wielkiego kryzysu w „Sidłach”. No to na koniec: czytać „Pawie pióra”? Czytać, zdecydowanie, zwłaszcza jeśli interesuje Was, co właściwie działo się na wsi tak jakoś po zakończeniu „Chłopów” Reymonta, a przed rozpoczęciem „Soli ziemi” Wittlina.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.