Wieś była ponura jak zawsze* albo o „Kordianie i chamie” L. Kruczkowskiego

To co, zaczynamy tak już serio-serio Lato z Leonem? Na pierwszy ogień poszła debiutancka powieść autora, i chyba też przy okazji powieść najbardziej znana. Ulokowany na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych XIX wieku „Kordian i cham”. Opowieść o rodzącym się powstaniu, tym, czym właściwie jest naród i o podłej doli chłopa w Królestwie Kongresowym, które pamięta jeszcze trochę czasy napoleońskie, ale dość wybiórczo. I nie bardzo ma się do kogo o radę zwrócić chłop, który wpadł w kłopoty – bo cała władza jest nadal w ręku szlachty. Szlachcic, któremu marzy się powstanie, też za bardzo nie ma kogo zapytać o zdanie – bo zapytany o nie profesor Lelewel odpowie, że czasami lepiej jest nie widzieć ostro. I tak sobie wszyscy razem grzęzną w ciemności.

Plantatorzy lichego zboża

Pozwólcie, że to będzie bardziej analiza niż recenzja. Z tym że od razu mówię: to nie jest powieść, którą się jakoś przesadnie da zaspojlerować. Fabuła jest tu raczej na drugim planie. Kruczkowski ma co prawda dwóch głównych bohaterów: chłopa, wykształconego na nauczyciela, Kazimierza Deczyńskiego („chama”) i Felusia Czartkowskiego, studenta w szkole podchorążych, gdzie przygotowują powstanie listopadowe („Kordiana”), ale tak naprawdę nie wydaje się być żadnym z nich przesadnie zainteresowany. Owszem, Kazimierz pojawia się na samym początku i wytrwa z nami do końca powieści, Feluś pojawi się mniej więcej w środku i też zostanie. Obu autor podda wielu czasowym przeskokom, przerzuci ich – niczym niezrównany mistrz w tym fachu, Żeromski Stefan – po mapie, tak że w sumie co do ewolucji bohaterów nie musimy być jakoś bardzo przekonani. Pozostali bohaterowie pojawiają się i znikają, nawet jeśli poświęcono im znaczną ilość miejsca (uświadomiony klasowo kowal Mikołaj Derkacz, podły wyzyskiwacz Czartkowski, sympatyczny urzędnik pan Wencel) albo w ogóle pojawiają się na użytek jednej-dwóch scen, w których Kruczkowski coś chce podkreślić (Aniela Czartkowska, którą widzimy w dwóch scenach: w jednej masturbuje się na ławce w ogrodzie do ballad Mickiewicza, w drugiej wzdycha ciężko, acz nieokreślenie, już jako stateczna mężatka).

Generalnie bowiem, odnoszę takie wrażenie, chodzi tu bardziej o przesłanie i morał, niż o zakręty fabuły. Nie oznacza to, że nie da się w „Kordiana i chama” wciągnąć. Niżej (czy też wyżej, w zależności od blogowego szablonu) podpisana najlepszym tego przykładem. Byłam bardzo ciekawa, jak też Kruczkowski zakończy powieść i jak potoczą się losy bohaterów. No, ale wracając do morału i przesłania. To jest niewątpliwie powieść, w której autor wykłada nam – czasami ustami bohaterów, czasami każąc się nam przyglądać poszczególnym scenom – kwestię związaną z formowaniem się narodu i czemu to wcale nie było takie proste, walczyć za „wolność naszą i waszą”, kiedy szlachta nadal miała nieograniczoną właściwie władzę nad chłopami. Nie bez kozery wybrałam sobie za nagłówek tego akapitu cytat ze słowem „plantatorzy”. Bo można spokojnie czytać dzisiaj „Kordiana i chama” jako polską powieść kolonialną. Wiem, że czytuje się beletrystykę dotyczącą Kresów często właśnie w tym kluczu, ale wcale nie trzeba geograficznie tak daleko sięgać. Można w Kaliskie, gdzie zaczyna się powieść, i też znajdziemy się w świecie dziwnie przypominającym ten, gdzie wiek XIX dostarczył nam opisów społeczeństw żyjących z pracy niewolniczej.

Ale przecie jest prawo w naszym królestwie polskim!

Chłopi, tacy jak ich opisuje Kruczkowski, mają – mówiąc kolokwialnie, ale dosadnie – przerąbane. Są w większości niepiśmienni, nie umieją pojąć wszystkiego, co ich otacza, przypisać temu kategorii i ich własne doświadczenia ubierają tylko w formę rytualnych narzekań. Niewiele pola do popisu zostawia im prawo, które pozostaje w rękach silniejszego i w ramach którego „ręka rękę myje”. W dodatku, przyjrzyjcie się opisom: Kruczkowski tworzy z chłopów niemal osobną rasę. Nie ma tu mowy o tym, że chłopi pochodzą od Chama, a szlachta od Jafeta, w ogóle motywacje religijne są właściwie nieobecne, a jeśli już, to raczej skręcają w stronę mocno zaangażowaną politycznie. Nie, chłopi są jakby inną rasą: wodnistooką, przeważnie lnianowłosą, kłębiącą się po chatach i mrącą z biedy, ogłupienia i ciemnoty, w której chce ich trzymać ta „rasa” od nich „wyższa”. Szlachtę też – chociażby nasz główny bohater, Kazimierz – widzi jako odrębny stan: ludzie w nim urodzeni mają już od dzieciństwa gesty pełne godności, politowania dla tych, którzy urodzili się gorzej, pewność siebie i dobry humor. Czemu mają mieć zły, jeśli zasadniczo wszystko im się udaje?

 

 

Powieść rozpada się jednak i to dość widocznie. Kiedy Kruczkowski ściąga czytelnika za bohaterami do Warszawy, zaczyna wprowadzać na scenę coraz to nowe postaci historyczne (będzie Mochnacki, będzie Lelewel, pojawi się Wysocki i jeśli się nie mylę w cieniach i dymach siedzący tajemniczy „Ludwik” to Waryński? niech mnie ktoś poprawi, jeśli przestrzeliłam z tym domysłem) i każe się im sprzeczać o to, czy jest jakiś „polski naród”, który „cierpi pod carskim butem” i czy ów „naród” ruszy razem na „najeźdzcę i ciemiężyciela”. Bo o ile dla jednych pod tymi samymi słowami będzie się krył car Aleksander, wielki książę Konstanty bądź inny dany „Moskal”, o tyle dla drugich to będzie imć pan Czartkowski (nazwisko zresztą chyba znaczące?) albo dobrze znany z okolicy szlachcic. Niektórzy mogą mieć nawet i dobre intencje – jakże ciekawie czytało się „Kordiana i chama” w niewielkim odstępie po „Trędowatej” i „Ordynacie Michorowskim”! – tyle że i pod nimi skrywać się będzie przede wszystkim interes własny. Jak jeden z sąsiadów Czartkowskiego, notabene kształcony (tak jak Waldy Michorowski!) w Halle, który ma dość paskudnego gospodarowania według starych zasad, ale sam ruguje chłopów na ugory, a co lepsze parcele włącza do swoich majątków. Niby od frontu ładnie, a jak się zajrzy za szopkę, gnojówka.

Polip szlachetczyzny

Paskudna zatem jest ta szlachta z opisów Kruczkowskiego. Chłopi zresztą też są przeważnie paskudni, poza kilkoma jednostkami, i czytelnik może mieć wszystkich razem dość i sarkać na panujące w powieści oddanie porządków historycznych. A jednak nie sarka, bo mimo wszystko autor zachowuje równowagę w portretowaniu jednej i drugiej klasy. Znajdzie się więc chłop donosiciel, znajdzie się i przyzwoiciej myślący szlachcic. Jeden i drugi ma swoje za skórą, ale coś tam prześwituje, jakaś nadzieja, że nie wszystko stracone. Żadnego „narodu” wśród takich nierówności nie będzie, skleci się co najwyżej ta garstka, która przemaszeruje z bojowym okrzykiem przez Warszawę wśród stukotu zatrzaskiwanych okiennic. Bo widzicie, to co w sumie tu najciekawsze i najmniej oczywiste, to kwestia nierównej pamięci historycznej bardziej niż pamięci aktualnych krzywd.

Jedna i druga warstwa opisana w powieści czci Kościuszkę, na ten przykład. Dla patriotycznej, dobrze urodzonej młodzieży Kościuszko to wódz powstania, gorący patriota. Dla chłopów – taki, co starał się wprowadzać równość w swoim wojsku. A jednak, jak podkreśli Derkacz, chłopów kochał, ale z panami grał w mariasza. Nie dogodzisz, powiecie, u nas jednak bohater musi być albo biały, albo czarny i nic pośrodku, bo każda ryska sprawia, że posąg od razu pęka. No cóż, w tym kraju popękanych pomników jakoś trzeba sobie radzić i każdy z bohaterów stara się, jak może. Wychodzi im różnie. I tak opowieść o Bartku Głowackim, dzielnym kościuszkowskim żołnierzu, kończy się smutno, a jeśli w każdej zagrodzie chłopskiej żyje jakiś Bartek to nie przez wzgląd na pamięć o mężnym imienniku, ale dlatego, że chłopa łupi się ze skóry jak świętego Bartłomieja. Tak z przekąsem zresztą konstatują sami bohaterowie.

 

 

Dodać do tego należy jeszcze kwestie religijne. Jak wspomniałam, one najczęściej są ściśle związane z polityką. A zatem proboszcz trzyma z dziedzicem i napomina chcących polepszyć sobie los chłopów, że to grzech. Nawet „Pan Jezus” wydaje się podejrzany, skoro to „pan”, bo przecież zgodnie z realiami, jak przytomnie zauważa jeden z bohaterów (dzisiaj powiedzielibyśmy, że zwraca uwagę na kulturowe przywłaszczenie), powinno się mówić „chłop Jezus”. Kwitnie antysemityzm, umiejętnie podsycany i tym, że Żydów żadna ze stron nie lubi. Kruczkowski daje nam piękną scenę, w której umęczonemu przez oficerów mężowi młoda Żydówka przynosi wody. Wcena jest naprawdę świetnie napisana i polecam tę powieść choćby ze względu na nią. Ale jak już przy tym jesteśmy, to muszę Wam powiedzieć, że bardzo widać, że mamy do czynienia z pierwszą powieścią, bo ona się właśnie tak trochę rozpada na szereg scen bardziej niż na jakąś naprawdę ciągłą narrację.

Nieznośna srogość fiskusa naszego

No dobrze, ale ten tekst nie byłby kompletny bez kilku słów na temat stylu autora. Nie wiem, skąd to się Kruczkowskiemu tu wzięło: czy to jakieś dziedzictwo młodopolszczyzny jeszcze, czy próbował się wpisać w aktualną na owy czas modę, czy stylizować język na starszy (bo jednak pisze o rzeczach sprzed lat stu). Nie wiem. Ale wyszło, jak wyszło. Co jakiś czas więc czytelnik potknie się a to o „śliskie błony świadomości”, a to o „bolesne zamroczenia sumienia”, albo o takie zawikłane konstrukcje jak „spoista natura gromadzkiego trwania, owe związki żywowłókniste, nawęźlone stokrotnie”. Można zapłakać albo się zaśmiać (nie wiem, czy nie zacznę używać sformułowania „śliskie błony świadomości”, bo aż żal, żeby leżało odłogiem, prawda?), albo po prostu wybaczyć autorowi i dać kredyt zaufania. Ja dałam i już widzę z perspektywy pierwszych 70 stron kolejnej powieści, „Pawich piór”, że jest lepiej.

Wychodzi więc na to, że Lato z Leonem zaczyna się nadzwyczaj interesująco. Czy warto nadal „Kordiana i chama” czytać? Pewnie, że warto! Aż tak znowu wiele się u nas na ten temat nie napisało, a to powieść, która ciekawie koresponduje w obrazie chłopa z wcześniejszą od siebie „Placówką” Bolesława Prusa (oj, mógłby Ślimak spokojnie mieszkać w Kruczkowskiego Brodni, tyle że przed zniesieniem pańszczyzny, rzecz jasna!) i z późniejszym „Kamieniem na kamieniu” Wiesława Myśliwskiego (jak wyrwać się z chłopskiej doli i czy w ogóle się da, i czy da się wówczas być szczęśliwym?). No i ciekawie pokazuje ten dylemat, który wałkowało się na lekcjach historii: jak to, ludzie nie chcieli do powstania? Za wolną ojczyznę? W pięknych słowach? No, nie chcieli, bo i „ludzie” to byli różni, nawet nie we własnym postrzeganiu, ale w tym jednym, smutnym i ciężkim, a dominującym. A że u nas jakoś niby mamy nurt literatury chłopskiej, ale w niewielkim stopniu się go czyta, to i po „Kordiana i chama” naprawdę sięgnąć warto. Nawet jeśli morał niekiedy za bardzo włazi w oczy.

*wszystkie tytuły i śródłtytuły są cytatami z powieści; sami powiedzcie, aż żal byłoby z nich nie skorzystać!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.