Sfera! Sfera! Albo o „Trędowatej” H. Mniszkówny

Oczywiście możemy się pośmiać ze zbytniego sentymentalizmu, którym „Trędowata” jest wyładowana po brzegi. Ze wszystkich tych drgnień nózdrz ordynata, z fiołkowości ócz Stefci, z zepsutej arystokracji, rodowej klątwy, słowem: ze wszystkich tych elementów, które czynią tę powieść symbolem kiczu, ale też i pozwoliły jej wpasować się w ramy konwencji, ba, wypełnić ją po samiuśkie ramy. A może nawet jeszcze bardziej? Zamiast tego jednak proponowałabym zastanowić się nad niektórymi aspektami tej lektury – bo że jest w niej co analizować, o tym przekonałam się dość szybko po rozpoczęciu czytania.

Słowem wstępu: nie zawsze co prawda w ramach „Pikników z klasyką” daję takie ostrzeżenie, ale tym razem – dam. Będą spojlery. W końcu nie po to czyta się Mniszkównę, żeby rzucać okrągłymi zdaniami, ta lektura na to zdecydowanie nie zasługuje. Co by o niej nie mówić, jest po prostu zbyt soczysta! A zatem (tu następuje krótkie streszczenie zwykle nazywane przeze mnie „o czym rzecz”), jeśli obce są Wam losy Stefanii Rudeckiej, szlachcianki, która w trakcie pełnienia obowiązków guwernantki w domu hrabianki Idalii zakochuje się z wzajemnością w przebogatym (i wyposażonym w nadzwyczaj wiele mówiące nozdrza) ordynacie Waldemarze „Waldym” Michorowskim, to ostrzegam. Nie wiem, czy jest ktoś, kto choćby pobieżnie nie orientuje się, w czym rzecz, ale niechże czuje się ostrzeżony. Postanowiłam sobie trochę podywagować nad zawartością „Trędowatej”, a bez zdradzania szczegółów zakończenia i fabuły nie bardzo się w tym wypadku da cokolwiek zrobić. A zatem – do dzieła!

Ta zepsuta arystokracja

To, co Mniszkówna robi w sposób bardzo ciekawy, to wykorzystywanie motywu rodzinnej klątwy, żeby opowiedzieć historię właściwie nie nową, ale w sposób, który może przyciągnąć czytelnika szukającego czegoś poza romansem. Czy to wychodzi? Nie, nie bardzo, jest raczej kwiatkiem do kożucha i rozpaczliwym wołaniem „toż to nie tylko romans!”. Niemniej, daje się zauważyć. Waldemar zakłada zatem kółka rolnicze, daje wykłady o właściwym podejściu do chłopów i drobnej szlachty, łoży na ochronkę i wykształcenie dzieci swoich pracowników. Nauczyciel Jerzego Rudeckiego przejawia tendencje „demokratyczne”, mając bardzo złe zdanie o arystokracji. Nie jest zatem tak, że „sfera”, która zrujnuje szczęście Michorowskiego i Rudeckiej jest tylko abstrakcyjnym symbolem zła. Mniszkówna pokazuje ją z różnych stron, naświetlając – w duchu epoki zresztą, wspomnijmy Stanisława z „Rodziny Połanieckich” (zresztą Sienkiewicz dość często przychodził mi na myśl w trakcie lektury, zarówno „Rodzina…”, jak i – goszczące niegdyś na „Pikniku” „Bez dogmatu”) – dość gwałtownie objawiający się problem społeczny.

 

Zgodnie z duchem wpisu towarzyszyć nam będą różne przedstawienia motywu vanitas, bo „Trędowata” w tak cudnie kampowy sposób z tym motywem gra! Tutaj akurat dzieło Simona Renarda de Saint-Andre. Źródło.

 

Arystokracja wierzy w swoją dominującą rolę. Michorowski jednak jawnie stwierdza: jest nas za mało, za mało robimy, to wszystko niespecjalnie ma sens, jeśli nie jest poparte pracą. Ciekawie byłoby więc czytać Mniszkównę jako taki zwiastun kończącej się epoki. To trochę nie do końca zgodne z literą tekstu – mała szlachta ma się bowiem u autorki nieźle i stawiana jest za (patriotyczny) wzór – ale kusząca. Jakiś nieduży sequel o losach nauczyciela Jurka jako rewolucjonisty? Choć powieść ukazała się w cztery lata po rewolucji 1905 roku, pewne echa nowego spojrzenia na świat są w niej obecne. No, ale, powiecie: nie cała magnateria jest w powieści taka zła, mamy przecież szlachetnego pana ex-ordynata Macieja czy księżnę Podhorecką. Ale wystarczy chwila, żeby ich dobroć znikła, a wypłynęły głęboko zakorzenione uprzedzenia i przedsądy. Jedną z najciekawszych scen w powieści jest ta, w której Waldemar przywozi Stefcię już jako swoją narzeczoną, po długiej batalii z babką Podhorecką o błogosławieństwo, i widzi, jak niewiele trzeba, żeby w babce przełamało się postanowienie o akceptacji tego związku.

Waldemar nie rozumie, co się stało i jest przerażony. Tymczasem Podhoreckiej żal jest straconej okazji, widzi wnuka u boku jakiejś wielkiej pani, a powitać musi po prostu Stefcię Rudecką. Wrażenie mija, marzenia chowają się – ale w czytelniku zostaje zasiane ziarno zwątpienia. Oczywiście, postaci będą się później zachowywały zgodnie z kanonem: a zatem zapłaczą gorzko nad śmiercią Stefci, zrobi się im głupio z powodu własnych uprzedzeń, a nawet zdecydują się nie podawać ręki tym, którzy przyczynili się do śmierci dziewczyny. Ale przecież dla dzisiejszego czytelnika to dość naiwne, o tak srogiej „karze” nie wspominając. Skąd zatem bierze się w tych bohaterach ta chęć postępowania zgodnie z kanonem? Przyczynę widziałabym w dwóch rzeczach: jednej, która jest w tekście wyrażona bezpośrednio i drugiej – ciekawszej – tkwiącej pod jego powierzchnią.

Galeria przodków

Najbardziej znaczącą przestrzenią książki jest bowiem galeria z obrazami przodków Michorowskich w dworze ordynata w Głębowiczach. Same Głębowicze to – nie jedyna zresztą w powieści – nazwa znacząca. Wciągają swoim przepychem, bogactwem, ale i nowoczesnością. Hrabia Barski chciałby nimi zawładnąć, Stefci żal stąd wyjeżdżać, Jurek chciałby oglądać psiarnię, Rita zazdrości stajni. Każdego tu jakoś ciągnie, a jednak nad miejscem wisi niemal gotycka groźba niepowodzenia, i to od samego początku. Duch zgrozy tchnie na bohaterów dość często i Mniszkówna daje nam to odczuć, nie przebierając w słowach. Jasne, w ogóle specyficzny styl, w jakim napisana jest „Trędowata”, pobudza dzisiaj raczej do śmiechu niż do płaczu, ale ta atmosfera jak z klasycznego horroru (dajmy na to, że z „Mnicha”, który wydaje mi się, że jest tu niezłym porównaniem) może jeszcze czasem wywołać, no, może nie ciarki – ale jakąś jedną ciarkę na pewno.

 

Tym razem czaszkę w otoczeniu serwuje Pieter Claeszoon. Źródło.

 

Bohaterowie krążą więc po wspaniałym pałacu, co jakiś czas wpadając do galerii. A tam już zaczyna się cały spektakl: Mniszkówna nie raz podkreśla złowrogi czar tej galerii, spojrzenia przodków są ponure, osądzające, groźne, pełne nieszczęścia. Stefcia czuje się wiecznie obserwowana, co zresztą jest dość dobrym punktem wyjścia do czytania „Trędowatej” jako powieści właśnie o sile spojrzenia. Zobaczcie: czuje się osaczona przez portrety przodków, w teatrze z kolei wszystkie loże obserwują właśnie ją, po towarzystwie krążą jej zdjęcia (czasami oglądane za pomocą lorgnon, czyli obserwacja jest podwójna), w końcu mamy też ciągłe namiętne spojrzenia ordynata. Przed śledzącymi ją oczyma Stefania uciec zwyczajnie nie może.

Jest zatem wiecznie obserwowana i oceniana. Oczywiście to przyczyni się do jej zguby, o czym czytelnik wie od początku. Postaci muszą grać swoje role od początku do końca pod bacznymi spojrzeniami przodków. Nie da się uciec przed parantelami, chociaż Waldemar bardzo się stara i otwarcie mówi, że inaczej żyć już nie warto. A jednak, i ironię tego Mniszkówna chyba nieświadomie (chociaż, kto wie) podkreśla w końcowych scenach – kiedy portret Stefci ląduje wśród oceniających i wiecznie obserwujących portretów Michorowskich w galerii w głębowickim zamku. Zostaje wciągnięta już na wieczność w głębowicką (nie)rzeczywistość, a scenę dodatkowo okrasza okrzyk Waldemara, że zostanie już tam na zawsze. Romantyczne? A może przerażające, bo czy jest miejsce, w którym Stefcia mniej chciałaby się znaleźć? A tymczasem ma tam tkwić na wieki. No, chyba że przyjdzie rewolucja.

Pornografia według Mniszkówny

Ale na to moje ostatnie pytanie jest jeszcze jedna odpowiedź. Tak, jest takie miejsce, i ponownie warto go poszukać w głębowickim zamku. Waldemar, w scenie wieszania portretu niemalże Sinobrody, skazujący nieszczęsną prawie-żonę na wieczne przebywanie w miejscu jej niemiłym, ma bowiem, jak na kanonicznego Sinobrodego przystało, tajemniczą komnatę w swoim zamku. Objawia ją Stefci jednak nie jej ciekawość – jak byłoby w legendzie – ale babka Podhorecka. Prowadzi dziewczynę w pewnym momencie do sypialni Michorowskich, sali, w której rodzili się potomkowie rodu, ale i gdzie, jak możemy przypuszczać (łóżka są tam dwa), bywali poczynani.

I tutaj pojawia się bardzo ciekawa kwestia. Zwróćcie uwagę, że „Trędowata” jest wypełniona namiętnością i to taką jak najbardziej cielesną. Oczywiście na tyle, na ile epoka pozwala – i na tyle, ile jest w stanie znieść wyczekujący czytelnik z tejże epoki – ale jednak. Owszem, śmiejemy się z tych wszystkich gorących ust i rozdętych nozdrzy, ale to wszystko jednak sprawia, że powieść, jeśli można się tak wyrazić, kipi seksem (znowu: w granicach dozwolonych przez konwencję i epokę). Waldemar pożąda Stefci, początkowo myśląc o niej jako o potencjalnej kochance, jego uczucie do dziewczyny jest bardzo fizyczne. Ciągle ją chwyta, obejmuje, całuje, jest w tym element przemocy, to gniecenie rąk ma być przez Stefanię odbierane jako bolesne. Nie dochodzi między nimi do żadnego „momentu”, ale to czytanie o sprawianiu bólu można interpretować jako jakiś rodzaj kompensacji za noc poślubną, do której nigdy nie dojdzie.

 

Harmen Steenwijck i jego wariacja na temat przemijalności.

 

I tutaj pojawia się jeszcze jedna kwestia. Mimo tej fizyczności, na którą tak duży nacisk kładzie autorka, i od której nie stroni też Stefcia, marząca o uściskach ordynata całkiem otwarcie – nagle wszystko się zmienia. Zwróćcie uwagę, że ostatnie partie tekstu to już uanielenie Stefci, służba określa ją nawet „jasną panienką”, jej portret emanuje światłem, ciało umierającej jest niemal przezroczyste, tak jasne, a pomnik nagrobny jest z jasnego kamienia. Stefania ma być „niepokalana” i „czysta”, kiedy umiera – nagle zatem tę roznamiętnioną bohaterkę zmienia Mniszkówna w świętą, odchodzącą w glorii i chwale do nieba. Ciekawy zwrot akcji, prawda? Czy nie pozwala on zatem jeszcze na inne czytanie „Trędowatej”, która po soczystym romansie wypełnionym opisami, kto kogo i jak pragnie (zobaczcie, jeszcze chwilę wcześniej ordynat rozmawia z Brochwiczem o tym, że żadne tam platońskie uczucia go nie interesują; ba, w powieści mamy nawet wyuzdaną włoską hrabinę, otwarcie deklarującą Waldemarowi, by ją „brał”), nagle zostaje historią świętej Stefci Rudeckiej?

Skąd się to bierze? Z pewnej, moim zdaniem, przyciągającej się podwójności tej specyficznej „pornografii” według Mniszkówny. Z jednej strony bowiem bohaterowie muszą zgodnie z wymaganiami powieściowej fikcji pożądać się, rozdymać nozdrza i wymieniać ukradkowe (i obowiązkowo gorące bądź rozpalone) pocałunki. Z drugiej jednak melodramat, który nieuchronnie musi się rozegrać, spycha je w kierunku, w którym już znajduje się bohater tragiczny – a ten nie myśli już o ciele, ale o duszy. I chociaż wcześniej w kościele bohaterowie mogli wymieniać roznamiętnione spojrzenia, teraz będą myśleli wyłącznie o glorii i chwale – ciekawe, że właściwie nie boskiej, ale właśnie tej glorii Stefci, świętej patronki głębowickiego zamku. Małżeńska komnata w tym sensie faktycznie jest miejscem, w którym bohaterka nie może się znaleźć – i miejscem, w którym znaleźć najwyraźniej się nie chce.

I jeszcze więcej pornografii

Ale nie wiem, czy zwróciliście uwagę na dość niecodzienną jednak kompozycję „Trędowatej”. Bo oto bohaterka choruje i umiera, zrozpaczony Waldy czuwa przy jej łożu i jest przy zgonie obecny, wszyscy żałują, jest im wstyd, płaczą i… I powieść wcale się nie kończy. O nie, mamy jeszcze pięć rozdziałów wypełnionych szczegółowymi opisami „co dalej”. Nie w tym jednak znaczeniu, że dowiadujemy się o dalszych losach postaci, ale obserwujemy cały spektakl pogrzebowo-mszalno-upamiętniający, rozgrywający się po śmierci bohaterki.

To jest też dość specyficzny rodzaj pornografii, tym razem śmierci, nie zaś miłości, który Mniszkówna każe nam obserwować. Dowiemy się naprawdę zaskakujących detali: jaki napis był na jakim wieńcu na grobie Stefci, jak powstawał pomnik na jej nagrobek, jakie były szczegóły mszy odprawianej w czasie pogrzebu w Głębowiczach. Oczywiście, możecie powiedzieć, Mniszkówna chce tu uczynić zadość ciekawemu czytelnikowi, chlipiącemu nad nieszczęsną Stefcią, do której zdążył się już przywiązać i której kibicował (mówimy tu o modelowym czytelniku, nie ironizującym czytelniku współczesnym, czytającym „Trędowatą” z całym towarzyszącym jej w naszej kulturze bagażem). Ale jest w tym coś pornograficznego w tym sensie, w jakim się temu przyglądamy.

To nasze baczne spojrzenie, którego wymaga Mniszkówna, jest bliskie temu spojrzeniu portretów z galerii. Wiecznie obserwowana, Stefcia jest zarazem symbolem nieszczęśliwej miłości, kiepsko opisanych namiętności ciała i świętą męczennicą. Może trochę się z niej dzisiaj podśmiewujemy, ale to taki śmiech, który wcale nie pozwala uciec przez znaczeniami zakodowanymi w powieści. Sprytnie, co by nie mówić, pani Heleno!

 

***

 

Zapraszam Was serdecznie na blogi innych uczestniczek „Pikniku”. Przede wszystkim do Tarniny, gdzie zaczynamy dzisiaj dyskutować, ale też do Ewy i na bloga Jeden Akapit. Bardzo się cieszę, że tyle osób zdecydowało się napisać o swoich przemyśleniach! Serdecznie zachęcam do dyskusji nad wrażeniami i nad tymiż przemyśleniami. A na następny „Piknik z klasyką” zapraszamy w naprawdę gotyckie przestrzenie „Zamczyska Udolpho” Ann Radlicffe w sierpniu, zapewne pod koniec (jeszcze ogłosimy!) z małą wakacyjną przerwą na lipiec. A tymczasem co, sięgamy po „Ordynata Michorowskiego”, żeby dowiedzieć się, co dalej? Ja, powiem Wam, z dziką chęcią!