Być na bieżąco albo o książkowo-blogowej gorączce

Jak zapewne zauważyliście, trochę ostatnio mniej piszę. Mniej też czytam. Jako Pyza o naturze skłonnej do refleksji zaczęłam się zastanawiać, czemu tak się stało. Oczywiście można wszystko to zrzucić na karb mniejszej ilości czasu: wiadomo, więcej pracy, związanej z częstą zmianą miejsca, w ogóle kilka życiowych zmian, które przestawiają priorytety (i zegarki), ot, zdarza się. A jednak nie dawało mi to wytłumaczenie spokoju. Czy naprawdę piszę mniej, bo mam mniej czasu? W końcu był rok, kiedy pisałam codziennie, zawsze więc trochę tego czasu da się wygospodarować. I tak kminiąc, dotarłam do pytania: czy to aby nie kwestia tego, że po prostu nie umiem być na bieżąco?

Smutek algorytmów

Widzicie, kiedy decydowałam się na założenie bloga, w ogóle nie brałam pod uwagę kilku kwestii. Tego, że blog to tylko jedna z platform, na których porozumiewamy się między sobą (nadal będę się trzymała tego – i to się w moim podejściu do pisania nie zmieniło – że w blogowaniu najprzyjemniejszym elementem jest to, że można nawiązać rozmowę z drugą osobą o tym, co nas akurat zainteresowało i chcemy się tym ze światem podzielić). Nie wiem, czy ktoś to jeszcze pamięta, ale Pierogi pojawiły się w social media dość późno i szczerze mówiąc nadal z części oferowanych przez te kanały udogodnień (albo utrudnień) nie korzystam, bo jakoś tak… No właśnie, nie wiem: czy nie umiem się za nie zabrać, czy nie widzę potrzeby w odpowiadaniu na Facebookowe propozycje w rodzaju „Pyzo, masz skuteczny post! Za złotych pięć pokażemy go kolejnej setce ludzi, czy chciałabyś udostępnić im czarno-białe zdjęcia mężczyzn patrzących w lewo bądź w prawo i obdarzonych zakręconym wąsem?”.

Nie zrozumcie mnie źle, podziwiam tych, którzy wspaniale się tymi narzędziami posługują i ogarniają tę sferę rzeczywistości (bo ja w ogóle jestem bardzo skłonna do podziwiania innych, to zwyczajnie przyjemnie i inspirujące, żeby samemu się rozwijać). Po prostu jakoś dla mnie blog to podstawowa platforma – nie zmieniło tego przeczytanie kilku tekstów pod tytułem „blogi się kończą”, „nikt już nie czyta długich tekstów”, „zmień to a to na to i tamto, by zyskać więcej czytelników”. Cóż, czytelnicy przybędą, jeśli będą mieli ochotę – zostaną i zamienimy kilka słów. Albo nawet więcej niż kilka, bo oboje będziemy mieli pilną potrzebę porozmawiania o tym, kto napisał najlepszą mitologię, z jakiego literackiego kubka chcielibyśmy się napić i czy warto dzisiaj sięgać po „Frankensteina”, skoro zasadnicze zręby tej historii wszyscy znamy.

Być jak Rodin

Poza tym, muszę przyznać, jakoś nie umiem sobie poradzić z algorytmami rządzącymi social mediami (no, nie tylko z nimi; właśnie czytacie osobę, która od pół roku bloguje na WordPressie i nadal nie rozumie, o co chodzi w pingbackach). I nie chodzi mi tu teraz o narzekanie w rodzaju „tak się staram, a nikt nie widzi moich postów!”. Raczej w drugą stronę: tak się staram, a ja nie widzę wszystkich postów osób, które obserwuję. Instagram czy Facebook podsuwa mi jakąś ich część, o jakiejś każe zapomnieć (nie rozumiem tego cały czas: to po co, u licha, mogę obserwować x osób, skoro wyświetli mi tylko jedną dziesiątą z tego iksa?), czasem wyciągnie z niebytu na chybił trafił i zacznie serwować w plasterkach tak długo, aż powstanie cała kiełbaska (wybaczcie słabą metaforę, ale od plasterków do kiełbasy ledwo rzut kamieniem). Ponieważ napawa mnie to smutkiem, a dodatkowo nie mam social mediów w telefonie (takam staromodna, głównie przez to, że mojemu telefonowi nieco bliżej do telefonu na korbkę niż do smartfona), więc żeby je przejrzeć albo siadam do komputera, albo sięgam po tablet, a jak sobie pomyślę, że znowu zobaczę ledwie jakąś część, robi mi się smutno.

 

Dzisiejszy wpis ilustrują pandy. Bez żadnego szczególnego powodu, aczkolwiek fakt, że mieszkałam w tym roku przez jakiś czas w miejscu, do którego docierało się mijając wielgachny mural z pandami, może jakoś na mnie podświadomie oddziałał. Źródło.

 

Smutam, smutam i sięgam rzadziej niż częściej. Algorytm nie wie, co mi pokazać, głupie, ja rozpaczam, błędne koło się zamyka. Nie znalazłam póki co dobrego rozwiązania i tak się rozgoryczam co jakiś czas, i płaczemy wspólnie. Algorytm, wzywając: „Pyzo, tyle a tyle osób, które cię lubi, nie ma z tobą kontaktu!”, ja, odpowiadając: „Algorytmie, ale ty im tego i tak nie pokażesz, a ja z kolei nie zobaczę ich, i tak będziemy się mijać w bezładnej magmie kosmosu, nie odnajdując sensu”. Rozumiecie to poczucie: jakby się było kolejną kopią „Myśliciela” Rodina (swoją drogą, Rodin sporo ich musiał natrzaskać, bo co zachodzę ostatnio do muzeum – „Myśliciel” robi na mnie wrażenie takiego instytucjonalnego must have).

FOMO, czyli o co mi właściwie chodzi

Jak zapewne zauważyliście, z nowościami zawsze było u mnie krucho. Głównie dlatego, że powieści kupuję po solidnym rozważeniu, czy ktoś je potem będzie chciał ode mnie pożyczyć, czy przeczytać będzie chciał Domownik, Mama i Przyjaciele, ewentualnie czy to jest Ta Powieść, Na Którą Czekam. A zdarzają się takie. Niemniej – często pozwalam im czekać, aż znajdą się w mojej dzielnicowej bibliotece i jeśli nie zapomnę się ustawić do nich w kolejce, po jakimś czasie wpadają mi w ręce. W ogóle strategia „przeczytam, jak wpadnie mi w ręce” to jedna z moich ulubionych. To sprawia, że omija mnie generalnie słynne FOMO (fear of missing out, zjawisko, które omijało mnie tak dalece, że o jego istnieniu dowiedziałam się tej zimy w trakcie kolacji z przyjaciółką, która wyjaśniła mi, na czym cała rzecz polega).

Poza jednym obszarem czytelniczo-blogowego życia. Bo widzicie, nie żal mi, że nie czytuję nowości, kiedy są nowościami i generalnie kontentuję się staruszkami, które mnie otaczają (jak wiecie, mam wysoką skłonność ku starym książkom, starym wydaniom starych książek – nie tylko dlatego, że są tańsze – jeśli je kupować – bądź badziej dostępne – jeśli chodzi o biblioteki, ale też dlatego, że to one najczęściej „wpadają mi w ręce”). Ale FOMO objawia się u mnie w postaci „jejku, jest tyle ciekawych stron, blogów i kont w mediach społecznościowych, a ja zwyczajnie albo o nich nie wiem, albo mi się nie pokazują, albo nie mam kiedy przeczytać wszystkiego”.

 

Źródło.

 

I, oczywiście, tu możecie postukać się znacząco w okolicach czoła, bo skoro nie muszę być na bieżąco z produkcją książkowo-wydawniczą, to co mi tak znowu przeszkadza być nie na bieżąco z produkcją blogowo-społecznościową? No właściwie to, powiem Wam, nie wiem. Staram się czytać ulubione blogi i konta (nie łudźmy się, nawet jeśli subskrybujemy ich więcej, zawsze mamy tych kilka, do których wracamy regularnie i śledzimy najnowsze wpisy albo przeglądamy z przyjemnością archiwa). Czasem skomentuję, czasem – jeśli nie mam nic specjalnie mądrego do powiedzenia, po prostu czytam. Trochę mi szkoda się nie odezwać, bo skąd autor/ka ma wiedzieć, że byłam, ale zakładam, że aż tak cenna nie jestem, żeby ktoś po nocach rozmyślał „czy Pyza już czytała mój wpis, o, wszechświecie, okrutny wszechświecie, jak mam poznać odpowiedź na to nurtujące mnie pytanie?”. Jasne, dużo się mówi o „daj choć autorowi znak!” i generalnie się z tym zgadzam. A jednak jako już nieco starszy wyjadacz mam wrażenie, że jak ten znak dam od czasu do czasu, a nie w trybie ciągłym – wszyscy przeżyjemy (notabene, he, he: dajcie mi znać, jeśli się mylę). Ci, których lubię, wiedzą, że ich czytam, ja wiem, że oni zaglądają tutaj, więc generalnie sytuacja jak z wiersza Roberta Browninga.

Ale przecież wiadomo, nic nie stoi w miejscu. Pojawiają się nowe blogi, nowe konta, nowe miejsca, ludzie się rozwijają, spotykają, no i co dalej, co dalej? Tutaj chyba FOMO daje mi się najbardziej we znaki. Czy właściwie nie wiem, czy daje: obezwładnia to, jak sądzę, lepsze słowo. Bo jak nie da rady wszystkiego, to po co w ogóle – zła zasada, ale powiedzcie, czy Was też czasami nie dopada? A chociażby ze zwykłej kurtuazji pozaglądać w miejsca, skąd i mnie odwiedzają, zajrzeć, zagadać, popatrzeć, co czytają inni, co proponują, gdzie oni zaglądają, poporuszać się w tym łączliwym rzemieniu kolejnych linków, miejsc i stron. A tu jak na złość nie da się zawędrować zawsze i wszędzie nawet w tę jedną dziesiątą, poczytać na spokojnie, zachwycić się albo zniechęcić też nie. A tak stać w rozkroku jakoś niewygodnie. I tu też niespecjalnie przychodzą mi do głowy genialne rozwiązania.

Albo się rozwijasz, albo cofasz

Jakiś czas temu kminiłam temat w aucie (nie wiem, jak Wy, ale ja lubię w ogóle podróżować także dlatego, że mam wtedy sporo czasu na myślenie), zatruwając skądinąd miłą podróż mojemu Domownikowi, pytaniami w rodzaju „ale czy Ty myślisz, że ja powinnam zrobić z blogiem to a tamto, a może to i to też?”. I Domownik całkiem rozsądnie (jako że to rozsądny człowiek jest, o czym niech świadczy choćby fakt, że przeprowadza sobie tego lata akcję czytelniczą pod tytułem „Rodzeństwo Mannów i ich twórczość”) zwrócił mi uwagę, że zakładałam bloga, żeby pisać o tym, na co mam ochotę. Nie, żeby mieć milion czytelników (mało prawdopodobne w przypadku pisania tylko o czytaniu), nie, żeby zarabiać na nim (tego nigdy – chociaż nie stosuję wielkich kwantyfikatorów z zasady, tu użyję, bo akurat faktycznie nigdy – nie brałam pod uwagę jako czegoś realnego), nie, żeby dostawać książki (miły bonus, ale w moim przypadku i tak, z zasady, dość rzadki). Żeby czytać, odkrywać nowe lekturowe lądy, wydobywać z półek powieści, o których sama zapomniałam, zastanawiać się nad kwestiami, które w mojej ocenie wymagają, by je sobie w głowie poukładać, a mnie się najlepiej układa wtedy, kiedy piszę.

 

Pewne zaskoczenie: panda mała! Źródło.

 

„A czy Ty się właściwie musisz rozwijać jako blogerka?”, zapytał mnie mój Domownik i powiem Wam, zastanawiam się nad tym do tej pory. Bo co to właściwie znaczy „rozwijać się” w tej konkretnej sytuacji? Przecież nie stanę się nagle ambasadorką jakieś akcji poza może Latem z Leonem (Kruczkowskim) bądź Uroczymi Wakacjami z Powieściami Natalii Rolleczek, a to są akcje, które sama wymyślam i do których zachęcam. Nie zaproszą mnie, żebym się wypowiedziała na temat Alternatywnego Nobla albo Wyników Badania Czytelnictwa. Nie dlatego, że uważam, że bloger/ka książkowy/a nie może się na ten temat wypowiedzieć, bo oczywiście może i wielu z nas ma na ten temat coś ciekawego do powiedzenia. Ja po prostu strasznie długo zawsze zgłębiam temat, żeby się nań wypowiedzieć, co sprawia, że – ponownie – nie jestem na bieżąco wtedy, kiedy wszyscy chcą, by było się na bieżąco. Taki mam charakter i uważam to nawet za pewną zaletę. Ale właśnie, to sprawia, że nie dla mnie są zarezerwowane pewne sfery życia blogowo-medialnego, w których można by szukać dróg „rozwijania się”. No bo właśnie: a na czym miałby polegać ten rozwój, że wrócę do tego pytania.

Jak zapewne zauważyliście, stosuję metodę małych kroczków. Wypróbowuję coś jakiś czas, potem decyduję się na coś kolejnego i kolejnego – zaczęłam pisać, potem Pierogi zawitały na Facebooka, po jakimś czasie na Instagrama, i tak dalej, i tak dalej. Tylko że (jakkolwiek definiowanego) rozwoju nie da się do końca mierzyć po prostu jako „więcej” czegoś. Więcej czytelników / lajków / serduszek, więcej postów, więc przeczytanych książek, więcej kontaktów w świecie czytelniczo-wydawniczo-pisarskim, więcej pomysłów, więcej patronatów. To trochę jak starodawne myślenie o postępie jako o przyroście. Teraz już wiemy, że to tak nie wygląda, więc podejrzewam, że i w tym wypadku niespecjalnie tak być musi (nie wykluczam jednak, że może: w końcu co tu jest jednostką miary, chyba sam piszący?). Być może zatem to działa i daje satysfakcję w niektórych momentach, w innych nie musi, mnie w każdym razie jakoś nie przekonuje. Właśnie: „jakoś”. Bo, jak widzicie, to nie jest żaden wpis z definiującymi odpowiedziami; raczej powoli klaruję sobie bardziej stosowne pytania.

Wszystkie ważne rzeczowniki

Tak sobie obserwuję różnego rodzaju porady, jak poruszać się w internetowej dżungli. W końcu przyjemniej jest się nie gubić bądź gubić wtedy, kiedy mamy na to ochotę (kto wie, co ciekawego czai się za rogiem nieznanej ulicy! być może wcale nie jest to nic złego ani strasznego) niż poruszać we mgle i po omacku. Dużo osób narzeka na „tosamość” (nie mylić z „tożsamością”, chociaż to ciekawe, że te dwa słowa są tak blisko siebie), czyli że wszędzie jest „to samo”, wszystko wygląda „tak samo” i generalnie trudno jest znaleźć coś „innego”. Z drugiej strony jednak my zwyczajnie lubimy to, co już znamy, a często coś jest „tosame”, bo zwyczajnie to dobrze / ładnie / ciekawie wygląda (na przykład blog) albo duża część z nas jest akurat „tym samym” w danym momencie zainteresowana (na przykład nową powieścią lubianego autora – czyta szybko, żeby podzielić się wrażeniami, zachęcić, wyrazić oburzenie bądź całą gamę innych uczuć).

 

Źródło.

 

Podobnie mam z hasłem „spójność”. „Spójny” powinien być wizerunek (żeby nas rozpoznawano – aczkolwiek mam wrażenie, że gdyby nagle zrobiło się tu zielono-różowo, to i tak nadal wiedzielibyście, gdzie jesteście, ale być może nie dostrzegam jakichś subtelnych psychologicznych mechanizmów), treść na Instagramie (podziwiam wiele pomysłów na tę spójność, bo to wymaga naprawdę dużej pomysłowości, o ile oczywiście ktoś po prostu nie robi cały czas tych samych zdjęć), czy treść na blogu (nie do utrzymania w moim przypadku, bo jestem czytelnikiem roztrzepanym pod tym względem strasznie i lubię czasem sięgnąć po klasyka, czasem po fantasy z lat 80., a czasem po przebrzmiały już chick-lit). Tak sobie myślę, skąd to nawoływanie do spójności? Czy dlatego, że ma to pomóc „budować markę”? Czy są inne powody: że po prostu męczy nas strumień nieuporządkowanych treści i jak już znajdziemy się w jakimś miejscu, chcielibyśmy wiedzieć, czego się po nim spodziewać?

Nie zmienia to faktu, że ani budowanie (marki, społeczności, czegokolwiek by się teraz nie budowało) nie jest czymś, co spędza mi sen z powiek (może niesłusznie), ani uspójnianie, ani pojawianie się w wielu różnych miejscach to nie jest coś, w czym jestem dobra albo miałabym ochotę się zagłębić. Owszem, to i owo na ten temat podczytać, może wyciągnąć dla siebie jakieś wnioski, jak ciekawiej pisać. Dlatego zastanawiam się nadal, czy po prostu można dzisiaj pisać o tym, co akurat nas zainteresuje i chcielibyśmy się tym podzielić? Można, prawda? I chyba o tym przede wszystkim nie powinnam zapominać. Dlatego oczekujcie tu wpisów takich jak dotąd, ewoluować w jakimś bliżej nieokreślonym „rozwojowym” kierunku raczej nie będę. No chyba, że wpadnę na pomysł, czym by ten „rozwój” jednak miał być.

***

Z chęcią poznam Wasze zdanie: jeśli blogujecie, to jak zapatrujecie się na takie kwestie? A jeśli należycie do grupy czytelników niepiszących, to czy jest coś, co Was irytuje albo szczególnie się Wam podoba, jeśli chodzi o pisanie o książkach i czytaniu, co przyciąga Was w miejsca, gdzie się to robi?

44 Replies to “Być na bieżąco albo o książkowo-blogowej gorączce”

  1. EJ, no widzisz i super! Trzeba to wszystko olewać, te poradniki dla blogerów, statystyki, social media i inne pierdoły. W końcu nam chodzi o książki, a o tym to nawet przez telefon se można pogadać albo i listownie. Blog to tylko taka inna forma, na którą pozwala aktualna technologia, ale nie ma się co podniecać. Ja tam piszę, jak mi się chce i powiem Ci, że nawet mnie za bardzo nie interesuje, czy ktoś to czyta. Znaczy, jak czyta, to fajnie, jak o czymś pogada w komentarzu, to jeszcze lepiej, ale bez jaj, życie nie toczy się w internecie (wiem, jestem z innego pokolenia).
    Pozdrawiam i życzę pozbycia się niepotrzebnych dylematów.

    1. Masz rację w tej podstawowej kwestii, że faktycznie chodzi przecież o gadanie o książkach. I znalezienie osób, które chcą o nich pogadać – dlatego mnie smucą te algorytmy, które sprawiają, że część rozmów się nie odbywa, bo takie osoby nie mogą się wzajemnie znaleźć. Bo duża część rzeczy sprowadza się do tego, żeby treść „opchnąć”, a nie o niej „pogadać” (chyba, że źle kminię, ale te rynkowe rozwiązania – bo chyba one są rynkowe, prawda? – mocno tu mącą). Myślę, że blogowanie to trochę jest sposób na przeniesienie jakiejś części życia „do internetu”, w tym sensie, że dajemy znak „o tym czytałam, takie mam wrażenia i z chęcią o tym pogadam!”. I może zaraz, a może za jakiś czas, znajdzie się ktoś, kto też właśnie przeczytał i chce pogadać :-). To mi się właśnie w tym całym interesie podoba najbardziej ;-).

      1. No niestety, algorytmy są we władzy wszechmocnego kapitalizmu, więc o ile czegoś nie sprzedajesz, to Cię omijają. Ale nie jest tak źle, w końcu masz przecież całkiem spore grono swoich wiernych czytelników, którzy lubią pogadać 🙂

        1. Na szczęście! 🙂 Przy czym tak w ogóle to ja nie narzekam, ot, zebrało mi się trochę materiału do przemyśleń, a najlepiej mi się myśli, kiedy piszę ;-).

  2. Fajnym ludziom i fajnym blogom okropnie szkodzi, jak się naczytają pierdoletów o rozwoju, aktywności w soszjalu i wszystkich takich nowinkach. Potem się człowiek martwi, rozkminia, traci sens, poczucie celu, a nawet i ochotę – bo po co się starać, skoro eksperci mówią, że to bez sensu. Tak, przeszedłem ten etap, na szczęście dość łagodnie, ale jednak i tak bolało. Więc daj sobie, Pyzo, na luz, wzrusz ramionami i rób po swojemu. Dopiszę, że odkąd zarzuciłaś codzienne wpisy (rany, iluż ludzi wpędziłaś w kompleksy!) i piszesz rzadziej, ale o konkretnych tytułach i autorach, to naprawdę czytam Cię z wielką przyjemnością. Choć nie zawsze się zgadzam 🙂
    Zrób więc parę głębokich oddechów, posłuchaj Domownika, bo mądrze prawi, i zostań sobą. Wyróżniaj się w masie!
    PS. A ponieważ ja, w przeciwieństwie do Ciebie, jestem nieprzytomnie zachwycony Świetną i Najświetniejszą, to sobie, mam nadzieję, podyskutujemy wkrótce. Jak już wysmażę recenzję 😀

    1. A widzisz, to bardzo pocieszające, co piszesz, bo już myślałam, że tylko ja tak mam, a wszyscy się jakoś odnajdują. A zdradzisz, jak sobie poradziłeś na tym etapie? Bo wydaje mi się, że tu chyba jeszcze dochodzi kwestia „blogi czytelnicze takie inne”, która też mi tu i tam śmignęła, a przecież sprowadza się to wszystko jednak do „przeczytałam, polecam / nie polecam, ale się zdenerwowałam!” ;-). Chociaż może coś mi umyka? Ha, no i dzięki za miłe słowa (a niezgadzanie się jest fajne, choć czasem i wspólne pokiwanie głową nad jakąś zagwozdką bywa szalenie satysfakcjonują czynnością, wiadomo, wspólny zachwyt nie szkodzi w za dużych ilościach 😉 ).

      Ooo, to czekam, czekam bardzo! A sama powoli przymierzam się do innej „starożytnej” Rolleczek, kończąc Kruczkowskiego ;-).

      1. Mnóstwo ludzi się odnajduje, a przynajmniej robi takie wrażenie. Ale niestety w pewnym momencie trzeba podjąć decyzję: piszę, o czym chcę, niech to będzie Drda sprzed 60 lat, albo lecę nowościami, najlepiej w dniu premiery, żeby mieć ruch i żeby wydawcy linkowali. No więc ja wolę Drdę. I słupki stoją w miejscu od lat. W instagram nie umiem, może powinienem fotografować nogi z filiżankami kawy 😀
        Natomiast ważne jest, żeby mieć z kim wspólnie pokiwać głową. Albo się pokłócić. Wszystko, byle nie te zdawkowe komcie „Świetna recenzja, zapraszam do mnie” 😛

        1. No tak, bo „świetna recenzja, zapraszam do mnie” to coś jak „aha, coś napisałe/aś, ja też, właściwie to bardziej mi chodzi o to, że JA coś napisałe/am”. Taka niewspółmierność czytelniczo-pisarska ;-). Albo może chodzi tylko o słupki, a ja nadinterpretuję ;-). Mnie bardziej przeszkadza ta nie-wzajemność, często powodowana nie przez to, że się nie ma chęci, ale że narzędzia, które mają służyć tu do pomocy – zawodzą (te algorytmy!).

          Mam w planach wpis o niestandardowych Instagramowych kontach, bo wbrew pozorom jest na bookstagramie miejsce na książki na przypadkowym tle, rozmyte zdjęcia i uciachany kotlet obok antywakrycznego znaleziska, nie tylko na te nogi i skarpetki ;-).

          Właśnie, miałam skomentować a propos Drdy, bo tak jak wspominałam, niewiele z tej książki pamiętam (jak to bywa z lekturami!) oprócz warunków, w jakich ją czytałam, a tak ładnie o niej napisałeś, że aż by się chciało wrócić. Z Drdą jest ten problem w Czechach, że on oprócz tego, co u nas znane – folkloryzującej twórczości, nazwijmy to tak – bardzo się później zaangażował w system komunistyczny, do tego stopnia, że gdzieś się zapodziało to, co stanowiło o jego wyjątkowości. Może też dlatego u nas jest znany głównie z „Igraszek z diabłem” (a i to dzięki fenomenalnemu Teatrowi TV).

          1. Tak, jak pisał Michał, wrzucasz wszystkie blogi, które Cię interesują na feedly i masz pod ręką, nie ma co liczyć na fejsika i algorytmy jego.
            Niestety faktycznie wiele osób uważa cudze blogi jedynie za słupy reklamowe dla własnych; ja całe to towarzystwo pogoniłem wieki temu, więc i komentarzy mam tyle, ile mam. Nie urządzam też rozdawnictw i konkursów – znowu minus 😛
            Czyli Czesi już Drdy nie uważają?

            1. Tak, wiem, zamierzam to ogarnąć. Nawet Domownik dzisiaj po lekturze wpisu i dyskusji zakrzyknął „Załóż to Feedly i nie trzeba narzekać!”, więc już jestem osaczona ze wszech stron ;-). A widzisz, a ja czasem jakiś rebus urządzę, ale bez nagród ;-).

              No, nie powiedziałabym tak kategorycznie, bo i taka literatura lubi wracać (teraz na przykład wygląda, że będzie wielki powrót Juliusza Fučíka, tego od „Reportaży spod szubienicy”). Ale jak tak to obserwuję, to jest dużo mniej popularny niż u nas.

              1. Zaraz osaczona, po prostu zasypana dobrymi radami 🙂
                A z Czechów to ja zawsze będę zachęcał do Kacicy Kohouta, odkąd się zakochałem w tej książce 20 lat temu od pierwszego przekartkowania.

                1. Mam w twórczości Kohouta straszne braki, mus nadrobić :-D!

                  1. Koniecznie, szczególnie że wznowili.

  3. „Smutek algorytmów” – tu musiałem przerwać, żeby się wyśmiać, a potem zadumać. Cudne!

    Szczerze mówiąc myślałem, że przy takiej widowni jak Wasza (mam też na myśli ZWL) bloguje się już na luzaka, bez parcia na powiększenie słupków. A jednak ten głodek dotyka chyba niezależnie od tego, czy się ma 600, 200 czy 2400 Graalów, przepraszam, lajków. Mnie w moim grajdołku też czasem zdziera chęć podzielenia się z większą niż dotychczasowa ilość odbiorów, ale cóż, do tego trzeba czasu, pomysłowości i inwencji twórczej większej niż moja własna. Z tej perspektywy z podziwem czytałem Twoje kolejne teksty, ze zdumieniem patrząc na ich częstotliwość i jednocześnie sensowność, no i pomysłowość. W skrócie – fajnie jest umieć tak pisać. Ale chyba ZWL ma rację, nie spinać się za wszelką cenę – to tylko hobby. Mnie w każdym razie ta potrzeba większej poczytalności co kilka miesięcy nachodzi i przechodzi, i tak w kółko, a chyba naprawdę trzeba wyluzować, jak się nie pisze do gazet to pisać po prostu dla siebie i tych co dotrą z Bunia czy wujka Google (taka ciekawostka: najwięcej serca wkładam z reguły w recenzje powieści amerykańskich + Rembek, a największą odwiedzalność mają i tak „Kolumbowie” i – strasznie przeze mnie zjechany – Cejrowski). Z kolei z jednej strony jestem dumny z paru operacji, które dzięki blogowi udało się przeprowadzić („Brazos”, mowa noblowska Dylana, stała lista laureatów Pulitzera, przedruki na książkach Wrońskiego itp.), z drugiej jednak jak już człowiek zacznie sobie wyobrażać za dużo, dostaje zimny prysznic w postaci kosza od wydawcy pulitzerowej właśnie książki – no i choć wydawałoby się, że ma się jakąś tam renomę i rozeznanie w temacie, to w opinii wydawcy liczą się tylko słupki, a te powinny „stać jak chłopu na weselu” (to z Nienackiego). No cóż – nie stoją, więc trzeba wziąć głęboki oddech i wyżej d… nie podskakiwać, tylko robić swoje po swojemu, głównie dla siebie i kto tak zajrzy z rozpędu albo przez pomyłkę.

    Oj, jak zwykle włączył mi się tryb Kłapouchego, ale nie chce mi się pisać od nowa… Wybaczcie.

    PS. Dla mnie do śledzenia blogów niezastąpiony jest jednak RSS via Feedly, na pohybel algorytmom Bunia.

    1. Dzięki, na taki efekt troszkę liczyłam ;-).

      Ja to Feedly w końcu założę, może tu leży pies pogrzebany? Bo odkąd znikł czytnik blogów Google’a, właściwie nic sensownego znaleźć dla siebie tu nie mogę (może nie był najwygodniejszy, ale lubiłam go!), Bloglovin jakoś mnie do końca do siebie nie przekonał, choć przyznaję, próbowałam uparcie z niego korzystać.

      Ha, powiem szczerze, ja nawet nie bardzo wiem, jakie mam te słupki, bo nie korzystam z żadnych tego typu narzędzi: z jednej strony kusi, z drugiej pomyślałam sobie, że to może być jakiś taki stresujący faktor i chyba mam rację. Starczy mi Facebook i jego ciągłe dość przerażające komendy w rodzaju „Pyzo! Tyle a tyle osób nie ma z tobą kontaktu!”, tudzież „Dodaj zdjęcie, by zwiększyć swoją popularność!”, albo „Weź coś zrób, tak w ogóle, no, no, rusz się wreszcie!”. To dość dziwne, te jego komunikaty, więc w sumie… 😉 Ale widzisz, to ciekawe bardzo, co piszesz, o takim właśnie podejściu na luzie: wyjdzie – świetnie, nie wyjdzie – w sumie nic się nie stało, robię to dla przyjemności. I zdecydowanie się tu zgadzam, sęk w tym, że czasami się o tym zapomina, jak się tak człowiek naczyta, jak wspomniał Zacofany w lekturze wyżej ;-).

      No ten Nienacki wisi nade mną jak wielki wyrzut sumienia! Ale czeka, czeka cierpliwie :-).

    2. Michał, żebyś Ty widział te słupki, to byś nie zazdrościł ani nie miał złudzeń 🙂 I PS. Żebyś wiedział, jak Ci zazdroszczę umiejętności pisania analitycznych tekstów. Aż mnie czasem skręca, więc wiesz 😛 Ja tam na przykład zupełnie beznadziejny jestem w analogie, wyciąganie, że taki wątek był tu, tu i tam. A Ty proszę, jak z rękawa 😛

  4. „Dlatego zastanawiam się nadal, czy po prostu można dzisiaj pisać o tym, co akurat nas zainteresuje i chcielibyśmy się tym podzielić? Można, prawda?” Myślę, że tak i że Domownik ma rację. To jest Twój „kawałek podłogi” (internetowej ;)) i urządziłaś go po swojemu i najlepiej wiesz, będziesz z czasem wiedziała, co dalej.

    1. Dziękuję za miłe i otuszne słowa (nie wiem, czy jest taki przymiotnik, ale być powinien :-)). Najważniejsze to nie zapominać, o co nam samym chodzi, to prawda, i pod tym względem można sobie wsadzić w kieszeń zastanawianie się nad rozwojem takim zupełnie abstrakcyjnym. Będę sobie to przypominała w chwilach zwątpień ;-).

  5. Ja z tych cichych myszy, co zawsze czekają na notkę, ale dodam, że mam bardzo podobnie. Ten lek przed „niezałapaniem się na nowości” łapie mnie tylko w kwestii wypowiedzi o nowościach, a nie samych nowości. W związku z tym niecierpliwie latam po blogach i portalach, gazetki wertuję, nawet program TV czytam, i potem mam poczucie, że jestem na bieżąco. Oglądać nic nie oglądam, czytam rzadko – a żyję beztrosko jak ptaszek polny. Nazywam to „francuskim konsumowaniem kultury”. Bo skoro ideałem życia kulturalnego we Francji była kulturalna konwersacja na kulturalnym poziomie, to wiadomo, że nikt nie znał się na wszystkim z pierwszej ręki ani nawet z drugiej, tylko ten opowiedział o tym, tamten o owym, potem się spotykali, elegancko rozmawiali i każdy wychodził z workiem opinii, do dalszego recyklingu po znajomych. Jako że obecnie jakoś ubyło hrabin z salonikami, a i sam człowiek taki zalatany, że nie będzie godzinami przesiadywał w tychże salonikach, pozostało nam konwersować na odległość. Dzięki temu ma się poczucie bycia na bieżąco, wyrabia się inteligencja, smak i zdolność pisania długich zdań z siedmioma imiesłowami.

    I co to za trend, że blogi umierają? Zawsze będzie grupa zwolenników długich notek tak, jak są zwolennicy długich artykułów w gazetach (nawisem mówiąc, takie nowe „Pismo” ma artykuły na kilka stron i ludzie czytają, więc widać jeszcze duch długiego czytania nie upadł w narodzie). Jako wierny czytelnik wyznam, że mi na „bookach i gramach” nie zależy. Ale jeśli w necie nie będzie rozbudowanych opinii o książkach, przedstawieniach i filmach – to gdzie będą? Dział kulturalny w takiej „Wyborczej” właściwie nie istnieje, w „Polityce” istnieje w formie szczątkowej, „Świat nauki” też nie recenzuje, tylko zapowiada, za to w „Książkach” w ogóle nie ma opinii, tylko eseje o tym, co autor eseju myśli albo i nie myśli. Zostaje mi jeszcze „Gość niedzielny”, ale w Tesco nie sprzedają, więc mogę wierzyc, że tam kwitnie i owocuje opiniowanie o kulturze wszelakiej.

    I Broń Boże,, żadnego profilowania – że na blogu A Zajdel z Lemem, a na blogu B – Dehnel z Bator. Monokultura to dobra jest, jak się walczy o dopłaty z UE, a przy pisaniu – nudzi i męczy. Najlepszy jest gulasz, czyli trochę tego, trochę owego, a czasem jakaś niespodzianka.

    Tak czy inaczej, mam nadzieję, że będziesz pisać dalej. I tak jak chcesz. W końcu to nie orka na ugorze, tylko przyjemność. Pisz, o czym chcesz, a ja dziękuję za możliwość kulturalnego spędzenia czasu na twoim blogu.

    1. Ale, ale, no masz oczywiście rację z tymi salonami hrabiowskimi, coś w tym jest: bo tak, faktycznie, dzięki lekturze (nie samych książek, ale o książkach) nagle się orientuję, że to wiem, to znam – ale znika gdzieś ten posmak „czekam na to!” (bo już gdzieś wyczytałam, że słabsze niż pokładane w tym nadzieje), „co to takiego? może wezmę?” (bo już x osób napisało, że e, szkoda tracić czas), „ooo, zdecydowanie ustawiam się w biblioteczną kolejkę!” (bo z opinii innych wnoszę, że tych godzin życia nie odda nikt). I to jest dosyć smutna strona bycia zorientowanym, bo gdzież, ach gdzież, ten miły dreszcz wzdłuż kręgosłupa, gdy znajdzie się na bibliotecznym regale Nieznaną Książkę? Właściwie rzecz działa i w przypadku książek starszych, ale chyba jednak troszkę mniej.

      Nie wiem właśnie, ale ze wszech stron dochodzą mnie głosy, że to już koniec ery blogów. Ale zakładając, że ludzkość zawsze czytała i pisała, pewnie jest i tak, że nie tyle mrą nam blogi na potęgę, a raczej jakoś ewoluują? Bo fakt, tu miejsce nie jest ograniczone, a działy kulturalne się tnie (chociaż nie jestem najbardziej opiniodawcza w tej materii, bo właściwie czytuję na chwilę obecną tylko „Tygodnik Powszechny” i kilka czeskich pism, jak się trafią, więc może gdzieś, coś, jakoś jest, a ja nie wiem ;-)).

      Nie zamierzam rzucać pisania, jeśli tak to zabrzmiało, to niechcący :-). Dzięki za miłe słowa, będzie tu trochę gulaszu, jak dotąd ;-)! I cały czas się zabieram za kilka rozpoczętych wpisów o czytaniu, nie tylko o samych przeczytanych książkach, bo trochę mi tego brakuje, przyznaję.

      1. Podoba mi się to zdanie, że blogi ewoluują – to daje jakiś element napięcia i zaskoczenia. Wiadomo, że z tego, co człowiek wymyśli, zazwyczaj wyewoluuje coś zupełnie innego, a już zawłaszcza w dziedzinie kultury, więc, kto wie czego, się doczekamy. Może nawet AI czy jakiejś osobliwości rodem z SF. Myślę, że na początki blogów było mniej, ale pisali pasjonaci, co rzucali notki długie a bogate, a teraz się zrobiło blogów więcej, więc pojawili się tacy, co piszą, bo lubią, ale tak bez wielkich pasji, albo piszą, bo znajomi też piszą, albo piszą, bo chcą wyrobić sobie markę, albo piszą, żeby sobie poprawić samopoczucie. W efekcie następuje wzrost różnorodności, a potem dochodzi do specjacji i część z tych „nowych” gatunków blogów ewoluuje, dajmy na to, w stronę mediów społecznościowych. Albo szyldów reklamowych wydawnictw. Albo kółek wzajemnej adoracji. Albo i czegoś jeszcze tak nowego, że dotąd tego nie było.

        Swoją drogą, jeśli chodzi o blogi o czytaniu, to myślę, że sytuacja jest dobra, a nawet całkiem dobra, bo jest wybór. Może i czasem to jest „jakiś wybór”, ale zawsze. Ale za to znaleźć sympatycznego bloga z innej dziedziny kultury – to jest wyzwanie! Nie mówię, że nie można – ale o ileż mniej jest blogów o muzyce, architekturze czy innej sztuce wszelakiej. Swoją drogą, to dziwne – zakładałabym, że w XXIw. trend powinien się odwrócić. W dzisiejszych czasach dobra kultury są szeroko dostępne, i via net, i na żywo. „Lubienie” muzyki/sztuk wizualnych/teatru/itd. jest dziś o wiele łatwiejsze, niż kiedyś. A wszystkie te dziedziny mają niższy próg wejścia, niż czytanie. Bądź co bądź, żeby coś przeczytać, trzeba umieć czytać i to ze zrozumieniem. A przy innych działkach kultury nie trzeba umieć nic. Można cieszyć się muzyką, nie mając słuchu (o głosie nie wspominając), można cieszyć się fotografią/malarstwem/architekturą, nie mając za cholerę zdolności plastycznych i myślenia przestrzennego.

        1. Trochę jest tak, że po trosze wszyscy piszemy, czy to dzięki blogom, czy social mediom. To dość ciekawe, bo chyba wcześniej nie było takiej epoki – a teraz częściej nawet piszemy niż mówimy, niechby to były tylko posty na FB albo SMS-y, ale jednak. Słowo pisane jest jakoś w natarciu, powiedziałabym, chociaż z drugiej strony chyba ewoluuje czy spada jego, jakby to nazwać? jakość? znaczenie? Albo inaczej: gdzieś spada, gdzieś wzrasta, bo nie sądzę, żeby to była jakaś ogólna jedna tendencja.

          O, to prawda – czasem gdzieś się pojawiają wpisy o sztuce teatralnej, wystawie w muzeum i tym podobnym, ale niewiele jest takich miejsc poświęconych wyłącznie temu. A myślę, że jest nisza – taki blog o wizytach w muzeum? Czytałabym! 🙂

  6. Pyzo, ja myślę, że blogowanie to w gruncie rzeczy bardzo prosta sprawa: robisz to, co sprawia Ci przyjemność. Można powiedzieć, że znalazłaś swoją niszę i nie patrzysz na te wszystkie słupki i algorytmy. Fakt, pewnie większą oglądalność będzie miał wpis o najnowszym bestsellerze popularnego pisarza, ale kto inny tak pięknie napisze o szyszakach czy nozdrzach? I na jakim innym blogu pod takimi tematami utworzą się piętrowe dyskusje? Jeżeli wciąż Cię to cieszy – brawo! Bo mnie, jako wiernego czytelnika, bardzo.

    1. Jak tak teraz na to patrzę, faktycznie podejrzanie często dyskutujemy tutaj o częściach ciała i ubioru bohaterów, a podobno to wnętrze się liczy 😉 (chociaż ono to chyba głównie u ulubieńca rzesz Leona z „Bez dogmatu” ;-)). Dziękuję za miłe słowa – muszę znaleźć sposób, żeby nie umykały mi wpisy, bo to nawet o to mi bardziej chodzi, niż o dzikie tłumy tutaj, raczej o sympatyczną wzajemność, której nie uniemożliwiają wszechwładne algorytmy ;-).

  7. Dla mnie rozwój to jest rozwój osobisty. Mój blog na pewno ewoluował przez lata, wydaje mi się, że zaczęłam pisać ciekawiej i bardziej wnikliwie. Ale z drugiej strony to też miało swoją cenę – notki zaczęły zabierać coraz więcej czasu (bo research), nie wrzucałam już małych, krótkich tekścików, a że doba nie jest z gumy, to w końcu z czegoś musiałam zrezygnować i na razie zawiesiłam blogowanie. Jeśli chodzi o social media, w ogóle się nie załapałam na ten trend, bo żeby to robić dobrze, trzeba naprawdę mnóstwo czasu i po kilka wrzutek dziennie.

    Moje blogerskie założenie było takie, że piszę przede wszystkim dla siebie, to znaczy o rzeczach, które mnie interesują, bo o tym, co innych interesuje, pisałam dość długo za pieniądze. I chyba nie odeszłam od tego nigdy, a w każdym razie nie na długo.

    A mój największy problem jest taki, że ludzie nie komentują. Wiem, że czytają, bo widzę po statystykach, że jak coś opublikuję, to statystyki skaczą, ale komentarze pojawiają się naprawdę rzadko. I to mnie jakoś smuci, bo trochę się jednak czuję, jakbym wołała na pustkę. Nie wiem, jak to zrobić, żeby ludzi wciągnąć w dyskusję. Nie umiem chyba po prostu tak formułować tekstów 🙁 Może za bardzo się wymądrzam.

    1. Podoba mi się to spojrzenie, że rozwój to nie musi być przyrost czegoś widoczny na blogu, ale ładunek treściowy, może długość tekstów, no i to poczucie, że się coś robi lepiej. Taki rozwój do mnie przemawia i do czegoś takiego będę aspirowała :-). Przy czym zgadzam się z Tobą, że jest pisanie i pisanie. Jeśli pisze się nie tylko bloga, ale coś jeszcze, faktycznie łatwo się tu pogubić, i blogowanie może przestać sprawiać przyjemność, jeśli się do niego podejdzie biznesowo. Nie odmawiam nikomu prawa do tego (zresztą podejrzewam, że takie czy inne profity z tego mogą być przyjemne), po prostu jakoś nie do końca przemawia to do mnie.

      Co do komentarzy: może to kwestia tego, że wpis jest na tyle wyczerpujący, że nie ma się do czego odnieść, a Twoim czytelnikom głupio jest po prostu napisać „super wpis, ale nie mam nic do dodania!” (ja tak mam często przy lekturze Twoich wpisów, przyznaję: skomentowałabym, ale nie mam nic mądrego do dodania). Ale może racja, że chociaż miłe słowo warto zawsze zostawić?

      1. Może powinnam urywać swoje wpisy w połowie 😉 Dziękuję za miłe słowa.

        Myślę, że wiele osób zaczyna pisanie z perspektywą, że chcą na tym zarabiać. To jest ok, wtedy całe to budowanie marki itp. jak najbardziej ma sens. Tylko przy takim założeniu wiadomo, że nie każdemu się uda (w końcu to jak budowanie firmy) i co wtedy?

        1. Myślisz, że tak jest? Może w przypadku niektórych blogów, tak, możliwe, ale na przykład blogi czytelnicze albo, czy ja wiem, poświęcone innemu hobby, gdzie trudno jest mówić o zarobku – chyba nie? Natomiast pytanie, czy tylko język opisu nie przystaje wszędzie tak samo, czy samo zjawisko jest inne – to też moja rozkmina ;-).

          1. Może w blogach czytelniczych nie do końca chodzi o czyste zarabianie pieniędzy, bo w tej dziedzinie wyjątkowo o to trudno, ale widać, że niektóre blogi zakładane są z myślą budowania marki od samego początku. Za tym mogą iść współprace z wydawnictwami (książki, za które nie trzeba płacić to też rodzaj przychodu), patronaty, możliwość uczestniczenia w imprezach literackich, prowadzenia spotkań, wizyt w mediach, etc. I dobrze, w końcu dlaczego mole książkowe mają o takich rzeczach nie myśleć. Nie wszystkim się to uda i nie wszystkim o to chodzi. To jest w sumie fajne w internecie, że można pisać o czytaniu inaczej.

          2. Hm, może i tak, ale sądząc po tym, że co jakiś czas dodaje mnie do listy ulubionych jakiś blog, który ewidentnie planuje zarabiać na swojej kulturalnej działalności, sądzę, że wiele osób myśli, że im się akurat uda 😉
            Nie wiem, ponieważ traktuję pisanie bloga wyłącznie hobbystycznie, nawet ciężko mi sobie wyobrażać, jakie to są procesy myślowe.

            1. @Niekoniecznie Papierowe, no tak, zgadzam się, że może „zarabianie” tutaj może oznaczać coś innego i może być na przykład rodzajem budowania prestiżu albo po prostu dostaniem możliwości robienia czegoś fajnego z książkami, czego by się nie robiło bez blogowania w taki a nie inny sposób (czy w ogóle).

              @Noida, no właśnie, ale jak pisze Niekoniecznie Papierowa, nie wszystkim się może uda, ale że ktoś próbuje – niech próbuje, to ciekawa inicjatywa :-). Można poobserwować i zobaczyć, kto w jaką stronę idzie.

  8. Nie mogę się powstrzymać: Tożeś zamarudziła, Pyzo droga! 😉

    Nie umiem w bloga i totalnie nie znam się na soszialmediach, więc powymądrzać się mogę raczej jako czytelnik. Po staroświecku wierzę, że najważniejsze w takich chwilach zwątpienia (które są naturalne, bo bez nich stalibyśmy w miejscu) jest przetrzymać a potem w spokoju zastanowić się na czym nam zależy. I jeżeli któregoś dnia postanowisz rzucić blogowanie, znajdziesz receptę na algorytmy i zostaniesz królową soszialu to będę gorąco kibicować. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że będziesz w tym spójna i nie-tosama. Taki jest Twój blog i dzisiaj, nie dzięki ładnym flatlejom i recenzowaniu nowości, ale dzięki temu w jaki sposób piszesz o książkach i czytaniu. I czy to będzie klasyka, czy coś nowszego, to nie ma wielu osób, które w tak charakterystyczny, interesujący i analityczny sposób podchodzą do lektur.

    Ach, i Twoje akcje czytelnicze! „Pikniki z klasyką” mają już chyba status kultowy, do tego wakacyjne czytanie, Awantury o książkę czy po prostu wspólne dyskusje o „Jądrze ciemności”. To już trochę pachnie marką… o przepraszam, brandem. 🙂

    Mam nadzieję, że Feedly Ci pomoże, a jeżeli nie, to nie ustaniesz w poszukiwaniach innego sposobu.

    1. No sama wiesz, że kminiłam ten problem od jakiegoś czasu, ale zebranie tego we wpisie pomogło mi jakoś uporządkować myśli, a cenna jak zawsze dyskusja obmyśleć jakiś plan na blogowe życie ;-).

      Ja tam tęsknię za Twoim blogiem i cały czas wierzę, że wróci w dogodnym dla Ciebie czasie! Social media to jest teren fascynujący, denerwujący i tak zmienny, że podziwiam wszystkich, którzy się w nim umieją odnaleźć :-).

      Dzięki Ci za miłe słowa, będę je sobie przypominała w chwilach zwątpienia :-)! Ale co, czytamy zimą jakoś „Faraona”, no nie? Może jakoś w grudniu, jak „Jądro ciemności”? Mam wrażenie, że przed-Święta sprzyjają czytaniu ;-). A przy okazji można sobie sprowadzić upał w czas zimy, tak jak teraz wypadałoby dobierać lektury odwrotnie (swoją drogą wątek „Faraona” Prusa pojawił się we właśnie czytanym przeze mnie „Seansie w Domu Egipskim”, więc tym bardziej przypomniałam sobie o tym pomyśle wspólnej lektury i rozmowy!).

      Feedly póki co (dzień drugi ;-)) daje radę, zobaczymy co będzie dalej! 🙂

      1. Bardzo cenna jest ta dyskusja, nie tylko dla Ciebie! Jeżeli chodzi o mojego bloga to się nie poddaję, ale nie oszukuję się też, że w najbliższym okresie będę miała czas go prowadzić. Wolę czytać i dyskutować, bo akurat o to najbardziej mi chodziło, gdy zakładałam bloga. Pisanie to był tylko środek do celu. 😉

        Nie tylko zimą czytamy „Faraona” (mam nadzieję, że Marta się dołączy), grudzień brzmi świetnie. Coraz bardziej też podoba mi się pomysł okolicznościowego czytania w listopadzie, mam już swoją listę lektur. Nie wszystkie nam się pewnie pokryją, ale biorąc pod uwagę Twoje obeznanie w temacie, to mogą być naprawdę świetne dyskusje!

        A na moje wsparcie zawsze możesz liczyć. 😉

        1. Bardzo się cieszę, nawet się nie spodziewałam, ile i ilu z nas ma podobne rozkminy :-). W grupie zawsze jakoś raźniej, a przegadanie pewnych kwestii sprzyja temu, żeby się nimi ie gryźć, ale je rozgryźć! 😉

          U mnie póki co na listopad wybrane trzy „żelazne” pozycje, ale myślę, że może się to rozrosnąć. Czyli „Faraon” na grudzień – przygotuję jakąś grafikę i pogadamy :-).

          Dziękuję! 🙂

          1. Dopiero teraz zauważyłam, że w mojej wypowiedzi wkradły się jakieś literówki, na całe szczęście zrozumiałaś, o co chodzi!

            Zatem listopad i grudzień będzie obfity w dyskusje. Już się nie mogę doczekać.

            1. Wspaniale, bo co ma czytelnik robić w długie, zimowe wieczory jak nie rozgrzewać się dyskusją :-D!

  9. Mnie do tego bloga właśnie przyciągnęło to, że tu NIE MA tych samych recenzji super-świeżych-nowości co wszędzie. Jak tylko wyjdzie jakaś nowa książka (najczęściej kolejna z serii, bo teraz się już pojedynczych książek nie pisuje, tylko serie, i to mnie irytuje) to mozna znalezc jej zdjecia i opinie o niej doslownie WSZĘDZIE, nie wyłączając własnej lodówki (jeśli zostawi się tam telefon). A tu… spokojnie, na luzie, powoli poczytac można o tym, co zostało napisane dawno, ale czego wartość z tego powodu nie przeminęła. Dziękuję za taki kącik odpoczynku, odetchnienia i dobrej literatury 🙂

    1. No tak, to prawda, ale tak działa ten mechanizm i ja go jakoś rozumiem, zwłaszcza wtedy, kiedy i mnie jakaś nowość frapuje. Ale to prawda, że jego drugą stroną jest też i zmęczenie, bo jednak jak coś jest wszędzie, to zaczyna męczyć albo zamiast wywoływać ekscytację, wieje nudą i powtarzalnością. Trudno temu chyba zaradzić. Zwłaszcza, że to jest powiązane też z reklamą: i jak to wyważyć, żeby dawało efekt, o który chodzi, a nie ten odwrotny?

      Dziękuję za dobre słowo :-). Chociaż i o nie za dobrej literaturze też czasami piszę ;-).

  10. Pyzo
    Ja nic nowego nie napiszę , mogę się natomiast pod tym podpisać, bo zawarłaś w tym wpisie wszystkie moje rozterki, wątpliwości, refleksje, żale itd. To niesamowite – jak mogłaś tak dobrze zapisać to, co nie tylko siedzi, ale i galopuje po mojej głowie? 🙂

    A tak na poważnie – prawdopodobnie znajdzie się więcej piszących, którzy myślą podobnie. Jednak ja to szczególnie mocno odbieram, bo jakoś dziwnym trafem kumuluje się tu wszystko, co mogę o sobie powiedzieć.
    Nie wyciągnę tu argumentu różnic pokoleniowych, bo uważam, że nie ma on żadnego znaczenia w naszych wyborach czytelniczych, skłonnościach do długiego lub krótkiego pisania, niechęci do pewnych portali … chociaż ze mną może jest gorzej, bo nawet nie znam tych niektórych słów, które użyłaś.

    Mnie również bardzo męczy jednostronność kontaktu, brak wymiany myśli, pisanie do ściany. Co jakiś czas ogarnia mnie takie zniechęcenie, że moja córka już od dawna z protestami odmawia słuchania o tym „co mam zrobić z tym blogiem?” Dlatego wycofałam kilka postów w tym stylu, które zdarzyło mi się popełnić, bo uwierzyłam „a kogo to obchodzi?”

    Jednak po przeczytaniu Twojego wpisu (dwukrotnym, bo nie mogłam uwierzyć w taką zbieżność myśli), w jakimś sensie spojrzałam optymistycznie na to wszystko. Nie jest to wniosek typu „pocieszę się, bo inni też tak mają”, ale właśnie swego rodzaju wsparcie, że „jak widać moje podejście do blogowania i samego istnienia w internecie nie jest czymś dziwnym i odosobnionym”.

    Bardzo cenię Twój styl i sposób prowadzenia bloga – pozostaję nadal jako stała czytelniczka. Zbyt rzadko się odzywam, ale to głównie „z przyczyn ode mnie niezależnych”.
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

  11. Pyzo
    Ja nic nowego nie napiszę , mogę się ewentualnie pod tym podpisać, bo zawarłaś w tym wpisie wszystkie moje rozterki, wątpliwości, refleksje, żale itd. To niesamowite – jak mogłaś tak dobrze zapisać to, co nie tylko siedzi, ale i galopuje po mojej głowie? 🙂

    A tak na poważnie – prawdopodobnie znajdzie się więcej piszących, którzy myślą podobnie. Jednak ja to szczególnie mocno odbieram, bo jakoś dziwnym trafem kumuluje się tu wszystko, co mogę o sobie powiedzieć.
    Nie wyciągnę tu argumentu różnic pokoleniowych, bo uważam, że nie ma on żadnego znaczenia w naszych wyborach czytelniczych, skłonnościach do długiego lub krótkiego pisania, niechęci do pewnych portali … chociaż ze mną może jest gorzej, bo nawet nie znam tych niektórych słów, które użyłaś.

    Mnie również najbardziej męczy jednostronność kontaktu, brak wymiany myśli, pisanie do ściany. Co jakiś czas ogarnia mnie takie zniechęcenie, że moja córka już od dawna z protestami odmawia słuchania o tym „co mam zrobić z tym blogiem?” Dlatego wycofałam kilka postów w tym stylu, które zdarzyło mi się popełnić, bo uwierzyłam „a kogo to obchodzi?”

    Jednak po przeczytaniu Twojego wpisu (dwukrotnym, bo nie mogłam uwierzyć w taką zbieżność myśli), w jakimś sensie spojrzałam optymistycznie na to wszystko. Nie jest to wniosek typu „pocieszę się, bo inni też tak mają”, ale właśnie swego rodzaju wsparcie, że „jak widać moje podejście do blogowania i samego istnienia w internecie nie jest czymś dziwnym i odosobnionym”.

    Bardzo cenię Twój styl i sposób prowadzenia bloga – pozostaję nadal jako stała czytelniczka. Zbyt rzadko się odzywam, ale to głównie „z przyczyn ode mnie niezależnych”.
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

    1. Ponieważ miałyśmy tu jakieś przeboje z komentarzami, na wszelki wypadek zostawiam obydwa, bo nie chcę czegoś zepsuć :-).

      Dziękuję i cieszę się, że tak jest. Jak pisałam wyżej, dobrze jest jednak pewne kwestie przegadać, zamiast się nimi gryźć w pojedynkę. Czasami takie przewietrzenie własnych myśli daje fajne efekty i jeśli przy okazji może i komuś pomóc, tym lepiej! Bardzo mnie to (autentycznie!) cieszy :-).

  12. Po ustąpieniu upałów wróciło mi myślenie, więc nadrabiam zaległości w czytaniu poczty.
    Spokojnie możesz usunąć jeden z tych komentarzy, bo przy kolejnej próbie skopiowałam go przed naciskaniem guziczków. Niech nie zajmuje miejsca 🙂

    1. No właśnie jakoś nie umiem rozgryźć tu tego mechanizmu: jak usuwam jeden nadmiarowy, chce mi wyrzucić też ten, który powinien zostać. Więc niech sobie będą, szkoda mniejsza niż w odwrotnym wypadku, gdyby wyrzuciło wszystkie! A jak kiedyś rozgryzę ten mechanizm, to zrobię porządki ;-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.