Nozdrza kontratakują albo o „Ordynacie Michorowskim” H. Mniszkówny

No rozumiecie sami, nie mogłam nie iść za ciosem i nie przeczytać „Ordynata…”. Rozmach już nie ten, co przy „Trędowatej”, stron niespełna (w wydaniu, które czytałam) dwieście, bohaterowie nieco przypominają cienie samych siebie, a i smaczków nieco mniej. Ale cóż, mamy nagle odnalezionych dalekich kuzynów w Monte Carlo, burzliwe romanse, chłopskie strajki, a do tego wszystkiego nozdrza Waldy’ego wciąż zdradzają jego emocje, więc czemu miałabym narzekać?

(…) tylko nozdrza grały mu prędko, podniecone wewnętrzną gorączką i swędem spalenizny.
H. Mniszkówna, „Ordynat Michorowski”

O czym to historia? Zacznę klasycznie, bo może nie wszyscy wiecie, że autorka napisała kontynuację „Trędowatej”. Ja żyłam z tą świadomością od dziecka, bowiem z niewiadomych przyczyn mieliśmy w domu rodzinnym na półce wydanie „Ordynata Michorowskiego” z blondwłosym i obfitowąsym Waldemarem na okładce, nie mając za to własnego wydania „Trędowatej”. Całkiem możliwe, że gdzieś kiedyś istniało, ale zaginęło na pożyczkach, niemniej – „Ordynat…” stał na półce i nigdy mnie specjalnie nie kusił. A jednak! Po śmierci ukochanej Waldemar rzuca się w wir prac społecznikowskich, edukuje włościaństwo, stara się o dobro pracujących w swoich dobrach.

Co prawda kraj ogarnia rewolucja antyarystokratyczna i płoną majątki, ale Waldemar wie, że to z niedostatku edukacji, więc wybacza. Pozostali reprezentanci „sfery” nie wybaczają, więc:

Ordynat został i nauczył hrabiego, jak ma się zachowywać wobec tłumu. Tłumaczył długo, doradzał i w końcu zdołał przekonać, że strzelać do ludzi nie można.

Albowiem:

Ordynat był bezpartyjnym, ale wyrozumiałym.

 

Niech nam dzisiaj towarzyszą wąsy plus minus z epoki, no bo czemu nie. Zaczniemy od wąsa rozłożystego i profesjonalnego, czyli wąsa Carla Frederika Holma, perukarza. Źródło.

 

No, także już chwytacie atmosferę. Waldemara dopada choroba, musi wyjechać na Zachód, tam w przypadkowo napotkanym młodzieńcu rozpoznaje kuzyna z innej linii Michorowskich (o której do tej pory, rzecz jasna, autorka się nam nawet nie zająknęła), zabiera go ze sobą, by pokierować na ludzi. A tymczasem Lucia dorasta i zaczyna łakomym okiem spoglądać na naszego amanta:

Duchowa jej istota zmieniła się w jeden wrzód ropiejący strasznie.

Ale nie martwcie się, nad wszystkim nadal unosi się duch Stefci, a przynajmniej teoretycznie się unosi, bo autorka od czasu do czasu zapomina, że mamy do czynienia z kontynuacją melodramatu i zapomina w związku z tym o nieszczęściach wiszących nad bohaterami. W ogóle „Ordynat Michorowski” każe sobie zadać pytanie, czy Mniszkówna chciała napisać melodramat, czy tak z jakiegoś względu po prostu wyszło. Bo widzicie, w tej kontynuacji autorka zamiast groźną walkirią z mieczem przeznaczenia wiszącym nad bohaterami, na których czeka nieuchronne gotyckie nieszczęście jest taką ulubioną ciocią, która dołoży wiśniowej konfitury i zaparzy jeszcze jedną herbatę, nie przerywając przy tym snucia historii z życia. Widać, tak bardzo widać, jak Mniszkówna kibicuje swoim nowym (Bohdan Michorowski, wspomniany kuzyn) i na nowo odkrytym (dorosła Lucia) bohaterom, że nie jest w stanie zrobić im niczego złego.

 

 

Wąs anarchistyczny, czyli François Claudius Koënigstein. Źródło.

 

Czy fabuła na tym cierpi? Trochę, powiem Wam, że tak. Nie żądam znowu przelewania błękitnej krwi, tarzania się po podłodze (choć i tym razem nie unikniemy widoku niewiasty w zamknięciu powtarzającej, że chce być niewolnicą boskiego Waldy’ego, oj nie) i nadwątlania sił życiowych, ale pewne niekonsekwencje w prowadzeniu akcji da się wyczuć. Mniszkówna nawet by chyba chciała wziąć zamach na takiego na przykład Bohdana, ale po prostu nie może, bo za bardzo go lubi. Bohater więc cierpi duchowo, ale też tak od czasu do czasu i jakby do połowy. W końcu bowiem musi nastąpić zakończenie, które sprawi, że czytelnik odetchnie z ulgą i wszystko znajdzie się na swoim miejscu.

Czy oznacza to, że sprawiedliwość zatriumfuje? No, nie tak całkiem, bo hrabia Barski wodzi rej na salonach, ukarany ewentualnie pogardliwymi spojrzeniami tych, co jeszcze Stefcię pamiętają. Bo duch naszej heroiny unosi się co prawda nad Głębowiczami, ale dość, rzekłabym, okazyjnie. Mniszkówna ucieka się co prawda do niego zawsze wtedy, kiedy potrzebuje wytrycha, jak by tu poprowadzić akcję. Na przykład kiedy Bodzio siedzi w Wiedniu i dowiaduje się o plotkach o Waldemarze, które oczywiście zawierają w sobie ziarno pogardy dotyczące jego relacji ze Stefcią, konkluduje:

Zmarłej Stefci współczuł serdecznie, kochał ją. Wydała mu się jakby łąką polską, po której tratują kopyta austriacko- węgierskie.

 

Wąs rządowy, czyli William Van Amberg Sullivan. Źródło.

Swoją drogą to w „Ordynacie…” znajdziemy też bardzo ciekawe spojrzenie na kwestie patriotyczne (podobnie zresztą jak w „Trędowatej”, co pojawiło się w naszej piknikowej dyskusji), z tym że tutaj – jako że bohaterowie ruszają się i poza granice Królestwa, do Galicji – z nieco innej strony. Kopyta austro-węgierskie niby srogie i jednak niewolące, ale jak już przyjdzie na bal cesarz Franciszek Józef, to oczy ma niewinne, spojrzenie dobre i każdego poddanego z nazwiska pamięta. To oczywiście często spotykany obraz, ale nie mogłam się powstrzymać, żeby o nim nie napomknąć. Zresztą jeśli o realia epoki chodzi, to pozwólcie, że zakończę jeszcze jednym pięknym cytatem, dobrze pokazującym eklektyczność i epoki, i miejsca, i – wreszcie – stylu Mniszkówny:

Moja! Ma śliczny buduarsio, cacy salonik, ubiera się szampańsko. Słowem – pigeon.

Słowem zatem, moi mili, pigeon!

14 Replies to “Nozdrza kontratakują albo o „Ordynacie Michorowskim” H. Mniszkówny”

  1. Od Ordynata prostą drogą powinnaś pójść w Rodziewiczównę 😀
    Mnie się Mniszkówna jako dobra ciocia chyba bardziej podoba niż jako bogini intrygi i zemsty. Bo ewidentnie nie ma drygu do uprzykrzania życia bohaterom, wolałaby im tę łąkę polską pod stopy słać 😀

    1. Chyba muszę sobie zrobić przerwę na razie, ale Rodziewiczównę mam w planach, to na pewno :-D.

      Jasne, zresztą sama Mniszkówna chyba lepiej się czuła w takim repertuarze. Nie mogę się teraz pozbyć wrażenia, że ona tę biedną Stefcię zamordowała trochę z musu, na zasadzie „czytelnik ode mnie oczekuje melodramatu, dostanie melodramat, choć lepszy byłby dżem owocowy”. Stąd w sumie Bohdan i Lucia to takie zastępniki happy endu Stefci i Waldemara.

      1. Ja się nie mogłem opędzić od myśli, że Mniszkówna pożałowała zabicia Stefci zaraz po tym, jak postawiła ostatnią kropę. I tak, happy end w Ordynacie jest ewidentną namiastką. Czytałem kilka nowel Mn o różnych famfatalach, które zawsze były karykaturalne i demoniczne do potęgi, przy czym przejawiało się to głównie w werbalnym dręczeniu zakochanych mężczyzn; widać nic innego wyobraźnia autorce nie umiała podsunąć. Obrazki ze słowiańskimi dziewicami, chociaż naiwne do bólu, były chyba w jej wykonaniu mniej wymęczone.
        Nie wiem, czy słyszałaś o dziele z lat 90. XX wieku, w którym Stefcię wskrzeszono za pomocą najbardziej ogranego patentu świata, by mogła zażyć rozkoszy ze swym Waldym i nawet powić potomstwo 😀

        1. Trochę na zasadzie „muszę, muszę zabić heroinę, ale co zrobić, tak mi żal!”. No ewidentnie ;-). Nie, nie słyszałam, cóż to za dzieło? Ciekawa jest ta potrzeba wskrzeszania bohaterki, widać, że w samej fabule ta śmierć tak niespecjalnie gra. W „Ordynacie…” jednak Stefcia pozostaje świetlistym duchem, Waldemar poskramia swe żądze, by pozostać świetlistemu duchowi wiernym.

          1. Niejaka pani Rohóczanka, trzy tomy popełniła. Jest to grafomania cyniczna i brutalna, po trzy złote na taniej jatce w wydaniu kieszonkowym, chociaż pierwsze wydanie było w twardej oprawie ze złoceniami 😀 Jeśli przyjdzie Ci do głowy jakiś superoklepany chwyt fabularny, to na bank został tam użyty 😛

            1. Już się w międzyczasie dowiedziałam, jakim cudem Stefcia przeżyła, i mam jeszcze większą ochotę na lekturę! Jak gdzieś mi się rzuci w oczy, bierę w ciemno! 😉

              1. zacofany.w.lekturze says: Odpowiedz

                Pomysł najbanalniejszy z banalnych, ale ile ckliwych scen dało się na nim wygrać 😀

                1. Już się nie mogę doczekać :-D!

                  1. zacofany.w.lekturze says: Odpowiedz

                    Żebyś nie przeklinała 😀

  2. Jeśli chodzi o Rodziewiczównę, to z „Trędowatą” najbardziej kojarzy mi się „Między ustami, a brzegiem pucharu”. W swoim czasie czytałam też „Czahary” i „Dewajtisa” – i podobały mi się :)) Styl zdecydowanie nie tak „charakterystyczny”, jak u Mniszkówny.

    1. Rodziewiczówna ma styl równie kwiecisty, ale jednak w dużo lepszym gatunku 😀

    2. Obiecuję nadrobić, „Między ustami…” zdaje się nawet kiedyś już sobie przyniosłam z antykwarycznych łowów :-).

  3. Hm, może i przeczytam…
    W ogóle, patrząc na ilość komentarzy na blogu Tarniny, Mniszkówna wciąż wzbudza emocje 🙂

    1. Jakby mogła nie wzbudzać, w tym ciągle coś jest, chociaż może i styl budzi rozbawienie :-). Przede wszystkim, myślę, nadal działa to, że Mniszkówna nie „obiera” swoich bohaterów z bardzo fizycznych ciągot (pomijając końcówkę „Trędowatej”), taki Waldemar w „Ordynacie…” nadal miewa „chwile słabości”, mimo uduchowionego stosunku do zmarłej narzeczonej.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.