Tak bardzo chcemy, a tak bardzo nie umiemy… Albo o drugim sezonie „Anne with an E” (2018)

Nie wiem, czy znacie takie oto uczucie. Wpadł Wam do głowy świetny pomysł. Niezależnie, czy chodzi o przemalowanie pokoju, napisanie opowiadania, menu na dzisiejszy obiad czy zakup obróżki dla pupila. W każdym razie, no: genialna idea. Dopiero jednak, kiedy ją zrealizujecie, okazuje się, w świetle dnia i przy wizycie przyjaciół, że fioletowy totalnie nie pasuje do Waszej sypialni, główna linia fabularna Waszego opowiadania to kopia z Hemingwaya, zupa z kalafiora i korniszonów smakuje okropnie, a kot z wściekłości zdarł już całe obicie z kanapy. Taka sytuacja mniej więcej odpowiada temu, czego świadkami jesteśmy w drugim sezonie „Anne with an E”. I tak, wytłumaczę się jeszcze z tej metafory.

Od razu ostrzegam: wpis zawiera spojlery. Jeśli nie chcecie, żeby Wam ktoś omawiał wątki dopisane do fabuły, nie czytajcie przed obejrzeniem. Jeśli jest Wam wszystko jedno albo już oglądaliście serial, czytajcie śmiało. W każdym razie lojalnie uprzedzam, że macie wybór.

Ania na miarę naszych możliwości (czyli zdzieranie lukru)

Jeśli zerkniecie na opinie dotyczące serialu, to spotkacie się na pewno z taką, że jest to nowe podeście do powieściowego cyklu Montgomery. Pozbawione lukru, pogłębione psychologicznie, uprawdopodobnione. I taki zapewne (jak mniemam) był pierwotny zamiar twórców, tylko że już na tym poziomie coś – mówiąc kolokwialnie – nie pykło.

Co? Otóż, pozwólcie, że wypowiem na samym początku mój największy problem z tym serialem – który w drugiej serii widać lepiej nawet niż w pierwszej. Otóż, twórcy nie lubią swoich bohaterów. Więcej: uważają ich za nudnych. Dlatego chcą im dać inne życia, niż dostali od swojej twórczyni, życia, które scenarzyści uznali za bardziej ekscytujące (i, jak trafnie zauważył Lucjan, wyposażyć ich przy okazji często w dwa charaktery naraz). I tu pojawia się pierwszy, wyjściowy problem z materiałem. Jaki? Świat Montgomery, jak już kiedyś pokazywałam, nie jest światem z lukru. Nie: to świat przemocy (wobec kobiet i wobec osób uznawanych za inne, czy to ze względu na pochodzenie, język czy – tak, nawet! – orientację seksualną, ale też i położenie na drabinie społecznej czy łatkę „starej panny”), drobnych tragedii, które mogą stanowczo odwrócić bieg czyjegoś życia. Pamiętacie „Dzban ciotki Becky”? Mamy tam, jak nie przymierzając na półmisku z serami, mnóstwo takich drobnych życiowych tragedii: nieporozumień, zasmuceń, małych aktów codziennej rozpaczy.

Ale dla twórców „Anne with an E” małe nie równa się „dojmujące”, „przenikliwe” albo „znaczące”. Małe jest małe, więc co trzeba? Trzeba to wyolbrzymić. Jak? No właśnie – to dobre pytanie. Twórcy przede wszystkim, o czym wspominałam już przy okazji pierwszej serii, powtarzają się. Mamy więc duplikaty postaci, wątków i rozwiązań fabularnych. Po co? Hm, chyba po to, żeby pokazać, że twórcy wątpią w inteligencję widza. Zazwyczaj wstrzymuję się od takich sądów, ale tutaj nie przychodzi mi do głowy inne wyjaśnienie. Widać to także na jeszcze innej płaszczyźnie: pewnej, powiedzmy, polemiki między twórcami a krytykami pierwszej serii. Weźmy sam początek pierwszego odcinka. Widzimy Anię, jak wymyka się z domu i idzie do stodoły, skąd bierze linę, skręconą w bardzo jednoznaczny sposób. I rusza ku drzewom. Widz, zaznajomiony z pierwszym sezonem, aż drży: czy nasza rudowłosa sierota w Netflixowym wydaniu idzie się oto, ni z gruszki, ni z pietruszki, powiesić? Nawet by tego biednego widza to nie zdziwiło, wszak widział już samobójczą próbę Mateusza, katowanie Jerry’ego przez dwóch bandytów, prześladowanie Ani w sierocińcu. Ale nie, to twórcy chcą sobie z nas zażartować, Ania po prostu wspina się na drzewo, pomagając sobie liną. I gdyby twórcom starczyło tego humoru i dystansu do siebie i swojej twórczości na więcej niż otwarcie serii! Ale niestety, potem już na serio jest „więcej, mocniej, szybciej”.

Mamy dobry pomysł? To go pomnóżmy! (czyli duplikacje)

Widzicie, to nie jest tak, że jestem przeciwniczką reinterpretacji. Wręcz przeciwnie – ale reinterpretacja udaje się, kiedy szanuje się i zna materiał wyjściowy. Tymczasem tutaj nie ma ani pierwszego (ale okej, można i bez szacunku, niech będzie), ani, o zgrozo, drugiego. Zobaczcie choćby postać nieszczęsnego Moody’ego. Twórcy serialu najwidoczniej uznają, że ta postać ma na nazwisku Spurgeon, bo jakoś im umknęło, że największym nieszczęściem mało wymownego chłopaka jest to, że otrzymał imiona (nie imię!) po bardzo elokwentnych pastorach, nazywających się Moody i Spurgeon. A sam bohater nazywa się Moody Spurgeon MacPherson. Szczegół, ale pokazuje, jak scenarzyści podchodzą do tego, czego dostarcza im LMM.

Wspominałam w jednym ze swoich wpisów o Aninej serii, że jeśli się dobrze przyjrzeć, to u samej LMM znajdziemy postacie, które dają się zinterpretować jako queer. Ale twórcy wychodzą z założenia, że po co, jak można dopisać własne. I dopisują, tylko że – no właśnie – nie umieją. Co jest jakoś ciekawe, bo te koślawo napisane postaci nie pasują do koślawo napisanego przez nich samych świata. Jest to, przyznacie, pewną sztuką. Towarzyszący mi zatem przy oglądaniu okrzyk „ale po co jest ten wątek?”, dość intensywnie używany był zwłaszcza w przypadku takiej dopisanej postaci właśnie – Cole’a. Czy nie dało się wziąć bohatera już istniejącego i umiejętnie wyciągnąć wystające nitki tak, żeby spruć wierzchnią warstwę i doszukać się pod nią czegoś interesującego? Dało się (niechby był chociaż i ów Moody!), ale twórcy najwyraźniej nie chcieli. W imię duplikowania wzięli więc na warsztat pana Philipsa, niezbyt dobrego nauczyciela z avonlejskiej szkoły, obracając na nice cały jego wątek z Prissy. Ha, powiecie, no to masz, Pyzo, czegoś chciała – i jeszcze narzekasz? Ano narzekam, bo jak na dłoni widać, że aktor dostał w drugiej serii co innego do grania, niż w pierwszej (w imię świętego duplikatu, najwidoczniej), a sama reinterpretacja jest tutaj nad wyraz nieudolna. Jak to, zapytacie? Ano, odpowiem, tak właśnie. Jak ten wątek wygląda u LMM? Prissy wcale nie ma ambicji pójścia do szkoły – te jej „prywatne” lekcje z nauczycielem to tylko okazja dla tej dwójki do migdalenia się w świetle prawa. Co na to twórcy serialu? Zaprzęgają wątek do dwóch koni ciągnących w dwie różne strony: pan Philips okazuje się być gejem, a Prissy marzy o dalszej edukacji, ostatecznie uciekając sprzed ołtarza…

…i co? I co, zapytacie? Ano to, że docieramy do kolejnego problemu, jaki mam z tą luźną adaptacją. A mianowicie: z brakiem konsekwencji. Podwójnym – bo chodzi tu zarówno o to, że bohaterów nie dotykają skutki ich działań, jak i o to, że twórcy serialu wykazują się zaskakująco dużym brakiem konsekwencji w działaniu. I obie te rzeczy widać jasno właśnie w omówionym wątku. Zobaczcie: Prissy ucieka sprzed ołtarza. Mamy wiek XIX (o czym jeszcze będzie mowa), konserwatywną (a przez twórców jeszcze bardziej usztywnioną) wieś na prowincji. I co? I nic! Widzimy potem bohaterkę, jak chodzi do szkoły, jej rodzina nie wydaje się ani zgorszona, ani zawstydzona, wszyscy są uradowani – nie wiadomo jednak tak naprawdę, z czego. Twórcy wykazują brak konsekwencji zarówno w prowadzeniu tego wątku (sam nauczyciel znika jak sen jaki złoty i nie wiadomo po co właściwie dopisano mu wątek homoseksualizmu – oprócz, przepraszam, zasady świętego dubletu), jak i w jego następstwach. Jak słusznie skomentowała Siostra mojego Domownika: po co pani Harmonowa Andrews pojawia się nam jako progresywna matka, zachęcająca córkę do dalszej edukacji i marząca o „pokoleniu wyedukowanych żon”, skoro chwilę później będzie narzekała na to, że w szkole w Avonlea wreszcie zaczyna się uczyć?

Bo widzicie, to jest ten moment wpisu, w którym wjeżdża nam na scenę nowoczesność niczym panna (czy w realiach serialu: pani) Muriel Stacy. Na motorze.

 

Tak mniej więcej wyglądałam podczas oglądania, chyba że akurat pogrążałam się w otchłani rozpaczy.

Wiek pary, spodni i atomu (czyli jakoś tak to tam było kiedyś)

To, co mnie jednak nieodmiennie i w każdym odcinku zaskakiwało, to wyobrażenie twórców serialu o wieku XIX. Funkcjonujące na takiej mniej więcej zasadzie: „To przeszłość. W przeszłości kobiety nosiły długie spódnice i gorsety. Nie było elektryczności w każdym domu. Istniało wiele tematów tabu. Ludzie pracowali przeważnie na roli”. To, że wiek XIX nie bez kozery nazywa się „długim” i naprawdę jest różnica między, dajmy na to, rokiem 1813 a rokiem 1871, nie wspominając już na przykład o roku 1900, to niby truizm. Ale okazuje się, że niekoniecznie. Kiedy właściwie rozgrywa się akcja „Anne with an E”? Jeden z czarnych charakterów wspomina, że uczestniczył w wojnach burskich – czyli za nami są już lata 80. XIX wieku. Panna Stacy, co to nam wjechała przed chwilą na motorze, naucza avonlejską dziatwę o materii złożonej z atomów. Niby mamy na początku stulecia dziewiętnastego teorię Daltona, ale nie sądzę, żeby tu o nią chodziło (w ogóle raczej powinna ich uczyć o eterze, a jak już chciano zaznaczyć nowoczesność – co jest złego w starym, dobrym Darwinie?). Może zatem chodzi o model Thompsona z 1897? Myślę, że nadinterpretuję, ale mniej więcej możemy się zgodzić, że mamy końcówkę wieku.

Końcówka wieku XIX! Czyste złoto fabularne: przemiany społeczne, pędząca nowoczesność, wynalazki mnożące się jedne za drugimi… Tylko że, do licha, w decorum! To nadal jednak wiek królowej Wiktorii, Franza Josepha i tuszowania skandali w Wilhelmińskich Niemczech (ale twórcy o przeszłości Niemiec wiedzą tyle, że był nazizm, wprowadzą więc nam figurę żydowskiego handlarza, który usiłuje ściągnąć rodzinę do Kanady). Zatem, jeśli chcemy wprowadzić na scenę nowoczesność, niech panna Stacy nie nosi gorsetu – to dużo! Ale czemu rezygnuje z ławek (zabieg niełatwy do przeprowadzenia i w dzisiejszej szkole) i jeździ nieuczesana na motorze? Bo widz nie zrozumie, że ma do czynienia z kobietą nowoczesną? A pamiętacie, co bulwersowało bohaterów LMM jako zbyt „nowoczesne” i „śmiałe”? Piżamy. Tak, piżamy. Zatem na widok takiej Muriel Stacy prawdopodobnie całe Avonlea padłoby na zawał. Twórcy serialu nie umieją korzystać z epoki, którą wybrali, snują tylko wyobrażenia na jej temat oparte na… Właściwie to nie wiem, na czym oparte, trudno mi dociec. Własnej wyobraźni? Czymś zasłyszanym? Jakimś mglistym wyobrażeniu o jakiejś tam przeszłości? Jak trafnie ujęła to Serenity w cudnym tytule swojego wpisu, mamy do czynienia z czymś, co jest „bez serc, bez ducha, bez kontekstu historyczno-społecznego”.

A przecież czeka nas jeszcze wprowadzenie przez twórców pastorostwa Allanów. Tu dopiero dowiemy się zapewne ciekawych rzeczy. Marcin Napiórkowski w eseju o serialu sugeruje, że pewnie w trzeciej serii pojawią się Indianie – moim zdaniem rzecz będzie o krytyce zinstytucjonalizowanej religii. Żeby być sprawiedliwą, wątek przeszłościowy zakończę jednak pochwałą: bo w pierwszym odcinku dostajemy jednak jedną piękną scenę. Zanim ona nastąpi dostaniemy co prawda scenę bredni, kiedy Ania rozbiera się w biegu i wpada do oceanu, a za nią rozbiera się w biegu i wpada do oceanu Mateusz. Maryla zostaje na brzegu, przerażona, że wychowanka zaraz się utopi – ale nie może się przecież rozebrać i wejść do wody, więc drobi kroczkami na brzegu. Widzimy sztywno zasznurowane trzewiki i warstwy długich spódnic, umykające przed falami. Dobra scena! Czyli co, twórcy umieją, ale im się nie chce?

Jesteś lekiem na całe zło! (czyli po co nam jedna trauma, jak możemy mieć dwie?)

Tu docieramy do pytania: po co zatem to wszystko? Żeby odczarować serię znaną z dzieciństwa? Chyba nie, bo jak wspominałam, wychodzi na to, że nasi reinterpretatorzy ani bohaterów nie lubią, ani nie rozumieją i co więcej – powtarzam – uważają ich za nudziarzy. Jeśli chodziło o „urealnienie” nieco bajkowej (z wierzchu! nie zapominajmy jednak, co jest kodą całej serii, dojmująca wojenna powieść o Rilli) rzeczywistości – nie wyszło, bo z rzeczywistością epoki twórcy kontaktu nie mają. Jeśli o uwiarygodnienie psychologii postaci – no cóż, tu też nie bardzo. Scenarzyści wyszli bowiem z założenia, że co tam, Freudem, panie, Freudem wszystkich, a zatem charakter postaci wypływa z traum, jakich doznała w dzieciństwie. W przypadku Ani mamy cały zestaw, na jaki składa się prześladowanie, molestowanie, niezrozumienie. Wyjściowo – pomysł dobry. W realizacji, jak wszystko w tym serialu, nie bardzo. Zresztą sami twórcy chyba znudzili się tym pomysłem, bo zarzucają go w pewnym momencie na rzecz traum rodzeństwa Cuthbertów.

 

I będę twoim pokrewnym duchem tak długo, jak twórcy się tobą, Diano, nie znudzą i nie każą mi się zaprzyjaźnić z wymyśloną przez siebie postacią!

 

Dają zatem spokój przebłyskom z przeszłości, w których widzimy Anię poniewieraną przez inne dzieci z sierocińca albo przez opiekunów. Zamiast tego starają się pogłębić wprowadzony przez siebie wątek zmarłego starszego brata Cuthbertów. Widzicie, to jest kolejny dowód na to, że uważają postaci wyjściowe za nudne: bo dla nich wątek „Maryla nie wychodzi za mąż, bo musi opiekować się schorowaną matką” jest za mały. Jak go powiększają? Matka ma depresję po śmierci najstarszego dziecka. A przecież u LMM ten wątek znajduje odbicie w losach Ani, która zostaje w Avonlea, żeby ulżyć chorej Maryli – i znajdują z tego inne wyjście! Dlaczego? Dlatego, że nowoczesność i traumy u LMM są, ale subtelnie, powoli, z wyczuciem epoki. W serialu zaś wygląda to jak efekty narady przy okrągłym stole scenarzystów pod tytułem „znajdźmy tu jakieś uzasadnienie, chociaż nie bardzo tam pamiętamy, co było w książce i nie bardzo się orientujemy w realiach, ale żeby było wyraziste”.

Strasznie mi szkoda, że w gruncie rzeczy pod wyżej wspomnianą kategorię „dobry pomysł – słaba realizacja” w drugiej serii podpada też i to, za co chwaliłam pierwszą. Druga seria jest bowiem wyraźnie tańsza. Tu i ówdzie mignie efekt komputerowo wykreowanego krajobrazu, lokacje się powtarzają, ba, powtarzają się te same ujęcia tych samych lokacji. Powtarzalne scenografie można by niby wytłumaczyć tym, że jak wielkie może być takie Charlottetown, ale bez przesady, czemu bohaterowie chodzą non stop tą samą ulicą obok tego samego przybytku? No cóż, albo dlatego, że scenarzyści nie mają do końca innego pomysłu, jak powiązać ze sobą wątki („niech bohaterka tam idzie i to zobaczy!”), albo dlatego, że jednak Netflix nieco pożałował tu funduszy.

Mistyczny lis (czyli oniryzm)

A jednak twórcy próbują jakoś realizować scenariusz o dziewczynce z wielką wyobraźnią. Nie bardzo ma ona tutaj pole do jej używania, bo po co wyobraźnia, kiedy hiperbolizuje się wszystkie wątki (nie ma co marzyć o zamorskich podróżach – po prostu wysyła się w nie bohatera; po co myśleć, czy jest złoto pod Avonlea, lepiej dać dosłownie taki wątek; marzenia o fortunie, wielkiej miłości, karierze, to wszystko się nam pokaże, więc gdzie jest to słynne scope ofr imagination?). Z tego względu, jak sądzę, scenarzyści chcą chociaż trochę wytchnąć od tego swoiście rozumianego „urealniania” historii bazującej na sadze LMM, i wprowadzają nam do serialu mistycznego lisa. Ta figura mogłaby i do czegoś służyć, gdyby cały wątek był nieco bardziej subtelny (bo lis, rozumiecie, jest rudy i Ania jest ruda, och, jakie powinowactwo!), głównie jednak odgrywa rolę „mistycznego zwierzęcia pojawiającego się wtedy, kiedy coś się powinno pojawić”.

Przy czym, jak jesteśmy przy tym wątku: Ania jest niesympatyczna. Nie w rozumieniu: dzieci powinny być ciche, miłe i uśmiechnięte. Ania jest niesympatyczna jako Ania – nie zauważa choroby Maryli i tego, że opiekunka najwyraźniej źle się czuje. Wciąż krzyczy na kogoś i wybiega gdzieś. Mało ją interesuje zdanie przyjaciół. Oprócz dopisanego Cole’a, na rzecz którego twórcy każą jej właściwie porzucić ukochaną Dianę. Dostajemy zatem w rezultacie postać, która się nie rozwija – urok Ani polegał na tym, że owszem, była dziwna, a nawet dziwaczna, ale miała dobre serce i starała się uczyć na błędach – ale ciągle gdzieś biega, chichocze i trudno w sumie powiedzieć, o co jej chodzi. Możliwe, że to też kwestia kolejności kręcenia odcinków. Zakładam, że musiała być inna od tego, co widzimy na ekranie, ze względu na hm, zabiegi fryzjerskie. I może tak konsekwencja w obrazowaniu postaci gdzieś się zapodziała?

Jeśli więc tak narzekam i narzekam to zapewne w pewnym momencie zadaliście sobie pytanie, po co w takim razie w ogóle ten serial śledzę? Tak, ja też zadawałam je sobie w wielu momentach. Kiedy twórcy nagle kazali zagrać bohaterom w butelkę (już abstrahując od tego, że może i gra w butelkę ma długą tradycję, ale w świecie przedstawionym, gdzie tak ważną rolę pełni instytucja Pierwszego Pocałunku?). Kiedy panna Stacy wjechała na motocyklu (jak widzicie, zrobiło to na mnie największe wrażenie i ciągle do tego wracam). Kiedy okazuje się, że Mateusz leczy się z traum przeszłości i kto wie, jeszcze zostanie aktorem / wiecowym mówcą (no ba, realizm realizmem, ale nie zabijemy przecież lubianego bohatera, zdają się mówić scenarzyści, wystarczy, że LMM to zrobiła). Kiedy Ania okazuje się wszystko i wszystkich rozumieć, i nic jej nie dziwi (przyjmijmy, że jest ona takim Kasparem Hauserem tego świata i przyjmuje wszystko, bo nie zna realiów). Kiedy Gilbert powraca z Trynindadu z przyjacielem, będąc oburzonym na rasizm, ale nie zauważając getta pod miastem, koło którego od dzieciństwa mieszka (więcej na ten temat przeczytacie u Serenity) i przyjmując poród pośladkowy, ale mdlejąc na widok strzykawki (konsekwencja, jak wspominałam, nie jest mocną stroną twórców). Kiedy rozdzierający konserwatywne zasłony twórcy sami, nie mając lepszego pomysłu na postać, po prostu każą się jej ożenić (well…) albo czynią z panny wdowę (co jednak zmienia jej położenie w społecznej hierarchii dość mocno). Kiedy nagle wątek animozji anglojęzycznych Kanadyjczyków z francuskojęzycznymi Kanadyjczykami odchodzi w niepamięć i wszyscy żyją razem długo i szczęśliwie…

No cóż. Może to jest jakaś wiara w to, że to, co dobre w tej historii, jednak wypłynie na wierzch mimo starań scenarzystów? Może jakiś upór, który każe dokończyć to, co się zaczęło? Może perspektywa napisania wpisu, w którym sobie człowiek wszystko poukłada? A może, tak jak było w przypadku pierwszej serii, to jest jakaś potrzeba powrotu do tej historii? Jakie by nie było to jej wydanie? Nie wiem. Pewnie po trosze wszystko naraz. I może to jest zresztą dobry moment, żeby przeczytać opowiadania z Avonlea? Bo biedaki zakupione stoją na półce, więc – w sumie czemu nie?

***

Na koniec powróćmy jeszcze do metafory z początku. Bo widzicie, to nie jest tak, że te fioletowe ściany są kompletnym nieporozumieniem: przecież zawsze chcieliśmy mieć fioletowe ściany i dobrze, że wypróbowaliśmy je teraz, a nie po siedemdziesiątce, kiedy przemalowanie ich zajęłoby nam zdecydowanie za dużo czasu. Nieświadomy plagiat z Hemingwaya może pozwoli nam lepiej zrozumieć mechanizmy, rządzące jego opowiadaniami, w smaku tej dziwnej zupy jest jednak coś intrygującego i udało się zużyć ten zalegający od dwóch lat – czasu wielkiego ogórkowego urodzaju – słoik korniszonów. A i kot wydrapał spod obicia coś ciekawego. Tylko, nadal, pozostaje pytanie: czy było warto? Może te same efekty osiągnęlibyśmy innymi środkami?

12 Replies to “Tak bardzo chcemy, a tak bardzo nie umiemy… Albo o drugim sezonie „Anne with an E” (2018)”

  1. Ja naprawde nie moge przebolec. To mogla byc taka swietna adaptacja. Nie musiala byc doslowna, ta poglebiona opowiesc o traumie dziecinstwa Ani byla super. Mogla byc wierna ale nie doslowna, bogatsza. No coz.

    Najgorsze, ze obsada taka dobra. Teraz juz zawsze mam przed oczami Amybeth McNulty i ona WYGLADA jak Ania, doskonale dobrana do roli.

    Mnie zdumiewa jedna rzecz i juz o tym wspominalam chyba nawet na jakichs forach. Jesli sie upierali przy mroczniejszej adaptacji i wydobywaniu niesprawiedliwosci spolecznej wobec kobiet dlaczego nie wybrali Blekitnego zamku? Sam fakt ze bohaterka jest dorosla wiele by im ulatwil. Plus historia Cesi, daloby sie dodac cos tlumaczacego dlaczego pani Fryderyka byla jaka byla – no mnostwo przestrzeni na takie rzeczy. Plus Blekitny zamek nie ma zadnej chyba filmowej adaptacji. I naprawde znacznie lepiej by sie nadawal. Chociaz jakby ich lina interpretacyjna szla „usunmy wszystko co piekne bo musi byc brud i brzydota tylko wtedy jest AUTENTYCZNIE i AMBITNIE to moze jednak lepiej nie..

    1. Dwie serie dostarczyły mi już czasu, żeby przeboleć, chociaż rozumiem Cię doskonale: był potencjał, ten pierwszy odcinek pokazywał, że jest tu z czego wycinać historię, dokładać, pokazywać – a czemu to skręciło w taką stronę? Nieumiejętność? Dobrochciejstwo niepoparte solidnym przygotowaniem? Jakaś specyficzna wizja twórców (którzy chyba mają gdzieś uwagi krytyczne, jak sądzę po scenie otwierającej ten sezon – „przeszkadzało wam? to będzie jeszcze bardziej, więcej i zdziwniej!”).

      Obsada świetna i ktokolwiek robił casting, powinien dostać medal. Ania, Maryla, Mateusz, nawet ci nieszczęśni bandyci wyglądają dokładnie tak, jak powinni. Chociaż muszę powiedzieć, że zastanawia mnie, czy Maryla ma pomalowane rzęsy? Jest sporo zbliżeń na oczy (z wiadomych powodów) i nie mogłam się oprzeć temu wrażeniu. Nie przeszkadza mi to jakoś (ginie w tłumie), po prostu się zastanawiam.

      Co mi przypomina – koniecznie muszę do listy bibliotecznej na ten tydzień dorzucić „Błękiwtny zamek”! (wstawiłabym więcej wykrzykników, ale wiadomo, co Pratchett pisał o większej ilości wykrzykników ;-)).

  2. Ok, na szybko wynotowałam sobie pewne rzeczy, które mi się w oczy rzuciły w Twoim tekście, jak i w samej Ani.
    Panna Stacy wjeżdża na motorowerze, a to jeszcze ciekawsze niż sam motor.
    Co do datacji – w ogóle Bash mówi coś o datach na Trynidadzie. Tylko musiałabym znaleźć i obejrzeć jeszcze raz ten fragment, a nieszczególnie mi się chce.
    Hej, skoro oni mają motorowery to czemu w Avonlea nie ma ani jednego samochodu? Państwo Barry powinni mieć, przecież są tacy och, ach, najbogatsi, najbardziej do przodu i zapatrzeni w Brytanię.

    Ogólnie tak bardzo się z Tobą zgadzam, że bardziej chyba nie można. Szkoda, że nie poruszyłaś w tekście tematu balu, bo to też jest taki wątek, który pozostawił mnie… w niedowierzaniu, szoku i w ogóle?

    1. Przyznaję, nie wiedziałam, jak nazwać ten wehikuł – ale masz rację, to najbardziej faktycznie przypomina motorower (i w związku ze spadającym łańcuchem zapewne nim i jest). Dzięki za zwrócenie uwagi!

      Tak, mówi o zniesieniu niewolnictwa, że jest wolnym człowiekiem od 1834, jeśli mnie pamięć nie myli (a Wikipedia podopowiada z kolei, że Ustawa o Zniesieniu Niewolnictwa na Trynidadzie to 1833, więc może i nie myli). Czyli zdecydowanie jesteśmy w końcówce XIX wieku, i to od dawna ;-).

      Dobre pytanie! A to piękny wątek przecież (że wspomnę pana Ropucha z „O czym szumią wierzby” – ta niszcząca nowoczesność! Ale i u samej LMM auta się pojawiają i sieją zniszczenie, choćby we wspomnianym „Dzbanie…”). No, ale tu twórcy musieliby się zapytać, kiedy właściwie dzieje się ta historia ;-). Co do Barrych, to mnie jeszcze ciekawi, jak ten wątek zostanie poprowadzony: bo bardzo ich, hm, ubogacono, pani Barry jest Angielką – a przecież wiemy, że Diana ostatecznie wychodzi za poczciwego, dobrego Freda. Ani bogacza, ani nikogo o specjalnej pozycji w hierarchii społecznej… Kształcić też jej nie dają: tu zdaje się powinno być na odwrót. Swoją drogą, wątek Barrych dobrze pokazuje to, o czym pisałaś u siebie: że twórcy serialu szybko wprowadzają konflikty i błyskawicznie je likwidują. Ach, po co się martwić, kiedy można się obrzucać liśćmi?

      Ha, bal! Bal, szczerze mówiąc, bym wybaczyła, bo jest trochę jak z Prousta. A panna Barry jednak czerpie z francuskich wzorców. Tyle że skąd by się wzięli w takiej małej mieścinie wszyscy ci artyści, znajomi i powinowaci? Plus oczywiście śmieszny lokaj, bo wiadomo, jak się chce wprowadzić wątek humorystyczny, padnie na lokaja (tak a propos tego nieuświadomionego konserwatyzmu twórców serialu!).

      1. O widzisz, ja z tą wypowiedzią Basha to mam problem, bo ona zabrzmiała tam zbyt dosłownie. No i sam kontekst tej wypowiedzi wskazywałby, że jednak są bliżej tego 1834 roku, bo przecież Bash musi przypomnieć o tym temu białemu na Trynidadzie. Gdybyśmy byli w latach 90tych, to facet, który Sebastiana zaczepił raczej byłby urodzony po zniesieniu niewolnictwa na Trynidadzie i nie miałby od razu w głowie obrazu czarny = niewolnik, a jak niewolnik = to mogę się do niego tak, a nie inaczej zwrócić. Tu leży konsekwencja. Podobnie jak w scenie spotkania z matką Basha i całym tym wątkiem jego ucieczki z Trynidadu. Ale znów pamiętam te rozmowy jak przez mgłę, bo oglądałam serial dobry miesiąc temu, a nie chce mi się do tego wracać.

        Co do Barrych, to twórcy bardzo sprytnie (w ich mniemaniu oczywiście) pozbawili się konieczności ciągnięcia dalej wątku edukacji Diany: skoro musieli sprzedać nawet zasłony, to nie będzie ich stać, żeby wysłać ją do Francji, żeby się edukowała. Co ostatecznie skończy się oczywiście tym, że pewnie edukacja Diany skończy się na szkole w Avonlea, albo co najwyżej na Uniwersytecie. Albo pozna jakiegoś miłego chłopca, zakocha się w nim i zupełnie bezproblemowo przekona rodziców, że to to czego jej potrzeba.

        Skoro ciotka Józefina przygarnęła Cole’a i pewnie będzie łożyć na jego edukację, to czy w takim wypadku nie będzie miał kto dołożyć się do czesnego Ani? I co wtedy, Ania pójdzie do pracy (oczywiście jakiejś nowoczesnej, bo gdzie tam dla niej kobiece zawody)? A może rzuci studia? Chociaż nie, mam! Znalazłam rozwiązanie: studia sfinansuje Ani częściowo wielka miłość Mateusza.

        W ogóle nie wyobrażam sobie w tym serialu, co twórcy zrobią z Tadziem i Tolą w tym serialu. Albo z Jasiem Irvingiem. Przecież to w ich serialowym kodzie będzie idealny materiał na Cole’a 2.0. O, właśnie mam wrażenie, że jeśliby chcieli już wrażliwego i innego chłopca to przecież mogliby czasowo przesunąć Jasia (khem, Pawła, jak się okazuje) Irwinga i wrzucić go w pokolenie Ani. I jeszcze jakie piękne wątki by się pojawiły – panna Lawenda, Elżbiety i Stefan Irwing. Dużo lepsze byłoby to niż co nam zaserwowano w serialu.

        1. No tak, ona faktycznie ma taki wydźwięk. Ja ją z kolei zinterpretowałam po prostu jako przedstawienie problemu tego, że niewolnictwo teoretycznie zniesiono, ale ma się dobrze jako taki stan mentalny, zarówno białych, jak i czarnych. Zresztą do tego chyba piją też twórcy w scenie w getcie, kiedy Bash spotyka czarnoskórego konduktora, który wcześniej sugerował mu jazdę w ładowni. Z tym że dla mnie cały ten wątek jest jednak wątkiem zastępczym, to znaczy tego, co dzieje się na linii anglo- i francuskojęzycznych Kanadyjczyków. Twórcy omijają ten problem, uznając go za nieaktualny (?), zastępując czytelniejszym wątkiem rasizmu nie językowo-kulturowego, ale koloru skóry.

          Swoją drogą zapomniałam napisać, że bardzo mi się podoba to, że postaci mówią z akcentami :-).

          Ojej, no może tak być z tą Dianą. Tylko po co wtedy cały wątek „iluminacji”, jakiej doznaje na balu? Że na małżeństwie świat się nie kończy? Ło matko, może też tak być z edukacją Ani, która postanawia zostać nauczycielką, chociaż nie wiemy, co ją do tego skłania poza chwilowym zauroczeniem panną-wdową Stacy. Z tym że twórcy w sumie traktują majątek panny Barry jako bardzo rozciągliwy, stać ją chyba będzie na wszystko ;-).

          Tak! Myślałam sporo o Irvingach przy tej serii, aż się prosiło, żeby to poprzesuwać. Ale myślę, że scenarzyści będą po prostu rozciągać tom pierwszy do niemożliwości. Co nam zostało w sumie oprócz państwa Allanów? Jeszcze edukacja w seminarium nauczycielskim, śmierć Mateusza, choroba Maryli. Ciekawe, czy te wątki się pojawią lub powrócą.

  3. Och Blekitny Zamek koniecznie. Ale jesli mozesz to w oryginale (choc podobno ten najnowszy przeklad jest pelny, ale nie sprawdzalam jego jakosci). Dopiero teraz czytajac po angielsku zdalam sobie sprawe jak bardzo ta klasyczna wersja jest ocenzurowana. I nie chodzi wylacznie o banalna juz u Montgomery w polskiej wersji zmiane imion. Wszelka jadowita satyra spoleczna zostala usunieta, aluzje do namietnosci stonowane, bo nie uchodzi, nie uchodzi.
    Blekitny zamek jest dla mnie ksiazka najbardziej krzepiaca i wolnosciowa. To Oda do Wolnosci, naprawde. Podobne odczucia mam wobec Jany ze Wzgorza Latarni. Wlasnie Valancy i Jana to moje ukochane bohaterki Montgomery.

    Tak sobie mysle o tym co opowiadacie tu o oburzeniu Gilberta na rasizm. I przychodzi mi do glowy Sienkiewicz w bardzo dziwny sposob. Sienkiewicz widzi ucisk wobec Polakow pod zaborami a zupelnie nie dostrzega racji czarnoskorych w pustyni i w puszczy, ktorzy przeciez sa w bardzo podobnej sytuacji. (Chyba kazda adaptacja jakos sie do tego odnosi, bo nie sposob pominac takiego slonia, w tej starszej pan Tarkowski zaczyna wlasnie mowic cos w rodzaju ze przeciez walcza o wolnosc we wlasnym kraju, co pan Rawlison kwituje „Mowisz jak Murzyn”). Ale jest calkiem mozliwe ze jest jakis mechanizm wyparcia pod haslem jesli my to robimy to jest OK, bo przyczyniamy sie do rozwoju cywilizacji, a jesli robia to nam (lub komus nam bliskiemu – nie wiem, moze Bash jest od poczatku jakos Gilbertowi bliski) to to zmienia optyke.

    1. Dobrze, pobrane na czytnik w oryginale! Zabiorę się za niego jakoś między Ann Radcliffe piknikowo-sierpniową i nową profesorową Szczupaczyńską, będzie jak znalazł :-). Znalazłam co prawda w bibliotece tłumaczenie Agnieszki Kuc, ale nie będąc pewną co do nowości i kompletności, zdecydowałam się na oryginał. Zwłaszcza, że LMM przyjemnie się w nim czyta :-).

      No tak, oczywiście, można to w ten sposób interpretować, tyle że akurat raczej twórcy dają asumpt do rozkmin na ich niekorzyść niż korzyść. Ale tak, masz oczywiście rację, że to może wynikać z tego, że dla Gilberta Sebastian jest przyjacielem, a ludzie z getta obojętnymi ludźmi z getta. I z tym Sienkiewiczem – no tak, to jest temat, do którego i ja stale powracam, jak bardzo „W pustyni…” świeci tu zrujnowanym potencjałem.

  4. Ten serial jest taki ogólnie „za”: za dużo niepotrzebnych wątków, za bardzo przekombinowany i zbyt mocno wysilony. Ja mam w ogóle takie wrażenie, że ktoś na mocno zakrapianej imprezie zakrzyknął „Hej, ludzie! A może nakręcimy coś aktualnego, a dla niepoznaki zasłonimy płaszczykiem klasyki?” I wszyscy zaczęli wrzucać do koszyka swoje pomysły, a scenarzyści je tylko wymieszali, nie pomijając żadnego z nich, bo po co mają się marnować. I tylko się zastanawiam, czy ktokolwiek wie, o czym właściwie ten serial ma opowiadać? Bo nie o Ani, rzecz jest pewna.

    I tak mnie jeszcze naszło w związku z dopisywaniem, reinterpretacją czy duplikowaniem postaci: tak naprawdę Diana jest tutaj osobą dość bezbarwną i poza funkcją wiernej satelitki Ani, ma właściwie niewiele do roboty. Owszem, coś na kształt jakiegoś pomysłu pojawił się przy okazji balu u Józefiny, ale chyba jeszcze do końca nie wykorzystano jej potencjał. Coś czuję, że w kolejnej serii twórcy dopiszą jej jakąś traumę lub szokującą przemianę, np. nieboga wyjedzie do Paryża, aby żyć w jakiejś komunie artystów albo zaangażuje się w ruch robotniczy (bo takiego wątku jeszcze nie było). Jak to niektórzy mawiają: strach się bać…

    1. Zgadzam się, że serial jest przedobrzony w każdym kierunku i że przypomina worek pod tytułem „wiek XIX, jakaś tam przeszłość, coś tam, coś tam, ważne tematy”. Ania wręcz tu ginie w natłoku różnych spraw – może stąd to bieganie i krzyczenie, bohaterka wymyka się scenarzystom, błagając o uwagę ;-).

      No właśnie, Diana to też trochę taka postać, od której Ania może się odbijać „na korzyść” i to jest smutne, bo nie o to przecież w tej relacji powinno chodzić, nawet zgodnie z deklaracjami serialowymi, już LMM zostawiając w spokoju. O, ruch robotniczy nie wiem, czy będzie – ale zapowiada się (w postaci syna Mary) ruch emancypacyjny czarnoskórych, jak sądzę. Ale co ja mówię: twórcy serialu na pewno dadzą radę włożyć do swojego przepastnego worka też i ruch robotniczy, artystyczną komunę, Indian, krytykę kościołów, ataki terrorystyczne (akurat częste w XIX wieku) i nie wiem, co jeszcze, ale wierzę w nich! 😉

      1. I teraz to mnie dopiero przestraszyłaś…

        1. Pogadamy po trzeciej serii i zobaczymy, kto miał rację ;-). Może twórcy nas zaskoczą i nagle wróci umiarkowanie, szacunek do literackiego pierwowzoru i konsekwencja? Pomarzyć można ;-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.