Szanowny panie Balzac albo o „Kobiecie trzydziestoletniej” H. Balzaka

Po „Kobiecie trzydziestoletniej” bez wątpienia widać, że to właściwie różne opowiadania złożone w całość. Całość dość zresztą względną, bo chociaż bohaterka z grubsza wszędzie przypomina tę samą osobę, to całe jej otoczenie jest dość płynne. Raz zły mąż może okazać się bohaterem, kiedy indziej córka pod wpływem irracjonalnego impulsu ucieknie z piratem — i co z tego, zdaje się pytać Balzac, poświęcając niekiedy strukturę na rzecz, hm, dobrej literackiej zabawy?

Skąd to „hm”, zapytacie? Ano, mam takie wrażenie, że sięgając po klasyków dość rzadko można się naciąć. Bo wiadomo mniej więcej (czasami mniej, czasami więcej), czego się spodziewać. Nie w sensie przewidywalnej fabuły — Balzac wszak poczynił pewien wyłom, jak informuje nas we wstępie do „Kobiety…” Boy-Żeleński, który całość, a jakże, przełożył: przed Balzakiem niespecjalnie uważano kobietę trzydziestoletnią (czytaj: dojrzałą) za dobry materiał na bohaterkę historii, a już historii o miłości zwłaszcza. Chodzi mi raczej o pewien warsztat, który — choćby i pisarz klecił pośpiesznie sceny, byleby opłacić rachunki — pozostawał na pewnym poziomie. Pod tym względem powieści klasyczne zwykle bywają satysfakcjonujące.

No to skąd to „hm”? „Kobieta…” to są jednak, nie ma co ukrywać, splecione ze sobą dość luźno opowiadania. Czasami efekt jest kuriozalny (piraci!), czasami zaś po prostu sprawia wrażenie, że pisarz połączył ze sobą zalegające w szufladzie teksty. Nie zrozumcie mnie źle: to się wciąż dobrze czyta, jednakże (ach, jak dawno nie zdarzyło mi się użyć słowa „jednakże”!) pozostawia po sobie dość specyficzne wrażenie. Jeden rozdział jest lepszy bądź gorszy od drugiego i zamiast powieści dostajemy raczej dość nierówny zbiór opowiadań.

To, co pozostaje zdecydowanie godne uwagi (i lektury!) to niewielkie scenki, które nam Balzac oferuje. Muszę przyznać, że na dłuższy czas pozostanie ze mną na przykład scena, w której bohaterowi zostaje drzwiami przytrzaśnięta ręka. Ach, aż syknęłam w autobusie ze zgrozy. I ciekawość tej literatury leży nie w tym, że nikt nie lubi przytrzaskiwać sobie palców — a każdy, komu się to przydarzyło wie, jak bolesna to sprawa — ale jak świetnie zostaje to skomentowane. Okropny ból fizyczny, połączony z psychicznym — mowa przecież o nieszczęsnych kochankach — jest ledwie tematem plotki, ploteczki nawet, wymienianej niedbale na salonach.

Ale nie ma co ukrywać, zdarzają się w „Kobiecie…” kwestie dość, dzisiaj na nie patrząc, problematyczne. Tak, to jest ten fragment wpisu, w którym zajmę się na chwilę piratami. Bo widzicie, niechaj ta córka już ucieka z piratem, co tam, nie takie rzeczy żeśmy przecież czytali. Ale cały wątek „czuję się okropnie winna i muszę tę winę jakoś odkupić, a dom rodzinny nie oferuje mi żadnej ku temu okazji” kulminuje w zupełnie niemal nieprawdopodobnym „wypadam z domu w ciemność z nieznajomym facetem”. Ba, tak jak mówiłam: nie takie rzeczy widziano i widzieć się będzie, niemniej można sobie pod nosem mruknąć, że słabo to wyszło, jakby Balzac chciał w jakiś radykalny sposób ten wątek rozwiązać.

Niemniej, czy warto dzisiaj sięgać o „Kobietę…”? Nie zrobiła na mnie ani kolosalnie dobrego, ani złego wrażenia. Czytało się, ot, w porządku, jako pewną ciekawostkę z epoki, nie schodzącą poniżej poziomu, jaki przewiduje obcowanie z klasyką. Czy bez wstępu Boya docenić ją idzie w całej pełni jako przełomową? No cóż, tutaj już mam wątpliwości. A jak się na to zapatruje Tarnina, sprawdźcie koniecznie na jej blogu — a do dyskusji zapraszamy tym razem tutaj. Do pikniku włączyła się również Jeden Akapit. A już 20. czerwca z kolei (już miejmy nadzieję bez poślizgów) zapraszamy na piknik z Heleną Mniszkówną i jej wiekopomną „Trędowatą”!

12 Replies to “Szanowny panie Balzac albo o „Kobiecie trzydziestoletniej” H. Balzaka”

  1. Ach, piraci! No właśnie. Mimo wszystko na mnie jednak większe wrażenie zrobiła ta scena, w której topi się chłopczyk, wszyscy obecni, włączając w to matkę i jej przyjaciela – ojca dziecka, podchodzą do tego mnie więcej tak (już po jakichś 15 sekundach): ach, poszedł na dno, nic cię już nie da zrobić. A narrator zastanawia się, jak też owa kobieta wytłumaczy to mężowi. To prawda, nie takie rzeczy się czytało, ale jednak od Balzaca… oczekuje się chyba czegoś innego.

    A jak Ci się wydaje, Pyzo, jakie jest przesłanie tej książki? I po co w ogóle Balzac ją hmm… skompilował?

    1. A tak, to prawda, mnie też zaskoczyło, jak szybko zgromadzeni na brzegu uznają, że nic się nie da zrobić — chociaż teraz myślę, że tak miał zadziałać mechanizm narracyjny: szybka tragedia bez żadnego wyjścia, staje się, co musi się stać i koniec. Trochę tak samo to działa w opowiadaniu z piratami, które jest tematycznie powiązane (przez tę próbę odkupienia winy, którą cały czas czuje córka). A Ty co sądzisz?

      Ha, to dobre pytanie! Najprościej byłoby odpowiedzieć, że żal mu było materiału… 😉 Ale szczerze mówiąc faktycznie wydaje mi się, że tu są motywy przewodnie do siebie zbliżone, więc żal mu było nie powiązać ich ze sobą za pomocą historii jednej bohaterki, od fatalnego zauroczenia po fatalne zauroczenie jej córki. A Ty masz pomysł, czemu tak zrobił?

      1. W którymś momencie Balzac też pisze, że utrata dziecka to dla kobiety zmartwienie przemijające, bo szybko zastąpi je inne. Może dlatego śmierć Karolka nie robi na nikim większego wrażenia? (Pomijając to nawracające poczucie winy u jego siostry).

        Chodziło mi raczej o to, jaki z tej książki – jako całości – płynie „morał”. Bo przyznam się, że dla mnie zaczęło się ciekawie, padają trafne zdania na temat funkcjonowania kobiet w ówczesnym społeczeństwie, autor opisuje podwójne standardy, według których ocenia się zachowanie mężczyzn i kobiet i początkowo wydawało mi się, że Balzac sympatyzuje z kobietami. Ale potem Julia staje się „kobietą występną” i czytelnik traci całą dla niej sympatię. W ostatniej części bohaterka pokutuje za swoje grzechy, a jej córka powiela błędy matki. Wymowa jest moim zdaniem antyfeministyczna. W którym momencie Julia staje się kobietą godną potępienia? Bo wychodzi chyba na to, że wtedy, kiedy decyduje się jednak wyrwać od życia trochę szczęścia dla siebie. Ta decyzja prowadzi do jej moralnej degeneracji, podczas gdy jej mąż, którego swobodny tryb życia autor opisuje otwartym tekstem, zostaje w dalszych częściach książki rozgrzeszony.

        1. W ogóle muszę przyznać, że o ile w kwestiach małżeństwa Balzac jest progresywny, jak na epokę (o czym dobrze piszesz w swoim wpisie: zwłaszcza jeśli chodzi o kwestie dotyczące pożycia intymnego, które właściwie jest dla bohaterki nieustającym źródłem bólu i rozczarowania), to jego poglądy na macierzyństwo (i ojcostwo) są dość… specyficzne. Julia w ogóle nie ma dobrych relacji z własnymi dziećmi i one są też dla niej źródłem zdumienia, udręki i ciągłego zmartwienia, ale właściwie — takie odniosłam wrażenia — nie swoim postępowaniem (może poza najukochańszą córką), ale tym, że bohaterka nie umie mieć z nimi odpowiedniej, swoim zdaniem, relacji.

          Hm, mąż w ogóle się zmienia jako bohater i średnio przypomina siebie z pierwszych części tekstu. Natomiast czy Julia faktycznie jest „kobietą występną”? Może za bardzo tam Balzac kluczy między wierszami, ale ja odniosłam wrażenie, że niespecjalnie ją potępia, raczej pokazuje, do czego prowadzą podwójne standardy społeczne. Owszem, Julia nawiązuje w końcu romans, żadne tam platoniczne uczucie, postać księdza ją przed tym ostrzega, ale i trochę jakby jednak rozgrzesza: w końcu nie tyle sama bohaterka jest, kim jest, ale jest tym, kim ją uczyniono. Czy kobietą upadłą? W końcu dalej jest wysoko ceniona „na salonach” jako mądra żona niespecjalnie rozgarniętego męża.

          1. Dla mnie ta książka strasznie się nie trzymała kupy, bo tak jak piszecie, to bohaterowie z początku nie do końca mają się do tych, którzy byli na końcu. Oczywiście, ludzie się zmieniają, ale nie wszyscy i nie aż tak 😉 I też mi się wydaje, że Balzakowi mogło być „szkoda materiału”, tylko że dlaczego go nie obrobił i nie przeredagował? Wyszedł jak dla mnie troszeczkę taki potworek z tego 😉 A jeśli chodzi o przekaz, to gdyby mnie Boy-Żeleński na wstępie nie nakierował, to chyba miałabym problem z tym, co właściwie się wydarzyło na kartach tej powieści. Bo z jednej strony czułam, że jest tam jakaś misja pokazania tych kobiet ówcześnie dojrzałych za ciekawych, małżeństwa jako niekoniecznie największego szczęścia i podwójnej moralność męskiej i kobiecej, ale to wszystko – podobnie jak bohaterowie – jest jakieś takie rozmyte. Umówmy się – Balzak potrafi pisać lepiej, a tu mu zdecydowanie coś nie do końca wyszło 😉

            1. No tak, najbardziej spektakularną przemianę przechodzi chyba mąż głównej bohaterki (no ale musiał ją przejść, żeby odegrać swoją rolę w całej tej pirackiej awanturze ;-)). Natomiast mnie się wydaje — po komentarzu Boya — że Balzac jednak te historie jakoś przepracował i połączył, więc nie puścił ich tak zupełnie samopas.

              No właśnie, a propos Boya: mam bardzo podobnie jak Ty — jego komentarz pokazał mi cenniejsze strony tej lektury. Inaczej „Kobieta…” zostałaby dla mnie ot, takim przyjemnym klasykiem, ale bez większego polotu. Ale może taki los kamieni milowych? Że same niekoniecznie są jakieś super świetne, ale dają asumpt do kolejnych działań innym pisarzom/pisarkom?

  2. Przepraszam za wtrącenie, ale nie mogę się powstrzymać i wyrazić swego zadziwienia negatywnego nad zdaniem o przemijającym zmartwieniu…

    1. No cóż, jak wspominałam wyżej, Balzac poważnie podszedł do problemu małżeństwa, ale niekoniecznie już do problemu macierzyństwa. Ciekawe swoją drogą, że postęp w myśleniu o jednym niekoniecznie był powiązany z postępem w myśleniu o drugim, prawda?

  3. Z tego, co piszesz, to taki typowy Balzac. Facet pisał takie ilości, że trudno, żeby to cały czas było alleluja i katharsis. Ale takie scenki-smaczki to na pewno 🙂

    1. Trudno mi ocenić typowość (bo to mój drugi Balzac dopiero!), ale faktycznie nie jest to jakieś wielkie dzieło, raczej przyjemne w kategorii „do poczytania”. No i wiadomo, z ilością nie zawsze wiąże się jakość ;-).

      1. Czytam właśnie z córką „Miasto Śniących Książek” Waltera Moersa, nie wiem, czy znasz, i tam są zakamuflowani różni prawdziwi pisarze, m. in. Balzac też, tylko że tam się nazywa Balono de Zacher (anagram). I mówi się tam o nim tak: „Napisał zdecydowanie zbyt dużo. Ten biedak, który musi zapamiętać wszystkie jego powieści, stale myli imiona bohaterów – nic dziwnego, przy siedmiuset powieściach z liczbą bohaterwó idącą w tysiące.” A potem jeszcze: „Balono de Zacher był nieprzerwanie pod wpływem Orma, tak że praktycznie musiał pisać bez przerwy. Podobno pił niesamowite ilości kawy”.
        Hehe. „Miasto Śniących Książek” jest super, polecam. Może napiszę kiedyś o tym coś u siebie.

        1. Nie znam właśnie, jakoś mam wrażenie, że przegapiłam, kiedy powieść święciła największe tryumfy, a potem nie sięgnęłam – ale widzę, że warto nadrobić. Taka charakterystyka nieźle pasuje też na przykład do Kraszewskiego (choć nie wiem, jak z kawą ;-)).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.