I butelka rumu! Albo o „Wyspie Skarbów” R. L. Stevensona

Co ja też mam powiedzieć o tej lekturze? Powiem Wam, że dawno żadna historia tak po mnie nie spłynęła jak po kaczce. I teraz pytanie: nie jestem już docelowym czytelnikiem? Bo że Stevensona czytać lubię, a historie o piratach zasadniczo też nie są bardzo wrogie memu sercu, to te czynniki odkładam na bok. To co z tą „Wyspą Skarbów” w takim razie?

Co w trawie piszczy?

Od dawna chciałam ją przeczytać, bo to jednak klasyk i jedna z najbardziej znanych pozycji w dorobku Stevensona. A tymczasem rozczarowanie od początku właściwie tylko narastało. Zasadniczy zręb historii wszyscy znamy: oto młody bohater, który przypadkiem zostaje wplątany w historię skarbu, zakopanego przez złowieszczego kapitana piratów gdzieś na wyspie, do której trudno trafić. Ale od czego są tajemnicze mapy, dziwni lokatorowie wprowadzający się niby tylko na chwilkę do gospody ojca bohatera, że o ochoczo chcących wyruszyć na poszukiwania szlachcicach z okolicy nawet nie wspomnę.

Stevenson ciągle chce czytelnika zaskakiwać, więc w powieści wciąż coś się dzieje. Także nie myślcie, że to książka nudna, co to, to nie. Raczej pozostawiająca obojętną, mnie w każdym razie. Czemu? Otóż Stevenson dość szybko wprowadza bohaterów i ich ze sceny sprowadza. Trudno się przez to przejąć czymkolwiek (może jedna scena z walką na noże faktycznie nie do końca była takim „pewniakiem”), włącznie z tym, co stanie się z bohaterami. Sami bohaterowie są albo niesympatyczni (takie wrażenie wywarł na mnie Jim Hawkins, czyli nasz młody poszukiwacz skarbów), albo charakteryzowani pośrednio (dziedzic, który wyprawia się szukać skarbu i jest szalenie naiwny, o czym jednak dowiadujemy się głównie z listów), albo po prostu pełnią swoje role w opowieści (doktor) i trudno się w nich dopatrywać czegoś więcej.

 

Urocza fotografia autorstwa Markusa Spiske, dostępna dzięki Unsplash. I jakoś oddaje mój stosunek do powieści.

 

Klasyku, jak cię czytać?

Wyjątkiem byłby tu Długi John Silver. To postać bardziej niejednoznaczna, bo choć za garść złota jest gotów szybko zmienić strony, to jednak imponuje mu twardość charakteru i zaradność, a jeśli te cechy u kogoś doceni, to może i garść złota tak szybko nie przekabaci go i nie zacznie sprzyjać drugiej stronie konfliktu. Sama historia tego pirata też wydaje się ciekawa, więc szkoda, że Stevenson daje nam o niej znać jedynie na marginesie. Dużo ciekawiej Długi John wypada zwłaszcza na tle Jima, który przechodzi dość dziwną ewolucję charakteru, zasygnalizowaną jednozdaniowymi rozterkami w rodzaju „jak to jest zabić człowieka”. Przy czym tak gładko przechodzi nad tym do porządku dziennego, że trudno w te rozterki uwierzyć.

Być może to kwestia skierowania fabuły do młodszego czytelnika. Chodzi wszak o to, by zażyć przygody, a nie zastanawiać się nad moralnymi wątpliwościami. Pobać się, ale w granicach rozsądku. Wyrazić pochwałę dla stateczności i odpowiednich cech charakteru. Dorzucić kąśliwą uwagę na temat niemoralnych stron życia piratów (nie od parady będzie tu ich stan małżeński i kolor skóry wybranki). Generalnie jednak trudno jest doszukiwać się w „Wyspie Skarbów” wielkich walorów literackich i ciemnych zakamarków interpretacyjnych, może dlatego więc pozostawia ona obojętną? A może trzeba ją czytać latem, sącząc drinka z palemką w promieniach słońca i wtedy ta cała piracka awantura nabiera rumieńców?

To chyba mój najkrótszy wpis o piknikowym charakterze, ale zupełnie szczerze się przyznaję, że nie wiem, co jeszcze mogłabym dorzucić. Zobaczcie, co napisała Tarnina – u niej dzisiaj zaczynamy dyskutować (dlatego komentarze pod tym wpisem są zablokowane). Może w rozmowie narodzą nam się jakieś ciekawe pomysły?