W Indiach, czyli wszędzie albo o „Miłości w czasach globalnych zmian klimatycznych” J. Pánka

Jak zapewne zauważyliście, raczej nie jestem specjalnie na bieżąco z nagrodami literackimi. Ba, najczęściej na bieżąco zdarza mi się być z literaturą dziewiętnastowieczną (jakby nie było, łatwiej nadążyć; nie licząc oczywiście świadomości, że zawsze jest coś jeszcze, bo zbiór jest skończony). Tymczasem mam zwykle ambicje, by chociaż trochę nadganiać czeskie literackie nowości. Jak co roku w marcu wybrałam więc do przeczytania jedną z nominowanych do nagrody Magnesia Litera powieści. Wpis trochę o niej, trochę zaś o samej nagrodzie i moim rozczarowaniu tegorocznymi nominacjami.

O samej Magnesii Literze słów kilka

Magnesię Literę (Magnesia to nazwa wody mineralnej, sponsora nagrody) przyznaje się od początku lat dwutysięcznych, w oszałamiającej liczbie jedenastu kategorii. Tak, tak, Czesi są dość hojni w rozdawaniu nagród, wychodzi na to. Ilość kategorii sprawia, że zawsze znajdzie się coś dla siebie, nawet jeśli (akurat to jest mój tegoroczny przypadek) niespecjalnie przypadnie Wam do gustu ta główna, za prozę. Poza prozą można zwyciężyć w kategorii „książka roku”, jest też oczywiście nagroda za poezję (sponsorowana przez Moleskine, nazywa się więc nie Magnesia, ale Moleskine właśnie – to trochę taka sytuacja, jak z zespołami siatkarskimi), za książkę dla dzieci, literaturę naukową, edycję wydawniczą (moja ulubiona bodaj, w oryginale pięknie nazywająca się „za nakladatelský čin”, „nakladatelství” to po czesku „wydawnictwo”), za przekład, za publicystykę, za odkrycie roku. Jest też nagroda dla blogerów oraz nagroda czytelników. Jak widzicie, bardzo barwnie i jest w czym wybierać.

Kto jest aktualnie nominowany w jakiej kategorii, kto zasiada w jury w poszczególnych kategoriach czy też w ogóle o nagrodzie i jej historii można oczywiście poczytać bezpośrednio na jej stronie. W tym roku nominacje wzbudziły nieco kontrowersji. Te za prozę, rzecz jasna, bo jednak wszędzie proza zdaje się być taką dominantą tematyczną, o którą ludzie się kłócą. Może dlatego, że prozy jednak, mimo wszystko, czytamy zwykle najwięcej? W każdym razie: nominowanych jest sześć książek:

Ondřej Horák, Nebožtík (Nieboszczyk)

Ivana Myšková, Bílá zvířata jsou velmi často hluchá (Białe zwierzęta są bardzo często głuche)

Josef Pánek, Láska v době globálních klimatických změn (Miłość w czasach globalnych zmian klimatycznych)

Petra Soukupová, Nejlepší pro všechny (Najlepszy dla wszystkich)

Anna Bolavá, Ke dnu (Do dna)

Lucie Faulerová, Lapači prachu (Zbieracze kurzu)

Generalnie każde spotkanie ze znajomymi w tym miesiącu zaczynało się od „…a co sądzisz o nominacjach do Magnesii?” i narzekaniu. Bo widzicie, jakoś tak się złożyło, że kogo nie spotykam, temu te nominacje nie leżą. W prasie pojawiło się sporo artykułów dotyczących tego, że na liście nie ma nowej powieści Jáchyma Topola, „Citlivý člověk” (w zeszłym roku odznaczonego jako „książka roku” magazynu „Literární noviny”, Topol zaś sam dostał nagrodę państwową w dziedzinie literatury; zainteresowanie powieścią jest też tym większe, że to jego pierwsza książka po wielu latach). Ktoś narzeka, że nominowani pisarze są za młodzi (cóż, różne rzeczy zawsze mogą przeszkadzać) albo że jest tu sporo pisarek (mnie to akurat cieszy, nie zauważyłam też, żeby ktoś narzekał, kiedy dominują pisarze). Innych boli pewna powtarzalność, wskazująca na dość wąski krąg twórców (z cyklu: „oczywiście, że znowu nominowani są X, Y i Z”) albo tematów (przypadek Petry Soukupovej, kwitowany jako „ale to przecież typowa Soukupová!”). Nie pomagają też dość pretensjonalne opisy powieści na stronie z nominacjami.

Ale coś jednak wybrałam

W tym gąszczu opinii trudno się poruszać, zwłaszcza jak się sobie założyło jakiś jednak limit budżetowy na książki (wszyscy to chyba znamy, prawda?). W każdym razie, long story short, zdecydowałam się sięgnąć po książkę Pánka (chociaż Faulerová była tuż za; może w przyszłości). Mówi się o nim jako o faworycie, plasuje się bowiem gdzieś pośrodku. O czym to jest? Naukowiec po czterdziestce, który swoje już przeżył — na stypendiach i grantach w Norwegii, Australii i Chile — wraca do rodzinnych Czech. Sytuacja w nauce jest zła, zarobki marne, a jak się chce być dobrym, to jeszcze koledzy i koleżanki z pracy starają się utrzeć ci nosa. Poznajemy go, kiedy wyjeżdża na konferencję do Bangalore w Indiach i to od razu z mało sympatycznej strony. Naładowany przesądami, wpajanymi mu przez znajomych i rodzinę, nękany wyrzutami sumienia, że nie umie się wyzwolić z kajdan społecznych opresji, nie wspominając o tym, że dawno nie widział swoich dzieci, usiłuje jakoś przeżyć dziesięć dni w kraju, który go przygniata od pierwszego dnia.

 

 

Nasz bohater nie pije więc wody, nie umie dogadać się z obsługą hotelową, cierpi na klaustrofobię i w dodatku spotkał na ulicy piękną dziewczynę w dżinsach. Dżinsy wydają mu się na tyle normalne, że od razu robi jej zdjęcie, ona uprzejmie prosi go, żeby dał sobie spokój — wpadną na siebie jeszcze i wydaje się, że to przeznaczenie. W końcu mieszka tu 16 milionów ludzi. Tylko czy aby na pewno przeznaczenie, a może przypadek? A może w ogóle cała ta specyficzna historia dzieje się tylko w głowie naszego bohatera, będącego zarazem narratorem? Nie jest wcale trudno ulec takiej wizji, bo Pánek swoją powieść pisze w hipnotycznym rytmie. Pełno w niej powtórzeń, historie wracają jak refren, całe zdania powtarzają się po wielokroć. Podkreślenia, gdzie rozgrywa się dana historia (w pewnym momencie przenosimy się z Indii do wspomnień bohatera o podróży na Islandię — konstrukcyjnie mam wrażenie ta część jest słabsza, chociaż treściowo koresponduje z tym, co śledzimy od początku i każe się zastanowić: los to, czy przypadek), ale i rozgrywanie po wielokroć tego samego motywu (hotelowe śniadania wespół z innymi turystami) są jak uporczywe wspomnienia albo natręctwa, których nie sposób się pozbyć.

Neurotyk w podróży dookoła świata

Przy czym nasz bohater-narrator to dość specyficzna postać. Niby oblatany, ale jednak wstydzi się. A to dlatego, że się źle ubrał, a to dlatego, że nie powściągnął emocji, a to dlatego, że wykazał się dużą naiwnością. No właśnie, chyba naiwność to główna cecha, jaką się odznacza. Chce być dla wszystkich miły — ale w pewnym momencie nie wytrzymuje i pęka. Co go z kolei zawstydza i cały kołowrotek idzie od początku. Zapętla się w historiach, które brzmią nieprawdopodobnie. Nie umie korzystać z tego, co posiada, jest mu zresztą — niespodzianka — trochę wstyd za to, co ma i za to, czego nie ma. Wydzwania więc do byłej żony na drugim końcu świata, biega po Bangalore jak szalony, zastanawia się, kto właściwie ma rację: on, jako niby ten „obywatel świata”, którym się zresztą nie czuje, czy jego znajomi, zanurzeni po uszy w rasistowskich przesądach. On nie umie się wyzwolić z klisz myślowych, chociaż stara się je uracjonalnić — rasizm, powtarza sobie, jest technicznie niemożliwy, przecież ciągle spotykamy ludzi o innym kolorze skóry, to nasi znajomi, nasza rodzina. A jednak waha się, czy aby gdzieś w środku i on sam nie hoduje rasistowskich uprzedzeń.

Czyta się tę powieść zaskakująco dobrze. Bo trochę tu autor eksperymentuje, mamy dość długie ciągi myślowe ze wspomnianymi powtórzeniami, często rolę „skrótów” pełnią liczebniki zapisane cyframi, poza tym zaś zdania potrafią… hm, trwać. A jednak kogo bym nie pytała, każdy powtarzał, że czyta się przyjemnie. I ja to doświadczenie podzielam. Zastanawiam się jednak, na ile tematy, które podejmuje Pánek, udało mu się zrealizować? Co zostanie we mnie po lekturze i na jak długo? Tak można się pytać oczywiście po każdej przeczytanej książce. Niemniej tu naprawdę jestem ciekawa, bo to zderzenie formy i treści jest intrygujące: na ile z przewagą sympatii do formy, trudno mi teraz rozstrzygnąć.

A wyniki Magnesii poznamy czwartego kwietnia, więc całkiem niedługo. Jestem umiarkowanie ciekawa, bo za nikogo specjalnie nie trzymam tym razem kciuków. W międzyczasie okazało się, że zbiór „Białe zwierzęta…” ukaże się u nas nakładem Dowodów na Istnienie. Podejrzewam, że „Miłość…” też ma pewne szanse, zwłaszcza że jak dotąd zwycięzców (a często i nominowanych) się przekładało. W różnym tempie, ale jednak.

6 thoughts on “W Indiach, czyli wszędzie albo o „Miłości w czasach globalnych zmian klimatycznych” J. Pánka

  1. O książce nie słyszałam (klimat i bohater z Twojego opisu skojarzyły mi się z „Solarem” McEwana, ciekawe czy trafnie), ale to ciekawe, że woda mineralna sponsoruje nagrody literackie 🙂 może i w Polsce coś takiego by się przydało?

    1. Ja z kolei „Solara” nie znam, więc trudno mi wyśledzić powiązania czy podobieństwa (po opisie sądząc, kaliber jest nieco inny: Pánek co prawda opisuje czasami absurdy życia naukowego, dość dotkliwie pokazując na przykład problem z małą ilością miejsca, źle wyposażonymi laboratoriami, narrator na ten przykład wspomina stół, o który ciągle się uderza w za ciasnym laboratorium albo problemy z uzyskaniem jakichkolwiek wiadomości w administracji — ale u McEwana jak rozumiem wypadki są poważniejsze ;-)). Chociaż jedno i drugie zapewne gdzieś się obraca w kręgu satyry.

      To też jest taka dość ugruntowana na rynku woda, więc jedno promuje tu drugie. Plus zawsze jest bezpośrednio nadawana na jednej ze stacji ceremonia wręczenia nagród, w księgarniach — i tych małych, i w sieciówkach — na książki nominowane są osobne półki i jakieś akcje (na przykład moja ulubiona „w czwartki taniej” ;-)). Generalnie mówi się o tych nagrodach faktycznie, mam wrażenie.

  2. Ciekawie to brzmi, więc mam nadzieję, że ktoś to, kiedyś, przełoży – bo po czesku to ja, niestety, ani be, ani me. A przeczytałabym sobie.
    NB: młode autorki, to rzeczywiście skandaliczne! ^^

    1. Jak się wczoraj okazało, autor dostał Magnesię za „prozę roku”, więc myślę, że ma szanse na przekład u nas :-). Do tej pory wielu laureatów pojawiło się w ten sposób na polskim rynku, więc czemu nie.

      Natomiast sprawa z autorkami jest faktycznie średnia: nie przypominam sobie na przykład wielu głosów oburzenia, że wśród książek roku 2017 „Literarnich novin” była, jeśli dobrze pamiętam, jedna autora.

  3. Wreszcie przewaliła się fala przedświątecznych przygotowań i świątecznych babek i mazurków, więc zanim mnie na nowo praca i studia pochłoną, komentuję :).

    Bardzo się cieszę, że przybliżasz w kilku zdaniach samą nagrodę – jak będę pisać o jej laureatach, będę odsyłać do Twojego wpisu! Mnie się właśnie w Magnesii Literze ogromnie podoba to, że jest aż tyle kategorii, bo w ten sposób jednak większa szansa, że dobra książka zostanie doceniona – jak nie w tej kategorii, to w innej, o ile oczywiście się w nią wpisuje. Brakuje mi tego w polskich nagrodach (są raczej jakieś wyspecjalizowane, mniejsze).

    Dzięki za recenzję Pánka, oczywiście, podobnie jak jeszcze żadnej z nominowanych w tym roku książek, nie czytałam, ale będę wiedziała, żeby zwrócić na niego uwagę. Brzmi to wszystko tak dziwacznie, że aż intrygująco :). Będę też na pewno chciała przeczytać tę Soukupovą i Bolavą, może Myškovą (ale nie w polskiej wersji), i Faulerová, mówisz, nieźle się zapowiada? Choć też specjalnych typów i faworytów nie mam, z zaciekawieniem będę wypatrywała werdyktu :).

    1. Jak widzisz, i u mnie z odpisywaniem trochę trwało, aż zdążyli ogłosić zwycięzców ;-).

      Masz rację co do tego bogactwa kategorii, bo w ten sposób rzadko coś przepada: jeśli jest nadmiar dobra, to daje się go jakoś wyzyskać a to przez nagrodę publiczności, a to przez „książkę roku”. Pánek jest rzeczywiście specyficzny (podkreślali to nawet w opisie na każdym kroku), ale czyta się nadspodziewanie płynnie i dobrze, bardzo fajnie operuje językiem, przy czym i sama historia jest jednak wciągająca. I ja z chęcią sięgnę po wszystkie nominowane pisarki, ale zapewne już nie tak na bieżąco, jak sięgnęłam po „Miłość…”, jak zwykle poczekam, aż trafi się okazja :-).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *