W szkole z internatem albo o „The Fortunes of Philippa” A. Brazil

Jejku, jaka to dziwna książka! Angela Brazil, o której Wam wspominałam na początku roku, że jej dzieła przeszły akurat do domeny publicznej, napisała wiele książek o dziewczętach uczących się w szkołach z internatem. „Losy Philippy” były jedną z pierwszych i przyniosły jej sporą popularność. Czytając tę książkę po ponad stu latach od pierwszego wydania (1906) można sobie jednak zadać pytanie: jak to się stało?

Ale co to za historia, zapytacie?

Widzicie, niczego w niej na pozór nie brak. Dostajemy te wszystkie elementy, za którymi tęsknimy w tego rodzaju opowieściach. Oto Philippa, córka brytyjskiego konsula z Ameryki Południowej, pozbawiona we wczesnym dzieciństwie matki, musi wyruszyć do starej, dobrej Anglii, do szkoły z internatem. Ojciec nalega, by sielskie jej dzieciństwo spędzane wśród palm, papug i hiszpańskojęzycznych służących się skończyło. Ona trochę protestuje, że z edukacją nie jest przecież tak źle, wszak całkiem nieźle sobie radzi z matematyką, ale ojciec jest nieubłagany. Co tam matematyka: Philippa nie umie grać na fortepianie, zdolności szyciowe wołają o pomstę do nieba, a francuski leży i kwiczy. Po przyjeździe do Anglii zostaje jej więc najpierw przygotować się do wejścia w życie w domu ciotki Agaty. Ciotka jest nieco kostyczna, ale doskonale radzi sobie społecznie i szybko przekonuje Philippę, że znajomość hiszpańskiego na nic się jej nie przyda (dziewczę trochę protestuje, by potem język „zapomnieć”), w końcu zaś wybiera jej dobrą szkołę i wysyła tam razem z własną córką w mniej więcej tym samym wieku.

W szkole Philippa szybko zaprzyjaźnia się z córką przyjaciółki swej matki nieboszczki, zyskuje sporo koleżanek, a w korespondencji z ojcem upewnia go co do sukcesów w nabywaniu zdolności na polu wytwornych języków obcych, szycia i wyszywania oraz literatury. Zyskuje sobie oczywiście wroga w osobie niejakiej Ernestine Salt, która nie lubi nowej popularnej uczennicy właściwie… Właściwie dlatego, że wypada, żeby ktoś nie lubił nieco egzotycznej mimo wszystko Philippy. Ale nie martwcie się, i ten wątek skończy się dobrze. Philippa więc uczy się, może czasami nieco za dużo, egzaminy zdaje śpiewająco, zdobywa nagrody, a wakacje spędza u rodziny swojej najlepszej przyjaciółki, wśród uroczych wrzosowisk łowiąc ryby i jeżdżąc na kucyku. Nie braknie też psikusów, jakie płatają sobie nawzajem z braćmi tejże przyjaciółki, Cathy. A to ktoś komuś narai fałszywe wykopalisko archeologiczne, a to fałszywego rabusia, i wszyscy są znowu uśmiechnięci i szczęśliwi.

Ale… coś tu nie gra, prawda?

Już z  tego mojego krótkiego opisu możecie zobaczyć, że „Losy Philippy” są książką jak na dzisiejsze czasy dość dziwną. Począwszy od lekceważącego stosunku do kultury, w której się życie (relacje Philippy z przyjaciółmi z dzieciństwa, plus zapewnianie, że miała ich tylko pośród służby, bo ojciec kategorycznie zabraniał jej zabaw z „miejscowymi” dziećmi, żeby się broń Boże nie zmanierowała jeszcze bardziej), po specyficzne pojęcie o tym, co dziewczyna umieć powinna (przyszywać guziki, a nie znać się na prawach rządzących geometrią). No dobrze, powiecie, z tym się Pyzo powinnaś jednak liczyć. Ot, „urok” epoki, w jakiej książka została napisana. Ludzie tak myśleli, ludzie tak żyli. Owszem, odpowiem ja na to, ale coś tu nie gra już w samej konstrukcji książki.

 

Zdjęcia okładek, skąindąd uroczych, pochodzą z GoodReads. Moje e-bookowe wydanie było wyposażone właśnie w tę.

 

Widzicie, to jest napisane w pierwszej osobie. Narratorką jest Philippa, która spisuje swoje wspomnienia. Wydaje się, że po latach – niekiedy naprawdę brzmi jak doświadczona przez wiek i los staruszka – tymczasem na koniec dowiadujemy się, że niedługo po skończeniu szkoły. To skąd ten ton żałoby, pełen „wówczas nie wiedziałam…”, „gdybym miała świadomość…”, „gdy patrzę na te minione lata…”? No właśnie. Trochę zaspojleruję, więc jeśli nie macie ochoty wiedzieć, jak się to wszystko kończy, opuśćcie, proszę, ten akapit do końca. Otóż na sam koniec Brazil sprzedaje nam nieco suspensu: nadchodzi koniec szkolnych lat naszej narratorki, więc jej ojciec sprzedaje plantację, wyrzeka się pełnienia funkcji konsula i płynie do dobrej, starej Anglii. Jednakże statek rozbija się, wszyscy giną – Philippa wdziewa żałobę i ze smutkiem rozmyśla, na cóż też kończy tę szkołę. Mija strona (tak!) i okazuje się, że jednak nie, ojciec nie zginął, przeżył, oto przyjechał na koniec roku szkolnego. Radość, łzy, epilog, w którym nasza narratorka opowiada, jak to kupili razem dom, a ona może teraz zapomnieć o żmudnych latach nauki i zająć przy boku ojca miejsce swej zmarłej matki, na co ten tak liczył. Hm. Creepy much?

Czemu to tak wygląda?

Dla mnie „Losy Philippy” są znowu takim przykładem książki, w której bohaterowie uciekają narratorowi, narrator autorowi, a autor sam do końca nie jest świadom tego, co mu wychodzi (podobnie widzę „W pustyni i w puszczy”). Brazil bowiem jest w pewnych momentach zaskakująco współczesna. Każe Philippie narzekać na kiepskie metody wychowawcze stosowane w The Hollies (jak nazywa się jej szkoła). Aktywność fizyczna ograniczona do spacerów „na krokodyla” (czyli w rządku wzdłuż drogi), przemęczanie uczennic, straszenie ich i stosowanie poniżających kar, czy wymuszanie „dobrego ułożenia” przez głupie praktyki – to wszystko są rzeczy bardzo ciekawe i Philippie najczęściej udaje się osiągnąć sukces w zmienianiu tych kwestii. Pod tym względem jest dla mnie zrozumiałe, czemu pokolenia czytających to dziewcząt mogły się zachwycić.

Z drugiej strony jednak, w momencie, w którym staje się jasne, że Philippa ma skończyć szkołę i przejść przez wszystko, przez co przeszła, tylko po to, by prowadzić ojcu na starość dom – zaczynam się zastanawiać, jak właściwie zostało to pomyślane. Z małej (ale jednak) rewolucjonistki wyrasta stateczna pani domu, która tylko jakoś tak na marginesie wyraża swój żal za straconym życiem. Bo wyraża: ten dziwny ton staruszki, o jakim wspominałam, by na to wskazywał i ku takiej interpretacji mnie popycha. Mimo zapewnień o szczęściu z ostatnich stron powieści wyziera jakiś żal, co czyni tę lekturę jeszcze bardziej osobliwą.

 

Taka Ania, tylko że nie bardzo

W stylu autorki czasami można się dopatrzeć Lucy Maud Montgomery. Philippa nie jest Anią, to na pewno nie, zdecydowanie za mało w jej życiu porażek, a zbyt wiele sukcesów. Cierpi na tym dramaturgia powieści, bo z góry wiemy, że to a to się uda i Brazil nawet specjalnie nie odwleka w chwili, w której nam powie „tak, oczywiście, Philippa zaskarbiła sobie serce kolejnej koleżanki / wygrała konkurs poetycki / ocaliła czyjeś życie / wpadła na genialny pomysł”. Tam, gdzie Ani przytrafiają się dziwne pomyłki i musi spaść w otchłań rozpaczy, tam Philippa dość gładko w przeciągu strony, maksimum dwóch, odniesie spektakularny sukces. Jakby Brazil nie mogła się powstrzymać, żeby nie powiedzieć: czekajcie, czekajcie, nie smućcie się, wszystko będzie w jak najlepszym porządku!

Strasznie na tym cierpi przede wszystkim bardzo pośpieszna końcówka powieści. Naprawdę, wszystko dzieje się tam w takim tempie, że nie sposób wręcz uwierzyć, że autorka na serio dopisała coś takiego do skądinąd dość spokojnie się wlekącej powieści o życiu w szkole z internatem. Nie wiem, czy kolejne powieści odstają od tego wzorca (zapewne kiedyś sprawdzę, bo sama jestem ciekawa), czy też go podejmują. Jeśli wiecie, dajcie koniecznie znać! Mieliście do czynienia z prozami Angeli Brazil? A może chcecie sami spróbować, jak się je dzisiaj czyta? Sporą kolekcję znajdziecie w Projekcie Gutenberg, więc sięgnięcie po nie jest dzisiaj łatwiejsze niż kiedykolwiek. Muszę przyznać, że ciekawa jestem, co też dzieje się w tych z tak kuszącymi tytułami jak choćby „A Terrible Tomboy”. Trochę strach, a trochę jednak ciekawość.

21 Replies to “W szkole z internatem albo o „The Fortunes of Philippa” A. Brazil”

  1. A czy właśnie nie po to, posyłano dziewczęta na takie pensje, żeby rogatym przytrzeć rogów i wdrożyć w akceptowane społecznie role? Bunty buntami, figle figlami, ale ojciec to ojciec i jeśli się nie napatoczy jakiś mąż, to dziewczyna ma obowiązek się nim zająć. Czy dziwi Cię ta kolej rzeczy, czy raczej nieudolność autorki w jej odpowiednim przedstawieniu?

    1. Być może przegapiłam jakąś subtelną aluzję z samego początku, a jednak do końcówki miałam wrażenie, że ojcu bohaterki chodzi o to, żeby ona dzięki tej edukacji dobrze weszła do społeczeństwa (powiedzmy, na przykład, znalazła męża albo weszła w odpowiednie „kręgi towarzyskie”) i w związku z tym zdziwiło mnie, że chodzi o prowadzenie domu na odludziu, do którego tenże ojciec się na emeryturze sprowadza. Także tak, dziwi mnie sposób, w jaki autorka to przedstawia. Plus, jak wspominałam, Philippa w szkole zamiast dać sobie zupełnie utrzeć rogów, jak to nazwałeś, raczej wyzwala nowe prądy (oprócz tego nieszczęsnego hiszpańskiego) – po czym znowu pojawia się ten mój problem z tym, co autorka z tym robi.

      1. Czyli jednak chodzi o nieudolność autorki 🙂 Mam wrażenie, że niegdyś od książek dla młodzieży nie wymagano za wiele w kwestiach warsztatu i prawdopodobieństwa. Może dlatego tak niewiele ich dla nas ocalało. Gdybyś miała ochotę na angielską szkołę dla dziewcząt pół wieku później, to polecam „Trudną decyzję panny Pym” Josephine Tey.

        1. Zapisuję sobie do znalezienia w takim razie, bo temat sam bardzo lubię :-). Nadal zastanawia mnie jednak, skąd taka popularność Angeli Brazil, może akurat nieszczęśliwie wybrałam tę powieść na początek.

          1. Może młodociana publiczność była równie mało wybredna 😀 Albo czytelnicy czytali to, co kupili im rodzice jako lekturę moralną i kształcącą.

            1. Nie zdziwiłabym się. Ale ta końcówka jest tak bardzo niewyważona i łamie wszelkie prawidła dramaturgii, że stawiałabym na to, że jednak warsztat autorki rozwija się wraz z kolejnymi powieściami ;-).

              1. To może jednak zaryzykujesz?

                1. Taki jest plan – nie wiem tylko, którą powieść teraz wybrać :-). Wolałabym coś, co jednak wyszło później, na czytniku mam już „The Madcap of the School”. Nie wiem, czy skuszę się już teraz, ale w każdym razie – jest i czeka :-).

                  1. No to decyzja została jakby podjęta 🙂

                    1. No jakby tak, zresztą z czystego lenistwa jak już zgrałam na czytnik tę, to pewnie po tę sięgnę najszybciej ;-).

  2. No ale o to wlasnie chodzi, zeby dziewczeta ucywilizowac, czyli zmienic w damulki wytwornie trzymajace filizanki i akceptujace ten stan rzeczy. Byla tez taka powiesc, nie pamietam tytulu ani autorki, w ktorej wyraznie powiedziano ze taka dzikuske wlazaca na drzewa i mowiaca co mysli trzeba wyprawic na pensje bo jeszcze kobiecosc utraci. Debiut towarzyski, wejscie do sfery wlasnej polega wlasnie na tym ze dziewczyna ma byc comme il faut i zachowywac sie zgodnie z oczekiwaniami spolecznymi, co wiecej ma te oczekiwania akceptowac i nie buntowac sie nawet mysla.

    No i wlasnie dlatego Brazil jest dzis ramotka a Ania nadal jest popularna. To juz Montgomery pisala w pamietniku. „Odrzucilam precz idealy szkolki niedzielnej i uczynilam z Ani prawdziwa, zywa dziewczynke.” Angela B. najwyrazniej zbyt sie przejela tymi idealami 🙂

    1. Ale gdybyż tam nie był ten wewnętrzny rozłam: z jednej strony ojciec „wyślę cię do szkoły, byś się ucywilizowała” – z drugiej sama bohaterka, która zmienia swoje otoczenie, w tym reguły szkoły, samej oczywiście też podlegając zmianom, ale wcale nie do końca takim „uspołeczniającym” w tamtym słowa znaczeniu! Wtedy bym aż tak się nie awanturowała ;-). A tu tymczasem z jednej strony jest przesłanie „nie wszystkie reguły są w porządku i trzeba, i można je zmienić” (ba, Philippa wygrywa nawet z jedną z nauczycielek, która zostaje zwolniona!), z drugiej zaś ta dość przygnębiająca i słabo napisana końcówka.

      No tak, tutaj nawet nie polemizuję, bo Philippie, jak napisałam, za bardzo wszystko wychodzi. Ale winię dramaturgię powieści, naprawdę za szybko Brazil chciała wszystkie konflikty rozwiązać.

      1. Może zagrały tu jakieś czynniki zewnętrzne? Naciski wydawcy? Krótki termin do skończenia powieści? A może jakieś wydarzenia w życiu autorki? Bo z tego, co piszesz, to rzeczywiście się to kupy nie trzyma. A może to jakieś aluzyjne przesłanie pt. no, fajnie, dziewczynki, szkoła, koleżanki, zabawa, ale za wiele to sobie nie obiecujcie, bo i tak skończycie jako intendentki na prowincji.

      2. Ja tam nie sadze, zeby ona pisala za szybko, na kolanie czy cos. To podobnie jak z Austen. Jak czlowiek czyta inne powiesci z tego okresu to widac JAK BARDZO Austen odstawala. Mnie sie wydaje ze to sa w ogole poczatki gatunku jako takiego wiec to oczywiste ze pewne rzeczy uchodza ktore pozniej by nie przeszly. W Polsce taka Ksiezniczka Urbanowskiej konstrukcyjnie (w sensie – fabularnie) kuleje bardzo a zakonczenie jako kombinacja szczesliwych przypadkow dzis budzi wylacznie rozczulenie. I ideologia/MORAL byc musi, inaczej panie dzieju nie uchodzi, nie uchodzi. Oczywiscie Ksiezniczke ratuje znacznie lepsza z tego co piszesz (choc nadal uproszczona) charakterystyka postaci i sam konflikt/przemiana bohaterki, chociaz bardzo jest w czarno/bialych barwach przedstawiona.

        1. @Barbara, myślę podobnie jak @Hannah, że to kwestia tego, że wiele się wybaczało takim historiom, chodziło raczej o szybkie doprowadzenie do „szczęśliwego końca” (chociaż z dzisiejszej perspektywy to brzmi dość przewrotnie). Wymyka się Brazil ta historia, oj wymyka, ale raczej nieintencjonalnie ;-). Ale w sumie o samym kontekście powstania powieści nic nie wiem, więc kto wie, trudno z góry wykluczyć wszystkie hipotezy. Co do morału zaś, no właśnie, chociażby odstawał tak, że widać spod niego trzy warstwy tynku — zostaje dolepiony. Ze szkodą dla całości.

  3. Nie wiem czy bardziej ciekawość czy jednak strach;) Tego rodzaju powieści (młoda dziewczyna, szkoła z internatem) darzę ogromnym sentymentem, ale… no właśnie. Po co niszczyć sobie piękne wspomnienia bądz dobre skojarzenia z daną tematyką i sięgać po niezbyt udaną książkę? Albo po coś, co kiedyś zachwycało, ale teraz może bardziej budzić politowanie?
    Ograniczę się tutaj do Twoich (szalenie ciekawych) przemyśleń i odpuszczę sobie spotkanie z Brazil.

    1. Myślę, że warto dać jednak autorce szansę, ona tych powieści naprawdę napisała mrowie a mrowie, przy czym to są klasyki, u nas mało znane, ale w krajach anglojęzycznych nadal — jak sądzę z krótkiego przeglądu sieci — cieszące się pewną popularnością :-). W każdym razie ja jeszcze będę próbowała odgadnąć, na czym polega fenomen i będę dawała znać!

  4. Tak się zastanawiam, czy to na pewno jest nieocenzurowana wersja? Bo to zakończenie brzmi, z tego co piszesz, na dopisane. Może oryginalnie książka kończyła się inaczej, a potem autorka dopisała bardziej akceptowalne zakończenie?

    1. Wiesz co, to jest ciekawa myśl, ale nie mam pojęcia, na ile mogło tak być. E-book wzięłam z Gutenberga, oni wypuścili zacną paczkę powieści autorki zaraz na początku roku, zdaje się, że korzystali z oryginalnych wydań (sądząc po ilustracjach w nich obecnych).

  5. A mnie zachęciłaś do przeczytania czegoś tej autorki, np „The Madcap…”. Mam już na czytniku 🙂

    1. To super, nie będę sama :-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.