Stracone złudzenia albo o „Great Expectations” Ch. Dickensa

Nie, żebym teraz nagle zaczęła wszystkie książki przywoływać z tytułu oryginalnego, nie jestem takim hipsterem książkowym. Od razu na wstępie zaznaczam, żeby mieć czyste intencje. Po prostu tę akurat książkę Dickensa dostałam w ślicznym podchoinkowym pakiecie od Domownika. A że wydanie jest zacne, to i o nim słówko – lub dwa – napiszę. Poza tym akurat tak się złożyło, że wczoraj skończyłam czytać, a były to 206 urodziny Dickensa, więc jakże by tu nie napisać o wrażeniach z lektury przy takim, niemal Dickensowskim, zbiegu okoliczności?

Słowo o wydaniu

Nie wiem, jak często zaglądacie na książkowe Instagramy. Dla mnie to nieustanne źródło zdumienia i inspiracji, jak ładnie się czasami wydaje książki. Jako fanka klasyki wzdycham ciężko dość często, że „na Zachodzie” to mają takie piękne serie z klasykami ichniejszej literatury („Zachód” ujmuję tu dość szeroko: chyba Wam jeszcze nie pisałam, jak pięknie wydaje się książki w Czechach?), a my takich serii raczej tu w Polsce nie mamy. No i tak wzdychałam sobie, i przeglądałam cudze zbiory, i stało się, że pod Choinką czekał na mnie zestaw trzech powieści Charlesa Dickensa w imponującej mi serii „Penguin Clothbound Classic”. Teraz oczywiście zamierzam serię zbierać, wiadomo, a początek kolekcji jest naprawdę wspaniały, bo Dickensa zwyczajnie dobrze się czyta i człowiek się nie zniechęca. A to już samo w sobie stanowi miły początek i kolekcji, i czytania. Co prawda swego czasu podczytywałam na czytniku „Samotnię” w oryginale, więc wiedziałam, że przy lekturze się nie cierpi, niemniej dobrze się w tym przekonaniu utwierdzić.

Seria „Clothbound Classics” jest zaś po prostu starannie wydaną serią klasyków literatury nie tylko anglojęzycznej, której cechami charakterystycznymi jest płócienna okładka oraz jeden, powtarzany na niej, wzór. W przypadku „Great Expectations” są to akurat żyrandole. Od razu powiem, że chociaż wygląda to pięknie, faktycznie ma swoje wady: nadruk z płótna nieco się ściera przy użytkowaniu. Także do stawiania na półce – wspaniale, do częstego sięgania, noszenia ze sobą w torbie pełnej różności, pożyczania – już nie bardzo. Drugą wadą, nieco mniejszą, jest grzbiet, który dość mocno się wygina na dole, tam, gdzie trzyma się książkę. Nie trzasnął co prawda, ale ciągle się o to bałam. Myślę, że przy chudszych powieściach nie ma to większego znaczenia, u tych wagowo poważniejszych może jednak, hm, uwierać.

 

Ponieważ część akcji rozgrywa się na mokradłach, dla odpoczynku dla oczu pooglądajmy mokradła (których dzień przypada zresztą w lutym i kiedyś nawet o tym pisałam).

 

Ale poza tym wydanie jest wspaniałe, jeśli lubicie wydania krytyczne. Dostajemy bowiem wstęp – autor przekonuje nas o powiązaniach między fabułą a ekonomicznymi przekonaniami Dickensa i chociaż nie przekonał mnie zupełnie, to było to bardzo inspirujące. Wstęp w dodatku ma oznaczenie „new readers are advised that this Introduction makes the detail of the plot explicit” – mała rzecz, a cieszy, bo wiadomo, na co się nastawiać. I tak, wiem, ponadstuletnie książki nie powinny już być uważane za coś, co można zaspojlerować, ale mimo wszystko moim zdaniem przenika z tego przekonanie, że ktoś może fabuły nie znać i czerpać po prostu radość z odkrywania jej zakrętów. Poza wstępem dostajemy kalendarium życia i twórczości autora, wskazówki bibliograficzne, gdybyśmy chcieli zgłębiać sekrety powieści, notę edytorską, mapę regionu, w którym rozgrywa się częściowo akcja, no i przypisy. Przypisy czasem za dużo zdradzają naprzód, ale wyjaśniają sporo i pokazują smaczki, które inaczej mogłyby umknąć (na przykład odniesienia biblijne), nie wspominając o pomocy w rozumieniu dialektu.

Do tego dochodzą aneksy z oryginalnym zakończeniem „Great Expectations”, notatkami Dickensa, które czynił, żeby nie zapomnieć, kto ma ile lat (naprawdę!) i w sumie bardziej jako ciekawostkę nagłówki do poszczególnych rozdziałów, których nie ma w tym wydaniu. Także samo piękno i dobro, jeśli podobnie jak ja lubicie wiedzieć, jak coś zostało napisane i wydane lub po prostu popatrzeć, co by tu jeszcze o samym dziele powiedzieć można. Było nie było, jestem więc wielce kontenta z posiadania takiego wydania, a radością się, jak widać, postanowiłam podzielić.

Słowo, o czym to jest

Dla tych z Was, którzy podobnie jak ja jeszcze niedawno nie wiedzą, o co chodzi w „Great…”, dwa słowa. Philip Pirrip, zwany przez siebie i przez otoczenie po prostu Pipem, to sierota wychowywany ciężką ręką przez siostrę i jej męża, kowala. Nie powodzi mu się najlepiej, w dodatku dość pechowo nad grobem rodziców spotyka więźnia-uciekiniera, który terroryzuje go i zmusza do kradzieży jedzenia. Pip jedzenie przynosi, więzień zostaje złapany, wydawałoby się, że tu historia mogłaby się zakończyć, ale jak to u Dickensa, powstaje splot dość nieoczywistych wydarzeń, w których wszystko się łączy.

Nie będę Wam zdradzała, co z czym, dodam więc tylko , że śledzimy dojrzewanie Pipa – który najpierw zdaje sobie sprawę ze swej „nędznej kondycji” zostając wezwany i zatrudniony do dziwacznych zadań w pobliskiej ponurej siedzibie panny Havisham (o niej za chwilę), a później okazuje się, że zostaje objęty opieką jakiegoś tajemniczego patrona, który łoży na jego wykształcenie. Opuszcza więc kuźnię na mokradłach i rusza do Londynu, by spełnić swe wielkie nadzieje, jak również wielkie nadzieje pokładane w nim przez otoczenie – czy przynajmniej tak mu się wydaje. Bo nadzieje są dość złudne, jak się okazuje. A czasami nieprzyjemne, o czym przekonuje nas wątek pana Pumblechooka, mieniącego się pierwszym dobroczyńcą Pipa, a będącego w istocie jednym z tych nieprzyjemnych typów lubiących przypisywać sobie zasługi i dezerterujących, kiedy okazuje się, że z korzyści nici.

Straszny Dickens

Pierwszą rzeczą, która zwróciła moją uwagę podczas lektury, były wątki horrorowe w powieści. No cóż poradzę. W każdym razie: wiedziałam, że Dickens żywi pewne predylekcje w stosunku do zadawania swoim bohaterom dziwnej a nieprzewidzianej śmierci (patrz, po raz kolejny, „Samotnia”), w „Great…” jednak nie robi tego po kryjomu, ale poświęca temu sporą i malowniczą – z braku lepszego słowa – scenę. Wiedziałam, że pisał opowiadania grozy („Dróżnika” już nawet miałam okazję czytać), ale mroczne opisy opuszczonego browaru i zamkowych pokojów panny Havisham, gdzie czas się zatrzymał, naprawdę wywołują ciarki. Panna Havisham zresztą przednio się pisarzowi udała: to taka postać silnie działająca na wyobraźnię czytelnika, chociaż w sumie nie mająca wiele wspólnego z realizmem, jaki pisarz nadał pozostałym wątkom. To raczej dość okrutno-baśniowa realizacja pewnego schematu, który jest potrzebny, by tak a nie inaczej pokierować losami bohaterów: adoptowanej córki panny Havisham, Estelli, no i oczywiście Pipa. Co i tak robi wrażenie, nawet jeśli podobnie jak ja będziecie się zastanawiać, jakim cudem ten tort weselny z tymi wszystkimi pająkami nadal stoi w jej pokoju po tych wszystkich latach.

 

 

Nie brakuje jednak innych ponurych lokalizacji. Bagna, rozlewająca się rzeka, stary kamieniołom, cmentarz, to wszystko skąpane we mgle. Do tego otwierająca powieść scena jest frapująca, jak dłużej o niej pomyśleć. Pip kontempluje nagrobek swoich rodziców i rodzeństwa, dokonując jakiegoś rodzaju wiwisekcji na samym sobie. Już wiemy, że to będzie taka historia z wnętrza, że bohater w istocie przedstawia się nam właśnie na cmentarzu, nie jest przypadkiem. I że robi to w ten właśnie sposób: zaznaczając, że uświadamia sobie swój los odczytując po raz kolejny inskrypcje nagrobne. Zresztą to wszystko ma oczywiście związek z tym, że to jedna z dwóch – chyba nie kłamię – powieści Dickensa z narratorem pierwszoosobowym. Pip to dość ciekawa postać pod tym względem. Jednocześnie jest irytujący – ma pecha, bo czytelnik szybciej niż on może domyślić się pewnych tajemnic i przejrzeć zabiegi autora, stawiające narratora-głównego bohatera pod niezbyt świetlanym kątem – i da się go lubić. Nie powoduje, że zaraz mamy ochotę rzucić książką o ścianę nawet, kiedy deklaruje, że uczył się, uczył, długów narobił, ale w gruncie rzeczy nie wie, do czego się przygotowywał w życiu. Ma jednak więcej szczęścia niż Richard z „Samotni” (uf!). Wiem, że porównywanie ciągle tych dwóch powieści Dickensa nie ma sensu, ale „Samotnia” jest dla mnie punktem odniesienia czytelnym, bo znanym. Obiecuję rozwinąć nieco możliwości porównawcze wraz z lekturą kolejnych powieści autora.

Nie będę też ukrywała, że sporo radości z lektury dostarczają zawijasy fabuły. Owszem, można się pewnych z nich domyślić – inne mnie z kolei zaskoczyły (jak choćby pochodzenie Estelli: łatwe do odkrycia, ale jakoś nie spodziewałam się tego wątku). Dickens robi coś, co ja osobiście bardzo lubię, a mianowicie ustawia takie małe pułapki na czytelnika. Od tego, czy zwrócimy na nie uwagę zależy, czy złapiemy całą nić danego wątku, czy przejdziemy obok, zastanawiając się, co tak trzasnęło w krzakach. Podsuwa więc figury skazańców i wątek adwokacki, pojawia się motyw „silnej ręki”, który na początku zdaje się nie mieć sensu, swoją rolę grają też ruiny, mające znaczenie i dosłowne, i metaforyczne.

No i bohaterowie. Do moich ulubieńców będzie już chyba zawsze należał pan Wemmick, który stara się oddzielać życie zawodowe od osobistego tak bardzo, że kiedy objawia jakieś uczucia, jego szef niemal zastyga w zdumieniu. To też zresztą ciekawa postać, jeśli chodzi o dość rzadko jednak eksplorowany w klasycznej literaturze wątek opieki nad starszymi rodzicami. Dickensowi jest on co prawda potrzebny głównie po to, żeby ustawić w kontrze Pipa i jego relację z przybranym ojcem-kowalem, niemniej sama w sobie ta historia jest ciekawa. I dostarcza sporej liczby komicznych sytuacji, ale przebija z niej przede wszystkim troska bohatera o tracącego słuch ojca. Plus dostajemy tu w finale piękną niespodziankę (znowu Dickens używa tego jako takiej małej pułapki, ale sza).

O radościach z lektury oryginału

No i nie będę ukrywała: sięgnęłam tak szybko po powieść skuszona nie tylko wydaniem, ale i wyzwaniem Diany i Pauli. Dziewczyny zaproponowały wyzwanie fotograficzne – każdy miesiąc ma swoje hasło – i związaną z tym lekturę jednej książki po angielsku. Sami rozumiecie, że skoro hasłem stycznia były właśnie „great expectations”, nie mogłam się oprzeć. Nie wiem, czy dalej będzie mi szło na tyle dobrze, by jedną książkę w miesiącu sobie po angielsku podczytać, niemniej z tym Dickensem się udało. I było to bardzo ciekawe doświadczenie, bo Dickens faktycznie jest dość, mam wrażenie, przystępny. Owszem, pewne problemy sprawia dialekt, którym posługuje się część bohaterów. Tutaj zdecydowanie pomaga głośne czytanie (z zapisu można się pomylić, na głos – rozpoznać, o jakie dźwięki chodzi). Ale przeczytanie „Great…” obfituje w odkrycia takich zdań jak „It was lame” albo „It was super extra”, więc mogę teraz spokojnie roztaczać aurę erudycji w postaci wygłaszania stwierdzeń takich jak: „cytując Dickensa, it was lame”. Sami rozumiecie tę radość.

Mieliście okazję czytać tego akurat Dickensa? Przyznaję, że mam chrapkę zobaczyć też jakąś jej nobliwą, brytyjską adaptację. A tymczasem już niedługo zamierzam sięgnąć po kolejną powieść tego autora – wiosną na Pikniku z Klasyką pojawi się „Mała Dorrit”, a w mojej choinkowej paczce są jeszcze „A Christmas Carol and Other Christmas Writings” i „The Tale of Two Cities”. Także zapowiada się, że będzie to nieco nieplanowany rok z tym autorem.

10 thoughts on “Stracone złudzenia albo o „Great Expectations” Ch. Dickensa

  1. Och, Pyzo, ale gdzież zdjęcia tych pięknych wydań, no gdzie? Tak apetycznie je opisałaś, ja żądam!

    Nigdy w życiu nie czytałam nic Dickensa – no, poza „Opowieścią wigilijną”, którą chyba nawet przerabia się w szkole, ale to chyba trochę inna bajka. Oglądałam za to ekranizację „Wielkich nadziei”, tę z Heleną Bohnam-Carter i Lukrecją Borgią. Nie wiem, czy byłam tego dnia tak zmęczona, czy też aktorzy, wzorem oryginału, mówili w dialekcie (to by dużo tłumaczyło, bo miałam ponadprzeciętne trudności ze zrozumieniem dialogów…), ale mam wrażenie, że niewiele z tego filmu zrozumiałam, poza główną osią fabularną. Miałam nadzieję na jakieś spojlery w Twojej recenzji, które co nieco by mi wyjaśniły, a tu nic ;). Będzie trzeba wreszcie kiedyś przeczytać.
    W każdym razie, wspominam ten film tak sobie – gdybyś naprawdę chciała obejrzeć ekranizację to polecałabym inną ;).

    A spojlery we wstępach do książek to ZŁO. Przecież każdą książkę czyta się kiedyś po raz pierwszy, choćby to była klasyka klasyk. Od takich rzeczy są posłowia. Na marginesie: przypominam sobie, że w moim (czyt. wypożyczonym) wydaniu „Angst” Zweiga nowelę poprzedzał, a jakże, wstęp, który okazał się de facto streszczeniem fabuły. Całej. Uch, ale byłam wtedy wściekła! I na wydawcę (niby porządne wydawnictwo, a tu takie coś?!), i na siebie, że mi się zachciało wstępy czytać…

    1. Epatowałam trochę (z racji na długość czytania) moimi Dickensami na Istagramie, więc już ich zdjęć nie wstawiałam do wpisu ;-). Ale wyświetlają się, jakby co, w bocznej szpalcie na stronie głównej bloga :-). A całą kolekcję można obejrzeć na stronie Penguina i samemu zdecydować, co się myśli o wzorach (jedne są bardziej, drugie mniej udane, moim zdaniem, ale mimo wszystko: piękne!).

      Mimo że Helena Bonham-Carter kusi, będę się rozglądała za jeszcze innymi ekranizacjami w takim razie :-). No właśnie pomyślałam, że nie będę mimo wszystko spojlerować, bo Dickens tak to przemyślnie napisał, że szkoda mi było fabuły. Faktycznie warto przeczytać, żeby samemu odkryć sporo smaczków, na przykład jak ustawione są relacje między postaciami, które wydają się zupełnie różne, a są rodzajem sobowtóró *zawija się w płaszcz, rzuca tajemnicze spojrzenie i odchodzi w dal* ;-).

      Ojej, współczuję! Muszę przyznać, że sama zaczęłam unikać przedsłowi, posłowi, wstępów, not krytycznych, a nawet opisów na okładkach przed lekturą, bo czasami zdradzają całość albo 3/4 fabuły, no a nie muszę mieć na to ochoty. Przy czym czasem do nich zerkam, jeśli mam problem z „zaaklimatyzowaniem się” w fabule. Chociaż ostatnio rzadko mi się to zdarza, chyba przyjęłam po prostu inny model czytania :-).

  2. O ile się nie mylę, to Penguin wydaje bardzo podobną serię do „Clothbound”, z okładką ze sztucznej skórki, i ta wydaje się wytrzymalsza. Ale nie testowałam w trakcie lektury, tylko uważnie obejrzałam u przyjaciółki „The Strange Case of Dr Jekyll and Mr Hyde”.
    (PROBÓWKI! Nawet sobie nie wyobrażasz, jakie one piękne <3).

    A same "Wielkie Nadzieje" odłożyłam na odległe później, bo jakoś półtora roku temu obejrzałam w sumie dość średnią ekranizację z 2012 i sama fabuła zaskakująco mocno zapadła mi w pamięć. I choć zgadzam się, że w klasyce idea spoileru ma mniejsze znaczenie, to w przypadku sławetnych plot twistów Karolka, nie do końca potrafię się przekonać. Więc czekam, aż zapomnę 😛

    A propos "Samotni" – kupuję w przyszłym miesiącu i choć wiem, że do wakacji pewnie do niej nie zajrzę, to cieszę się jak małe dziecko 😀 (Moje piękne Dickense będą wtedy już zajmować pół półki ^^).

    1. O, możliwe, oni w ogóle mają kilka edycji klasyki (zazdrość!) i jest z czego wybierać. Ciekawe swoją drogą, czy to aż taki popyt na anglojęzyczną klasykę (rynek zbytu właściwie nieograniczony), czy po prostu tradycja wydawnicza.

      No tak, tu dobrze jest zapomnieć – ale z drugiej strony przy lekturze możesz też docenić maestrię tych zastawianych przez Dickensa pułapek. Na mnie największe chyba wrażenie zrobiło to, co pisarz robi z postacią Orlicka.

      „Samotnia” jest wspaniała i czeka Cię fajna przygoda, więc nie dziwię się, że się cieszysz! Będę czekała na wrażenia z lektury :-).

  3. Też mi się bardzo podobało. W ogóle sporo tam ironicznego poczucia humoru, pamiętam, że nieraz uśmiechałam się tak półgębkiem 😉
    Może sobie powtórzę, bo szczegóły już się ulotniły…
    Zachęcam Cię do przeczytania „Tajemnicy Edwina Drooda”, to ta ostatnia książka Dickensa, niedokończony kryminał. Przez kilka dni głowiłam się, jak Dickens chciał to skończyć, ale bez rezultatu ;( Bardzo fajny jest klimat tej książki, taki mroczny. Postacie są mniej ciekawe, ale całość bardzo mnie wciągnęła i szkoda, że zakończenia nie poznamy 🙁
    Podobała mi się też biografia Claire Tomalin „Sekretna kochanka Dickensa”, bo nasz wielki pisarz, mając lat 40+, zapałał uczuciem do 18letniej aktorki… Jest tu sporo o Dickensie prywatnie, trochę o Nellie, o której niewiele wiadomo, choć chyba była ciekawą osobą. Najbardziej ciekawiły mnie informacje o aktorach w XIX wieku.

    1. Bardzo dużo, zwłaszcza w opisach wszystkich tych drobnych mieszczan (choć właściwie to chyba nie są mieszczanie per se, ale określenie pasuje) i ich zachowania wobec Pipa na różnych szczeblach jego kariery ;-).

      Mam w planach „Tajemnicę…”, zdecydowanie! Szkoda, że Dickens nie zdążył jej dokończyć, ale o ile się nie mylę, jest książka o tej książce, czyli „Drood” Simmonsa. Miałaś może okazję czytać? Może Simmons coś podpowiada w sprawie wyjaśnienia tej tajemnicy ;-)? Ja mam na nią chrapkę, ale już po samym Dickensie, żeby mieć kontekst.

      O, dopisuję sobie do listy, nie wiedziałam, że jest taka biografia! A Dickens poznał Ellen Ternan właśnie przy pracy nad „Great Expectations”. Podobno w wątku Estelli i Pipa (tym ich niejasnym zejściu się – nie zejściu) jest coś z właśnie z osobistych perypetii Dickensa na tym polu.

  4. No i ja jestem jedyna rozczarowana, jak zwykle. Wielke nadzieje, wielkie nadzieje i nic z tego. A wszyscy zachwyceni jakie to swietne, fantastyczne, jedno z totalnych dziel Dickensa (ja wiem, ze Dickens innych nie pisal, ale niektore sa bardziej totalne niz inne). Owszem ma fragmenty i postacie naprawde swietne, panna Havisham od razu sie narzuca i do dzis pamietam te scene rozmowy Pipa ze swoim wujem kowalem. To jest taka rozmowa kiedy widac, ze nie ma dobrych wyjsc z niektorych sytuacji a dzieci mozna traktowac powazniej niz sie wielu zdaje. Ale poza tym duzo nuzyzn i dluzyzn. Moze w oryginale bardziej by mi sie spodobalo.. Kto wie. Zaczelam te ksiazke Mr Pip i jaka ona przejmujaca jest od pierwszej strony prawie. „What does it mean a rimy morning?” „A rimy morning is a frosty morning”. „What does it mean a frosty morning?” Pewnie sie skonczy powtorka Dickensa.

    Osobiscie jestem fanka wydan oksfordzkich, musze sprawdzic czy maja jakies luksusowe wersje w twardej oprawie.

    1. Teoretycznie, jak informuje mnie wprowadzenie do tego wydania, „Wielkie nadzieje” są jedną z najbardziej niedocenianych powieści Dickensa ;-). Mnie się podobało, także dlatego, że konstrukcyjnie jest bardzo dobre (postaci są poustawiane w nieoczywiste pary, chociażby, a ja lubię takie smaczki). Natomiast mogę zrozumieć zastrzeżenia. Cały motyw wychowania dziecka i tego, jak można je łatwo skrzywdzić, uważając za coś mniejszego niż „cały człowiek”, jest moim zdaniem bardzo dobry — i wiąże się zresztą z tym ustawianiem postaci w pary (Pip na końcu gra przecież rolę „wujka Pumblechooka dla synka Joego, tyle że jest jej odwróceniem, jak sam podkreśla, nikomu nie mierzwił włosów ;-)).

      Natomiast co do dłużyzn: muszę przyznać, że mi czytało się szybko (jak na moje tempo czytania po angielsku). Nawet trudno by mi było wskazać, co wartałoby wyrzucić: może podróż po rzece nieco się ciągnęła, ale za to zwrot akcji to wynagrodził. No nie wiem.

      Właśnie chciałam „Pana Pipa” upolować w trakcie łowów antykwarycznych w weekend, ale mi się nie udało — liczę, że znajdę go jeszcze, bo bardzo chcę przeczytać!

      Które to są wydania? Z chęcią poszperałabym sobie za nimi w sieci, żeby pooglądać :-D.

      1. No wlasnie sprawdzilam i hardbackow nie maja. (Jest chyba dwadziescia osiem w twardej oprawie, ale wcale nie zachwycaja jakos edytorsko z tego co widze). Tylko miekkie okladki. Ale jakie to sa okladki! Ale jakie to sa wstepy! one sa jak w BN! Czlowiek sie po prostu zachwyca. No i Oxford idzie w jakosc zawartosci. Sa chyba w pelni swiadomi, ze studenta nie stac na twarde oprawy, zreszta studenci malo maja czci dla wydania, ksiazka w sensie fizycznym to czystej wody narzedzie jest, wiec czesto bezczeszcza ksiazki notatkami, przylepkami (jak inaczej nazwac post it notes?) itp i chwala im za to.

        No ale sam zasieg oszolamia. Nie ma szans zeby zebrac wszystko, mozna sie co najwyzej specjalizowac w jakiejs dziedzinie. I maja duzo nieoczekiwanych wyborow, co zawsze jest ciekawe. Listy ze Szwecji Danii i Norwegii od Mary Wolstonecraft. Ach.

        1. Mnie zawsze zastanawia, jak obserwuję na przykład w filmach czy serialach anglojęzycznych, postępowanie z książkami: podoba mi się, jak bardzo wykorzystuje się je, te biedne, dezelujące się łatwo paperbacki, ale ile jest w tym radości czytania! Przy polskich wydaniach jakoś tego nie ma (albo ja może nie widzę tego zjawiska tak samo), może dlatego, że tych książek fizycznie jest mniej? Albo że były gorzej wydawane (te starsze), więc trudno, żeby zniosły tyle obciążeń? Ale wracając do tematu: no właśnie, wydania krytyczne to jest to, jeśli są dobrze zrobione, druga połowa radości z czytania jest ze wszystkich wstępów i opracowań :-).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *