Problemy pierwszego świata albo o „Wieku niewinności” E. Wharton

Trochę może przesadziłam z tym tytułem wpisu. Ale od razu się przyznaję: powieść Edith Wharton zmęczyła mnie jak już dawno żadna powieść nie zdołała mnie zmęczyć. Poświęciłam więc trochę czasu na szukanie odpowiedzi, na czym polega „klasyczność” tego dzieła (nagrodzonego nagrodą Pulitzera w 1921 roku, Wharton była pierwszą pisarką, którą nagrodzono) i przyznam, że nie znalazłam satysfakcjonującej odpowiedzi. Może wyłoni się ona w trakcie naszej dyskusji? A tymczasem przenieśmy się znowu w lata 70. XIX wieku do amerykańskich metropolii. Bo akurat tak się składa, że „Wiek niewinności” ma to samo tło i bohaterów zbliżonych pochodzeniem, co dyskutowani przez nas przed miesiącem „Bostończycy” Henry’ego Jamesa.

Krótko o samej powieści

Jeśli nie skusiliście się, by sięgnąć po powieść, najpierw może dwa słowa klasycznie, o czym to jest. Newland Archer pochodzi z jednej z tak zwanych dobrych rodzin nowojorskiej socjety. Niedługo mają zostać ogłoszone jego zaręczyny z uroczą May Welland i Archer czeka na to z utęsknieniem. Nieco zamętu w uporządkowane, wyznaczane rytmem kolejnych — tych samych — spektakli w operze i zaproszeń na obiady w domach kolejnych, pospokrewnianych ze sobą, rodzin Nowego Jorku, wprowadza przybycie Ellen Olenskiej. Olenska, kuzynka Archerów, Mingottów i tym podobnych tuzów tego świata, uciekła z Europy. Czemu? Jej mąż, polski magnat, źle ją traktował. Rodzina wolałaby uniknąć skandalu, swobodniejsze zachowania Madame Olenskiej ją peszą, najchętniej wepchnęłaby ją z powrotem w ramiona męża, choćby i potwierdziło się, że źle ją traktował.

Mimo wszystko małżeństwo to małżeństwa, a pieniądze to pieniądze… na swój sposób obie rzeczy pożyteczne…

(cytuję za wydaniem Czytelnika z 1981 roku)

Bo faktycznie istotny jest majątek i to, żeby „trwać przy mężu”. Olenska nie zabiega specjalnie ani o jedno, ani o drugie i na tym tle wyróżnia się spośród innych bohaterek i bohaterów powieści Wharton. Jak możecie się domyślać, budzi więc niezdrową ekscytację wśród żądnych przygód miłosnych bohaterów w rodzaju Juliusza Beauforta, ale i sam Archer nie pozostanie obojętny. No właśnie, tylko że Archer sam nalega na przyspieszenie ślubu z May.

 

W wyższych sferach

Ellen Olenska nie była podobna do żadnej innej kobiety, tak jak on [Archer] do żadnego innego mężczyzny. Dlatego też ich sytuacja nie była porównywalna z niczyją inną i nie musieli odpowiadać przed żadnym trybunałem poza ich własnym sumieniem.

 

Moim podstawowym pytaniem przez całą powieść było: ale właściwie dlaczego ja mam się przejmować bohaterami? Mnogość ich koligacji rodzinnych, wystroju wnętrz ich mieszkań i detali garderoby zupełnie do mnie nie przemawiała. Problemy — prócz głównego kłopotu Olenskiej z mężem — wydawały się błahe. Bo to, czy Archer pojedzie z teściami na urlop, czy spróbuje pojechać gdzieś, gdzie spotka Ellen, szczerze mówiąc niewiele mnie zajmowały. Dlaczego? No właśnie, dlaczego? Przecież dobry romans czyta się z wypiekami na twarzy, choćby nie było w nim specjalnie więcej treści. Kibicuje się bohaterom. A tu tymczasem było mi tak zupełnie obojętne, kto kogo wybierze, z kim się ożeni i jak to się skończy, że aż sama obserwowałam swoje reakcje ze zdziwieniem.

 

Piąta Aleja, co prawda z okresu nieco późniejszego, bo samej końcówki XIX wieku, ale to tutaj przechadzają się nasi bohaterowie. Źródło.

 

Czy związane to jest z tym, wśród jakiej sfery toczy się akcja? Może po prostu nie miałam jakoś nastroju na śledzenie poczynań tej klasy wyższej, dla której forma jest wszystkim? Bo faktycznie formy towarzyskie, zachowywanie się „jak należy”, powielanie utartych wzorców — to głównie liczyło się dla bohaterów. O tym, co niewygodne, nie można mówić. O swoich emocjach należy milczeć. W ostatnim rozdziale wytyka to Archerowi jego syn i w ogóle ten rozdział, dziejący się po prawie trzydziestu latach od poprzedniego, rzuca ciekawe światło na całą powieść. Dla mnie był nie tylko komentarzem do sytuacji bohaterów, widzianych po latach, ale pokazywał właśnie, jak bardzo „nieaktualne”, „staroświeckie” (używając określeń dzieci, kolejnego pokolenia, bohaterów) było to, co śledziliśmy na poprzednich 350 stronach.

 

Ciągle na tym „Fauście”

A równocześnie trudno Wharton odmówić zmysłu obserwacji. Smaczków (jak choćby to, że co sezon każe bohaterom oglądać to samo przedstawienie w tej samej operze w tych samych lożach — a że jest to „Faust”, to znane zeń „chwilo trwaj!” staje się tragikomicznym komentarzem do tych „sezonów” nowojorskiej socjety). Zmysłu ironii. Ta ostatnia czasami sprawiała mi trudność w odczytaniu, bo nie wszędzie było dla mnie jasne, kiedy narrator mówi serio, a kiedy ironizuje. Bo widzicie, w tej powieści jest też ogromna dawka czułości za „starymi czasami”, za tym „wiekiem niewinności”, z którego później bezlitośnie drwi syn Archera.

I podobno tu właśnie tkwi potencjał tej powieści. Ukazała się wtedy, kiedy świat, o którym opowiadała, już nie istniał. Przemielony przez doświadczenie I wojny światowej zdawał się tylko złudzeniem, wspomnieniem, nie miał żadnego realnego odpowiednika. Wharton szczegółowo (dla mnie: nazbyt) wskrzesza go więc na kartach swojej powieści. To przemawia do tych, którzy jeszcze go pamiętają, może oczarować tych, którzy go szukają na nowo. Dla mnie ta dawka nostalgii była za duża. Może przez bliskość z „Bostończykami”? Owszem, Newland Archer nijak się ma do Basila Ransoma (jest o pokolenie młodszy), ale jego poglądy dążą w zadziwiająco podobnym kierunku. Najpierw co prawda uważa, że „kobiety powinny być wolne”. Później jednak macha na to ręką, bo skoro same wybierają formy, w jakich się zamykają, on nie zamierza się wtrącać. Trudno było mi nie odnieść wrażenia, że w tych półsłówkach, na jakie sobie pozwalał (a do jakich dostęp dawał nam narrator) Archer uważał wręcz swoją żonę za kobietę dość ograniczoną i w rezultacie mało inteligentną.

Co z tego zatem?

No właśnie, to jest moje pytanie. „Wiek niewinności” mocno mnie zmęczył. Bohaterowie znużyli. Doceniłam ironię, doceniłam kompozycję. Do świata powołanego ponownie do życia przez Wharton za nic nie chciałabym wracać. Uwięzionych w konwencji młodych i starszych przedstawicieli śmietanki towarzyskiej spotyka się po całej literaturze. Co ma stanowić o wyjątkowości Olenskiej, Archera, May Welland? Z chęcią poznam Wasze zdanie na ten temat.

Dzisiaj dyskutujemy u mnie, ale zachęcam Was gorąco najpierw do przeczytania wpisu Tarniny (o, tutaj), a także Marty, która dołącza do nas ze swoim wpisem (o, tutaj). A Wy, mieliście okazję czytać „Wiek niewinności”? Jak Wasze wrażenia?

49 Replies to “Problemy pierwszego świata albo o „Wieku niewinności” E. Wharton”

  1. Po pierwsze takie pytanie techniczne:dlaczego uważasz, że Basil Ransom jest o pokolenie starszy od Newlanda Archera? Obie powieści dzieją się w latach 1870. i obaj bohaterowie są w tym czasie młodymi mężczyznami. Dzieli ich sfera społeczna i sytuacja materialna, ale, no cóż, mnie też Ransom i Archer się ze sobą skojarzyli. Wobec obu odczuwam antypatię, z tym że Archer jest dużo lepiej wyjaśniony. W ogóle skojarzenia z „Bostończykami” wydają się nieuniknione, w świetle naszego poprzedniego Pikniku. Jak wiesz bardzo się w zeszłym miesiącu męczyłam, ale Henry James do pięt Edith Wharton nie sięga. To może na początek, a potem będę odpierać Twoje kolejne zarzuty 😉

    1. Ha, raz na jakiś czas udaje nam się jednak znaleźć lekturę, co do oceny której się różnimy ;-). Ja powiem od razu, w kontekście Twojego wpisu, że prozę Jamesa stawiam jednak wyżej od Wharton. Owszem, doceniam smaczki u Wharton, ale pióro Jamesa było mi dużo milsze w czytaniu. Nie wiem, może to kwestia przekładu?

      Dlaczego? Pomyślałam tak dlatego, że Ransom ma za sobą doświadczenie wojny, którego Archer najwyraźniej nie ma, w ogóle nie jest to dla niego żaden punkt odniesienia. Stąd mój pomysł, że był za młody — ale może uratowało go od frontu pochodzenie z socjety?

      Co do samego Archera, to jest taka postać, która we mnie na przykład nie wywołuje takiego odrzutu jak Ransom. To, że jest lepiej wyjaśniony — tu się zgodzę, ale też on właściwie wychodzi od poglądu dość nowoczesnego, tylko że rzeczywistość go przytłacza. Jakby to nie on chce May wtłoczyć w koleiny, to ona jest wtłoczona i wciąga go za sobą. Tak to odebrałam. Smutne jest to ich małżeństwo, choć z innych powodów (powiedziałabym: odwrotnych, ale to nie do końca klarownie stawia sprawę) niż związek Vereny i Basila.

      To ja czekam na odpieranie zarzutów, z chęcią dam się przekonać :-).

      1. Hmm… nie wiem dlaczego, ale nie dostałam powiadomienia o pojawieniu się nowych komentarzy.

        Wojna nie pojawia się w powieści w ogóle, choć na pewno niektórzy bohaterowie byli w nią jakoś uwikłani. Archer mógł nie być na wojnie, ale o tym mogła zadecydować różnica w wieku kilku lat względem Ransoma, a nie całego pokolenia.

        Ja też mogę powiedzieć, że Archer jest dla mnie dużo mnie antypatyczny niż Basil Ransom. Jest też prawdziwszy i ciekawszy, moim zdaniem. Mogę go nie lubić, ale to całe jego miotanie się, uwikłanie w sytuację niemożliwą do rozwiązania sprawia, że na jakimś poziomie jestem w stanie mu współczuć. Poza tym Wharton świetnie uchwyciła jego wewnętrzną niespójność (z której on zresztą zdaje sobie sprawę, ale nie lubi o tym rozmyślać): z jednej strony uważa, że kobietom należy się wolność, z drugiej strony nie jest w stanie wyobrazić sobie społeczeństwa, w którym ta wolność stałaby się faktem; chce żony-partnerki, ale jednak takiej, którą sam sobie na tę partnerkę wychowa. Archer jest w gruncie rzeczy postacią tragiczną, teoretycznie jako mężczyzna jest w pozycji władzy, w praktyce jego życie zostaje urządzone jakoś poza nim. Ale jeśli przeanalizujemy jego postępowanie, właściwie nie znajdziemy takiego momentu, w którym mógłby postąpić inaczej i wyrwać się z sieci.

        Co do Twoich zarzutów, na pewno „Wiek niewinności” to nie jest dobry romans, bo to w ogóle nie jest romans i satysfakcja czytelnicza opiera się tu na czymś zupełnie innym. Mnie też życie tych konkretnych osób nie przejmuje, ale przejmuje mnie sytuacja, w której są zmuszeni funkcjonować, rozumiem ich rozterki i beznadzieję ich położenia.

        1. Też nie wiem czemu, nie wiem też czemu WordPress kazał mi po raz kolejny zatwierdzić Twój komentarz — ale może to taka podwójna próba i teraz już pójdzie bez problemów?

          No tak, możesz mieć rację, że to nie całe pokolenie, ale kilka lat — z drugiej strony kategorii pokolenia można chyba użyć w odniesieniu do bagażu doświadczeń danej grupy, a tu Ransom i Archer doświadczenia mieliby różne (choćby przez to, że jeden był, a drugi nie był na froncie).

          Ale czy właśnie nie chodzi o to, że on upatruje jakiegoś rodzaju swojej misji w tym „wychowaniu” May na swoją partnerkę? On, miałam wrażenie, uważa, że uda mu się jakoś „podnieść” May, że ona stanie się tą „wolną kobietą”, a potem ulega inercji i zdaje sobie sprawę, że ona tego właściwie nie chce, on sam zaś traci zaangażowanie, bo traci zaangażowanie w cały ten związek pod wpływem uczucia do Ellen?

          Tak się zaczęłam zastanawiać, czy nie ma takiego momentu: a ostatnia scena na przykład? Wiem, że to już bohater wrzucony w nowe warunki, ale jednak. Wtedy wybór należy tylko do niego — i on postanawia nie działać, nic nie zmieniać.

          Okej, zgadzam się z tym, że położenie bohaterów (i to, że można je dwojako interpretować, tak jak piszesz: May jako niewinna istota albo bezwzględna manipulatorka, to chyba mój ulubiony przykład) to coś, czym można się przejąć nawet tam, gdzie nimi samymi — nie.

          1. To było tylko pytanie techniczne, ale co do tego bagażu doświadczeń, to różniła ich przede wszystkim strona wojny domowej, po której stanęli(by). Może dla Archera to nie był problem, bo był po stronie wygranych.

            No tak, z jednej strony chce, żeby may była wolna, ale z drugiej tylko o tyle, o ile to by mu odpowiadało (byłaby dla niego ciekawsza towarzyszką życia, gdyby miała własne myśli do wypowiadania). Myślę też, że na początku karmi się różnymi złudzeniami an temat May, a potem stopniowo je porzuca. W trakcie ich małżeństwa okazało się zresztą, że to nie on ukształtował May, a ona jego.

            Tak, co do ostatniej sceny, to można się tego dopatrywać, ale są tu możliwe interpretacje idące w przeciwnych kierunkach.

            May chyba jest dla mnie najciekawszą postacią. Ona jest opisywana jako ten doskonały produkt swojej sfery, niemal całkowicie pozbawiony indywidualności wzorzec dziewczęcej niewinności, piękny, a jednocześnie przerażający (takie słowo jest chyba użyte, o ile dobrze pamiętam). Ale jest opisywana z perspektywy Archera, trzeba o tym pamiętać.

            1. Masz rację, faktycznie z jego perspektywy ta wojna mogła już nie odciskać takiego piętna, jak w przypadku Południa i pochodzącego stamtąd Ransoma.

              Zresztą on się trochę boi tej wypowiadanej na głos myśli o „wolnej kobiecie”. W ten scenie, gdzie mówi to na głos, robi mu się głupio, zaczyna się zastanawiać. Archer to jest trochę taka postać, która ma może i dobre chęci, ale problem z działaniem — Marta dobrze to opisała, ja bym to nawet jeszcze rozwinęła w tym kontekście Ellen-Newland (co trochę starałam się pokazać w komentarzu). W tym kontekście fakt, że May miała na niego większy wpływ ostatecznie niż on na nią, nie dziwi.

              Mogłabyś rozwinąć? Bo przychodzi mi na myśl interpretacja dotycząca rezygnacji Archera (niech już zostanie tak, jak było, bo to, co być mogło, jest zbyt bolesne) i taka, że to jest wreszcie jego wybór (ma wpływ na to, co się stanie, po raz pierwszy). Czy to masz na myśli?

              No właśnie, narrator daje nam wgląd do głowy Archera, obie kobiety widzimy „przez” niego. W tym kontekście powraca do mnie cały czas pytanie o jego stosunek do Ellen. Podobnie jak przy „Bostończykach” zastanawiałam się, gdzie zaczyna się uczucie tej naszej głównej pary. Bo Archer i Ellen znają się jeszcze z dzieciństwa, ale jego fascynacja nią rodzi się później, nie uważasz?

              1. Myślę, że ten problem z działaniem u Archera bierze się po części stąd, że wszelkie działania przeciwko konwenansom zagrażałyby jednocześnie jego uprzywilejowanej pozycji. Jest tu coś z tej chęci zachowania świętego spokoju, o której poniżej napisała Hannah. Ale z drugiej strony wydaje mi się, że on też stara się zachować przyzwoicie, tzn. nie zrywa zaręczyn nie tylko z obawy przed skandalem, ale też dlatego, że nie chce jej skrzywdzić.

                Tak, coś w tym rodzaju. Archer podejmuje decyzję, że nie zobaczy się z Ellen, ale ta decyzja jest zaniechaniem, a nie działaniem, więc może po prostu jest to z jego strony tylko przyzwolenie, żeby wydarzyło się to łatwiejsze.

                Sądzę, że na początku Ellen zwraca uwagę Archera swoją innością, trochę go irytuje, ale jednocześnie fascynuje. Ale zbliżenie i głębsze zainteresowanie nią następuje przy okazji jego zaangażowania w niedoszły pozew rozwodowy. Tu akurat wierzę, że Archer odradzał jej rozwód kierując się jej dobrem (jak je rozumiał, tzn. rzeczywiście sądził, że sprawa rozwodowa mogłaby ją zniszczyć), a fakt, że odpowiadało to wszystkim tylko się z tym zbiegł.

                1. Mnie się też wydaje, że Archer ma poczucie, że już jest za daleko, by się wycofać: to on wszak nalegał na przyśpieszenie ogłoszenia zaręczyn i ten pierwszy krok sprawił, że nie bardzo mógł się wyplątać z każdego kolejnego. Stąd też ta histeryczna reakcja na koniec pierwszej części.

                  Tak, też sądzę, że dopiero wtedy coś tak naprawdę między nimi zaskoczyło. Zresztą Archer do końca jest przekonany, że Ellen postąpiła słusznie opuszczając męża, bez względu na swojej wobec niej uczucia (mimo że nigdy nie dowiadujemy się niczego konkretnego na ten temat — choć nie wątpię, że coś z tym mężem było nie tak, właściwie pan szwajcarski guwerner też dość stanowczo wypowiada się na ten temat, a pozostali bohaterowie po prostu chcą mieć święty spokój, więc namawiają Olenską do powrotu, więc im nie ma co ufać).

                  Zastanawia mnie: czy Ellen naprawdę tak bardzo jest poza konwenansem? Inni patrzą na nią jako na „Europejkę” (i to nie zawsze jest komplement, a właściwie chyba nigdy), co by to mniej więcej miało znaczyć, jak sądzę.

  2. Czytałem tylko „Opowieści małżeńskie” i co prawda niewiele już pamiętam, ale recenzja mówi mi, że mi się podobało i że było zajmujące i prawdziwe. Zasadzałem się na „Wiek niewinności” jako na najlepsze dzieło Wharton, ale widzę, że nie ma się po co spieszyć. Ciekawe, że piszesz o uwięzieniu bohaterów w konwencji – bo w „Opowieściach” z kolei bohaterowie chcieli się właśnie z konwencji wymykać i to było dość świeże i zajmujące.

    1. To była bodaj dwunasta powieść autorki, obsypana nagrodami i z dużym ogólnym podziwem czytelników — stąd ja się nastawiałam bardzo pozytywnie, a jak widać nie za bardzo mnie ten „Wiek niewinności” oczarował i autentycznie jego lektura mnie zmęczyła. Bo ci bohaterowie tutaj właśnie utkwili w konwencji, dopiero kolejnemu pokoleniu udało się wyzwolić: jest nawet taki fragment, że syn Archera staje w niemal dokładnie takiej samej sytuacji, co ojciec trzy dekady wcześniej i to w ogóle nie jest już problem.

      Z kolei ja się zasadzam na opowieści grozy Wharton, ciekawa jestem, jak wypadają. Bo to raczej nie sam styl mnie zmęczył (choć przywiązanie do detalu jest w „Wieku…” naprawdę ogromne), tylko to umocowanie społeczne, czy kontekst — nie wiem, jak to nazwać. Może po prostu potrzebuję przerwy od historii z życia tak zwanych wyższych sfer ;-).

    2. @zacofany.w.lekturze Nie zrażaj się marudzeniem Pyzy, zajrzyj do mnie i porównaj obie opinie 😉

      1. Ja też nie chcę jakoś bardzo zniechęcać, widzę, że jestem nieco osamotniona w narzekaniu ;-).

        1. Przespaceruję się, bo dla mnie nie ma czegoś takiego, jak za dużo detalu w prozie. No ale ja lubię Nad Niemnem 😀

          1. O przepraszam bardzo, ja też należę do fanklubu „Nad Niemnem”, a jednak te detale u Wharton mnie nieco, no cóż, znowu użyję tego słowa: zmęczyły ;-).

            1. To wręcz niewyobrażalne, doprawdy przetestuję tę Wharton przy okazji, nie mieści mi się to w światopoglądzie.

              1. @Między sklejonymi kartkami Faktycznie, jakbyście z Pyzą czytały ciut inną książkę, nie powiem, Twoja wersja bardziej zachęcająca 🙂

                1. To teraz ciekawa jestem, do której wersji się przychylisz :-). Ja od razu się zastrzegam, że mogłam mieć przesyt historii dziejących się w tamtym czasie w tamtym środowisku i kto wie, może sama kiedyś ponownie sięgając po „Wiek niewinności” spojrzę na niego przychylniejszym okiem (choć powtórzę: warsztatowo cenię to, co tam zrobiła Wharton).

                  1. Wiesz, ja mam uczulenie na tzw. amerykańską arystokrację, więc mogę np. osiągnąć wysoki poziom irytacji 😀

                    1. To tym bardziej czekam, może znajdzie się jeszcze ktoś narzekający ;-).

                    2. Może 🙂 Chwilowo mam do nadrobienia „Starą pannę”, „Wiek” muszę dopiero nabyć przy okazji.

  3. Piszesz: „właściwie dlaczego ja mam się przejmować bohaterami? Mnogość ich koligacji rodzinnych, wystroju wnętrz ich mieszkań i detali garderoby zupełnie do mnie nie przemawiała. Problemy — prócz głównego kłopotu Olenskiej z mężem — wydawały się błahe. Bo to, czy Archer pojedzie z teściami na urlop, czy spróbuje pojechać gdzieś, gdzie spotka Ellen, szczerze mówiąc niewiele mnie zajmowały”.

    Według mnie to właśnie element przedstawienia tego uwikłania bohaterów. Tak samo jak pominięcie osób spoza ich warstwy podkreśla jej hermetyczność. Ja tutaj wszystko odebrałam jako celowe (poza lekkimi dłużyznami w niektórych fragmentach), bo tworzy spójną całość. Jak to wymieszanie ironii z powagą, dające ciekawy efekt fałszywego obiektywizmu.

    Co ciekawe, w ogóle nie zauważyłam nostalgii, o której piszesz. Za dużo w tym wszystkim było ironii i krytycyzmu. Dla mnie to właśnie clue „Wieku niewinności” – nie cofnięcie się do tamtych czasów, a próba analizy pokolenia rodziców autorki. A bohaterowie kryją w sobie o wiele więcej niż się na pierwszy rzut wydaje (tu już odeślę do mojego tekstu :P) i to dla nich moim zdaniem warto najbardziej czytać tę książkę 🙂

    1. W ogóle muszę Ci pogratulować wpisu, przeczytałam go z dużą przyjemnością (to znaczy nie muszę, ale chcę, wyszła bardzo ciekawa analiza — nie ze wszystkim się zgadzam, o czym zaraz, ale tym bardziej inspirujący jest Twój odbiór tej powieści!).

      Moje pytanie brzmi: w jaki sposób to element uwikłania bohaterów? Owszem, to bardzo zamknięte środowisko, nie ma w nim właściwie żadnych wyrw, a nawet jak się jakaś trafi, wszyscy próbują ją szybko zasypać (niech Ellen wróci do męża, niech Archer poślubi May szybciej, niech Beaufortowa pozostanie przy mężu, i tak dalej). Faktycznie wszyscy spoza „śmietanki”, tak jak piszesz, są epizodyczni, często nie mają imion, są tą pogardzaną „bohemą”, jak dziennikarz czy guwerner. Tylko czy mój brak przejęcia się bohaterami to zaprojektowana przez autorkę reakcja? Wydaje mi się, że nie. Że jednak miałam się przejąć tym, co zrobi Archer, jakiego dokona wyboru — a tymczasem pozostawiło mnie to właściwie obojętną właśnie przez to, że tak bardzo hermetyczna to warstwa społeczna została mi przedstawiona.

      Będę broniła tej nostalgii — na przykład ten poziom szczegółowości opisów, to tkanie przez Wharton rzeczywistości, to też jest objaw tej tęsknoty za światem, który odszedł. Niemniej bardzo mi się podoba ta myśl o „Wieku niewinności” jako próbie analizy — z perspektywy ostatniego rozdziału faktycznie mogłabym się zgodzić.

      I bardzo mi się podoba Twój pomysł na odczytanie postaci Ellen jako pewnego rodzaju odbicia postaci Archera. To ciekawe, że ona ma więcej sił, więcej działa. Jest też właściwie cały czas w ruchu (ciągle się przemieszcza, dosłownie), podczas gdy Archer głównie deklaruje, że gdzieś pojedzie („planuję teraz dużo podróżować!”), podczas gdy głównie jeździ na urlop z teściami ;-). W tym kontekście bardzo symboliczna jest ta ostatnia scena: nie wchodzi nawet po schodach.

      1. Wiesz, chyba wiem teraz, skąd u nas te różnice w zaangażowaniu – ja potraktowałam to wszystko jako jakiś egzotyczny świat i powieść stanowiła mnie sposób jego eksploracji, ty raczej szukałaś argumentów, dlaczego w ogóle ta historia ma ciebie obchodzić. Nie mówię, że to źle, po prostu inaczej. Choć ja akurat pod względem satysfakcji z lektury wyszłam na tym lepiej 😛

        (I dzięki za te miłe słowa, merdam ogonkiem z radości <3).

        1. Hm, nie wiem, czy mnie przekonuje ten argument ;-). Bo raczej pytanie „ale właściwie czemu ma mnie to obchodzić?” to jest pytanie po lekturze, nie pytanie przed czy w trakcie (więc nie ma takiego bezpośredniego związku z nastawieniem). Wiesz: w momencie, w którym zamykasz książkę i zastanawiasz się nad tym, co właśnie przeczytałaś. Myślę, że swój wpływ na to, że dla mnie było to mniej egzotyczne (bo egzotyczny to ten świat przedstawiony niewątpliwie jest) była wcześniejsza lektura „Bostończyków”. Swoją drogą, tak jak piszesz, że można zestawiać „Wiek…” i „Emancypantki”, to właśnie przed miesiącem zauważałyśmy z Tarniną, że można zestawiać „Emancypantki” i „Bostończyków”. Wytwarza się taki łańcuszek lektur ;-).

          1. A widzisz, u mnie takie myśli zawsze pojawiają się w trakcie lektury, prawie nigdy po, stąd taka nadinterpretacja 😉 I w takim razie po „Bostończyków” z pewnością sięgnę, ale na razie po drodze czekają trzy inne powieści Jamesa: „W kleszczach lęku” (muszę wypożyczyć z biblioteki, zanim skończę szkołę :P) oraz „Amerykanin” i „Roderick Hudson”, które mam już w domu 🙂

            1. Broniłam „Bostończyków” miesiąc temu, uważam, że ciekawie jest zestawić ich z Prusem (podobnie — ale to jest wieść z drugiej ręki — interesująco wypada „Amerykanin” zestawiony z „Lalką”, jeszcze nie testowałam na własnej czytelniczej skórze), chociaż to nie jest aż tak dobra powieść. Natomiast „W kleszczach lęku”/”Dokręcanie śruby” podobało mi się bardzo, więc polecam! Co zaś się tyczy zaangażowania w lekturę: może klucza możemy szukać w tym, że Ty odczytujesz ją jako powieść międzypokoleniową, a ja jako nostalgiczną opowieść o przeszłości z komentarzem na koniec?

              1. Na taką wersję mogę przystać 😀 Chociaż w sumie… Podobała mi się jeszcze, zanim dowiedziałam się, że jest międzypokoleniowa; to tylko wzmocniło moje pozytywne odczucia 😛 (Błagam, nie ciągnijmy już tych zgadywanek i załóżmy, że dla każdej co innego było ważne ;D

                1. Nawet nie o zgadywanki chodzi: zastanawiam się cały czas nad tym, co przesądza o statusie „Wieku niewinności” jako klasyki (klasyki w rozumieniu lektury ponadczasowej czy uniwersalnej), gdzie tutaj jest pies pogrzebany :-). Tarnina wyżej pisze o tym, że nie sami bohaterowie, ale ich sytuacja to jest coś intrygującego, pokazującego pewien problem i zgodziłabym się z tym.

    2. Ja też muszę stwierdzić, że w ogóle nie widzę w powieści nostalgii za dawnymi czasami. Wharton opisała świat, który w momencie powstawania książki był już przeszłością, ale nie ma w tym żadnego sentymentalizmu, ja widzę raczej oskarżenie.

      Poza tym niekoniecznie trzeba czytać „Wiek niewinności” jako powieść o nowojorskiej śmietance towarzyskiej II połowy XIX w. To jest powieść o uwikłaniu, o tym jak pozwalamy, żeby zewnętrzne okoliczności sterowały naszym życiem. (I można to uwikłanie przenieść w inne miejsce i inny czas). Żadne z trójki bohaterów nie jest wolne, ale każde z nich przyjmuje inna postawę wobec tej niewoli. Ellen walczy, Archer trochę się miota, ale głównie wewnętrznie, a May w pełni dostosowuje się do sytuacji. Zgadzam się, że życie tych bohaterów jest banalne (tak jak życie prawie wszystkich ludzi), ale sposób, w jaki Wharton to przedstawia, jest bardzo daleki od banału.

      1. Jestem osamotniona w moim odczytaniu tego umiłowania detalu jako rodzaju nostalgii za minionym, jak widzę :-). Ale wiecie, będę się upierała, że w tym coś jest: bo często to są drobiazgi, drobiażdżki nawet, które nie wiążą się przecież z tą osią ironiczno-oskarżycielską (nazwijmy ją tak), nie macie wrażenia? Krój sukien, ułożenie kwiatów, umeblowanie saloników — ona to odtwarza z taką precyzją!

        Tylko właśnie: z jednej strony podoba mi się to odczytanie i ono pozwala mi odpowiedzieć na pytanie, czemu „Wiek…” to taka klasyka. Z drugiej strony, czy można to przenieść na każdą sferę? Czy to, że mamy do czynienia z nowojorską socjetą, czy szerzej z klasą wyższą, na pewno nie ma tu żadnego znaczenia albo ma znaczenie małe? Tak pytam z ciekawości, nie mam jeszcze zupełnie jasnego pomysłu na to, jak sama odpowiedziałabym na to pytanie :-).

        1. Pyzo, nie twierdzę, że nie ma lub ma znikome znaczenie. To jest powieść obyczajowa (historyczna obyczajowa, chyba tak ją można zaklasyfikować) więc opisanie tej konkretnej sfery jest jednym z jej celów (stąd też te drobiazgowe opisy, Wharton występuje jako kronikarka, ale ja w tym opisie nie widzę czułości). To, co przydarza się bohaterom, przydarza im się w dużej mierze dlatego, że należą do tej właśnie sfery w tym właśnie czasie. Chodziło mi raczej o to, że w wymiarze bardziej ogólnym – uczuć, przeżyć, reakcji na nacisk z zewnątrz itd. można to odnieść do sytuacji z innych kontekstów społecznych.

          1. Rozumiem — ale (czepliwa jestem, wiem) nadal się zastanawiam, czy to się w dużej mierze da jakoś oddzielić od tego kontekstu. Bo nawet sami bohaterowie o sobie mówią, że są w jakiś sposób wyjątkowi (to różnicowanie na Amerykanów i Europejczyków, zarzucanie Olenskiej, że za długo była w Europie, więc pewnych rzeczy nie zrozumie i tym podobne). Oczywiście to może być tylko dla Wharton sposób na pokazanie kokieterii tej konkretnej sfery społecznej, która sama się łudzi, że jest taka wyjątkowa czy że jest w niej coś „innego”, podczas gdy nie ma. Natomiast w takim bardziej ogólnym kontekście działają mechanizmy, o których piszesz. Ale te mechanizmy mogą być też wytworem tej konkretnej klasy społecznej i niekoniecznie muszą się okazać uniwersalne (ale mogą w niektórych aspektach — także i się zgadzam, i się nadal zastanawiam 😉 ).

  4. Ja o zgrozo mogę się wypowiadać tylko na podstawie filmu Martina Scorsese. Tak, reżyser Ojca chrzestnego nakręcił adaptację co więcej mówił że wśród filmów które zrobił ten należy do najbardziej brutalnych (most violent). Kontrast między karzącą ręką konwencji, a potrzebą serca, bezwględność konwenansu, poświęcającego jednostki dla status quo ustalonego odgórnie bez żadnej w sumie logiki, rozdarcie między emocjami a manierami to wszystko tam było. Oczywiście między Pfeiffer i Day Lewisem buzowało (to po tym filmie Michelle miała powiedzieć, że niektóre sceny erotyczne gra się w kostiumie zapiętym po szyję). Ale było też dużo takiej cichej rozpaczy. Rano jesz śniadanie, po południu masz złamane serce, a wieczorem idziesz na przyjęcie bo trzeba. I nikt tego nie widzi. Bardzo dobrze ten film pokazywał, że najczęściej marnujemy sobie życie dla świętego spokoju. Dla świętego spokoju popełniamy te drobne i mniej drobne wykroczenia wobec siebie, które sumują się na poczucie zmarnowania.

    1. Ja z kolei nie widziałam (jeszcze) ekranizacji, tylko podziwiałam zdjęcia :-). Myślę, że właśnie to poczucie zmarnowania życia to jest coś, co teraz bardzo widać przy lekturze „Wieku…” (ale podobno, tak się doczytałam, interpretacje zachowań i decyzji bohaterów są odmienne zależnie od epoki: podobno w latach 20. tragizm wyboru czy też braku wyboru Archera wcale nie był dla krytyków/czytelników taki oczywisty — film Scorsesego jest z lat 90., więc jest już odmienną interpretacją, chyba dość bliską tej, jaka się tu przewija w naszej rozmowie). Zwłaszcza na samym końcu, kiedy do głosu dochodzi już to pokolenie dzieci bohaterów.

    2. Moim zdaniem był to film co najwyżej średnio udany i obecnie trochę już trąci myszką (ale dla samych kostiumów warto obejrzeć, jeśli ktoś lubi historyczne fatałaszki ;)). Najciekawsza w nim była moim zdaniem Winona Ryder, świetnie zagrała May jako uosobienie konformizmu, istotę słodką, a zarazem bezwzględną.

      1. Wiem, obejrzalam sobie trailer i juz po tym widze, ze myszka traci i ze dzis bym odebrala inaczej (przede wszystkim glos Michelle Pfeiffer dziala mi na nerwy co mnie zaskoczylo bo w ogole nie pamietam takiego wrazenia z pierwszego ogladania, a jestem dosc wrazliwa na glos). Ale niektore sceny nadal pamietam. A to juz bylo dosc dawno 🙂 I to poczucie wlasnie zmarnowania zycia i tej wojny pozorow – konwenansow, jak najbardziej prawdziwej, bezwzglednej i z ofiarami.

        1. O, widzę, że te kostiumy nawet zdobyły swego czasu Oscara. Myszka nie myszka, myślę, że obejrzę, żeby zobaczyć, jak wygląda sprawa z tym oddawaniem emocji ;-).

  5. Książka zrobiła na mnie wrażenie, choć w oryginale nie dałam rady przeczytać, ale tłumaczenie już mi się spodobało.
    Nie powiedziałabym, że jest to romans, raczej proza psychologiczno – obyczajowa. Romans też, jasne, ale ważniejszy wątek to ta presja społeczna, jaką czują bohaterowie, uwikłanie w konwenanse, które nie pozwalają im odetchnąć pełną piersią, poczucie konieczności, że muszą sprostać pewnym normom i oczekiwaniom, nawet jeśli stoją one w sprzeczności z ich własnymi dążeniami i marzeniami. I książka znakomicie pokazuje, jak grupa potrafi stłamsić jednostkę, jeśli ta próbuje się jakoś wychylić. Strasznie to było dołujące.
    Te wątki przewijają się w twórczości Wharton, np. w „Świecie zabawy”, gdzie bohaterka, gdy tylko zaczyna odstawać, to zaraz jej środowisko pokazuje drugą twarz i dziewczyna pada ofiarą intryg i zostaje przez środowisko odrzucona. Z kolei w „Jak każe obyczaj” narracja prowadzona jest z punktu tej złej, ta bohaterka odnosi sukces, bo świetnie zna się na manipulacji i wykorzystywaniu innych.
    Ach, i „Opowieści małżeńskie” są super. Zwłaszcza wbiło mi się w pamięć pierwsze opowiadanie, o rozwodzie i zmianie pokoleniowej.
    Bardzo przygnębiające jest pisarstwo Wharton, to już chyba kiedyś tu pisałam. Ale moim zdaniem warto, mam nadzieję, Pyzo, że jednak jeszcze kiedyś po nią sięgniesz 🙂

    1. Chyba kiedyś czytałam „Opowieści małżeńskie”, ale nie bardzo już pamiętam. W każdym razie „Wiek niewinności” usposobił mnie bardzo przychylnie wobec pisarstwa Wharton, pod warunkiem, oczywiście, bycia w nastroju na takie przygnębiające lektury.
      Według mnie ta powieść jest romansem w najmniejszym stopniu, tak samo jak nie jest „literaturą kobiecą”, więc wydawanie jej w seriach z różowymi serduszkami jest nieporozumieniem. Myślę, że najlepiej mieści się w kategorii powieści psychologicznej. Dramat bohaterów nie polega właściwie na tym, że kochankowie zostają rozdzieleni. Być może Archer i Olenska wcale nie byli dla siebie stworzeni. Tragedią jest to, że bohaterowie pozwalają, żeby ich życiem kierowały względy zupełnie w gruncie rzeczy nieistotne, zgadzają się na życie w kłamstwie i nawet nie jest im z tym jakoś bardzo źle.

      1. @Karmena, na pewno sięgnę po Wharton (najprędzej jednak, jak sądzę, po jej opowiadania grozy, do których zabieram się już od dłuższego czasu :-)), nie zniechęciłam się jakoś bardzo: mam wrażenie, że ta powieść trafiła u mnie akurat na nie najlepszy czas dla takich powieści. Może stąd jestem dość sceptyczna wobec niej, bo tak jak pisałam, doceniam warsztat Wharton, tylko środowisko, w którym umiejscawia swoją historię, jest mi obojętne.

        Zgadzam się, oczywiście, że można „Wiek niewinności” odczytywać jako historię o tym, jak jednostki przepadają w społeczeństwie, poddającym je pewnym utartym normom, wychylenie spod których grozi zupełnym ostracyzmem. Z chęcią, po Twoim opisie, sięgnę też zapewne kiedyś po „Opowieści małżeńskie”, w ogóle może Wharton plus krótka forma to coś bardziej dla mnie ;-)?

        @Tarnina, no tak, dramat kochanków (niedoszłych zresztą) tutaj polega najbardziej na tym, co im się obojgu wydaje, a nie na tym, co tak właściwie robią. Ale nie wiem, czy nie jest im z tym źle: Archerowi może i tak (sądząc po ostatnim rozdziale), on się z tą sytuacją pogodził. Ale Olenską widzimy na koniec (co prawda bardziej wyobrażoną niż rzeczywistą) smutną, poszarzałą, złamaną.

        1. Pyzo, tak, właściwie to chodziło mi w tym zdaniu głównie o Archera. I May. Ellen to jest jednak inny przypadek. Ona też żyje zastępczym życiem, ale zdecydowały o tym względy bardziej obiektywne, a nie wyłącznie konwenans. I jednak wywalczyła sobie pewną sferę wolności. Chyba można powiedzieć, że w konfrontacji z życiem odniosła „moralne zwycięstwo” (co jak wiemy jest eufemistycznym określeniem przegranej, ale honorowej).

          1. Zgadzam się, Olenska zresztą jest bohaterką, która od początku stoi trochę z boku tych norm — przez swoją nabytą „europejskość” w punkcie wyjścia i przez decyzję dotyczącą niepowrotu do męża w punkcie końcowym. Tam jeszcze ciekawy pozostaje wątek pieniężno-ekonomiczny, bo w pewnym momencie pada stwierdzenie, że Ellen właściwie nic nie zostaje na prowadzenie „godnego życia”, bo znacząco zmniejszyły się jej dochody — zresztą cały wątek z Juliuszem Beaufortem też jest oparty na tych podejrzeniach.

  6. Zupełnie bez związku z wpisem, chciałam powiedzieć, że bardzo podobają mi się lektury na czerwcowy i wrześniowy piknik. O „Trędowatej” nasłuchałam się od mojej mamy. Coś czuję, że to będzie idealna okazja do zmierzenia się z „legendą”. 😉

    1. A to tylko się cieszymy, wpadaj koniecznie popiknikować razem :-)! Ja się jeszcze zastanawiam, czy do „Trędowatej” nie dobrać później/wcześniej Magdaleny Samozwaniec „Na ustach grzechu”, bo to podobno ironiczny komentarz do Mniszkówny :-). A na spotkanie z Woolf też się cieszę, bo jeszcze nie miałam okazji, a wspólny piknik to zawsze doskonała mobilizacja!

      1. Samozwaniec później, zdecydowanie, wcześniej by popsuło efekt 🙂

        1. OK, czyli Samozwaniec po „Trędowatej”, odnotowałam :-).

          1. „Na ustach grzechu” – już sam tytuł jest zniewalający. Ale też mi się wydaje, że nie należy czytać parodii przed zapoznaniem się z przedmiotowym dziełem 😉
            Ale w ogóle to chciałabym, żebyśmy podeszły do „Trędowatej” bez uprzedzeń 🙂

            1. Toteż zamierzam czytać Mniszkównę jako klasyczkę — postaram się bez bagażu :-). Ale Samozwaniec potem może być bardzo ciekawym komentarzem!

              1. Jako, hm, doświadczony czytelnik Mniszkówny chciałbym zauważyć, że to będzie trudne, znaczy czytać jako klasyczkę i bez bagażu 🙂 Aczkolwiek mokre oczy w finale gwarantowane.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.