Czytać Jane Austen w Kalifornii albo o „Klubie miłośników Jane Austen” K. J. Fowler

 

Najpierw, przyznaję się, obejrzałam film. Był bardzo przyjemny, choć zakończenie okazało się nieco zbyt cukierkowe jak na mój gust. Postanowiłam więc sprawdzić, jak jest w książce. Akurat moja biblioteka dysponowała wolnym egzemplarzem, a ja potrzebowałam lekkiej lektury. Tak więc wpadliśmy na siebie ponownie, ja i kalifornijski klub czytelniczy, którego zadaniem było przeczytać sześć powieści Jane Austen.

Co to za historia?

Bernadette, zbliżająca się do sześćdziesiątki, ma ochotę jeszcze raz przeczytać główne powieści Jane Austen. Zaprasza do tego pomysłu koleżanki i znajome. Sylvia właśnie rozstała się z mężem, jej córka Allegra przeżywa burzliwy związek z chcącą zostać pisarką Corinne. Prudie uczy w liceum francuskiego, ale lubi rozmawiać o literaturze w ogóle. Jocelyn hoduje psy i chciałaby wyswatać wszystkich znajomych, więc przyciąga do klubu Grigga. Grigg czyta głównie science fiction, ale daje się namówić, bo podoba mu się postawa Jocelyn. Jest ich sześcioro, oprócz Grigga wszyscy czytali już Austen.

Dzielą się książkami: każdą ma omówić ktoś inny, u kogo akurat wypadnie spotkanie. Jest poczęstunek, czasem fiszki z notatkami. Czasami spotkanie wypada, bo po drodze przydarza się życie. I generalnie tu mogłabym zakończyć słowo wstępne, ale przyznam się Wam do wielkiej, nierozwiązanej przeze mnie zagadki tej powieści. Otóż: narrator jest pierwszoosobowy. I nie jest nim żadne z sześciorga bohaterów. Tak, tak, skończyłam czytać i nie mam zielonego pojęcia, kim jest narrator i skąd wie wszystko to, co wie. Jest naraz w głowie bohaterów, zna ich przeszłość, wie, co się z nimi dzieje aktualnie, potrafi przytoczyć ich maile… A równocześnie zdaje się nie pochodzić z ich grona. Ot, taka nierozwikływalna tajemnica.

 

Papier a ekran

Jeśli jesteście ciekawi, jak wypada książka w konfrontacji z filmem… Hm. Powiem tak: inaczej. Twórcy filmu poprzesuwali niektóre akcenty i generalnie ich rozumiem, bo film wymaga nieco bardziej zwartej konstrukcji fabuły, a aktorzy muszą mieć co grać. Fowler bowiem raczej wykorzystuje książki Austen jako pretekst, by nam opowiedzieć o swoich bohaterach. Problem w tym, że oni nie są aż tak zajmujący i ujmujący, żeby trzymać czytelnika przy tekście samymi sobą. Autorka snuje historie o nich lub pozwala im opowiadać o sobie, ale raczej nie pokazuje ich w działaniu. Konstrukcyjnie zaś powieść ma problem. Niejeden właściwie. Wątki pojawiają się, żeby nie odegrać żadnej roli i zniknąć. Autorka wyposaża bohaterów w pewne przeżycia, które niczym nie skutkują w ich życiu. Są w fabule, żeby było o czym opowiedzieć, natomiast nie przekładają się na nic. Najkonsekwentniej zbudowaną postacią będzie Allegra — będzie też postacią najbardziej irytującą, no ale to może być wypadek przy pracy.

 

Z materiałów promocyjnych do filmu „The Jane Austen Book Club” (źródło). Przy okazji warto też wspomnieć, że twórcy poprzesuwali wątki pochodzeniowe. W powieści to Sylvia jest Latynoską i ma to spore znaczenie dla tego, jak kształtował się jej charakter. W filmie to niewierny mąż zostaje Latynosem, co z kolei nie ma wielkiego znaczenia dla żadnego z wątków.

 

Filmowcy zdecydowali się więc na dość radykalne przefastrygowanie dostarczonego materiału. Przede wszystkim odmłodzili całą ekipę Klubu czytelniczego. Tutaj akurat pojawia się pytanie: czemu, czy nie możemy śledzić perypetii miłosnych osób w przedziale wiekowym 30-60 lat, a jedynie 30-wyglądających-na-nie-więcej-niż-40 lat? Zwłaszcza, że wątek starzenia się zajmuje akurat u Fowler poczesne miejsce. Jej bohaterki zastanawiają się, kiedy stają się niewidzialne w społeczeństwie, które przestaje dostrzegać starsze kobiety albo wyznacza im tylko określone role do odegrania. Odmładzając bohaterów twórcy filmowej wersji „Klubu…” mogli co prawda zaprosić na plan określonych aktorów (przyznaję, bardzo lubię Grigga w wykonaniu Hugh Dancy’ego, jest uroczo bezpretensjonalny), ale pojawia się pytanie, czy komedia romantyczna nie może skusić widza do śledzenia perypetii postaci nieco starszych? Wydaje się, że może, to więc posunięcie było raczej próbą wylądowania w bezpiecznej i dobrze znanej kieszonce.

Co innego obdarowanie każdej postaci określoną książką Austen. Fowler, jak pisałam, traktuje je raczej jako punkt wyjścia i to nie zawsze szczególnie udany. „Duma i uprzedzenie” staje się na przykład podkładką pod historię licznych małżeństw Bernadette. Przy czym znowu: raczej obiecuje się nam te historie, w rzeczywistości dostajemy urywki i obraz mocno niepełny. W filmie ciekawiej więc wypadają rozterki Prudie, znudzonej małżeństwem, na tle „Perswazji” (w książce wątek Prudie koncentruje się raczej na relacji z matką, a jej małżeństwo jest zupełnie spokojne i szczęśliwe) albo rozważania Sylvii o „Mansfield Park” w kontekście jej rozwodu. To, co w filmie udało się też ciekawej, to sposób pokazania czytania powieści Austen przez bohaterów. Widzimy ich ze sfatygowanymi paperbackami, z godnie prezentującymi się wydaniami krytycznymi czy kolekcjonerskimi, z powieściami o zagiętych rogach — każdy bohater ma „swoją” Austen. W książce oprócz tego, że Grigg kupuje sobie wydanie zbiorowe — którym pozostali gardzą — właściwie takiego smaczku nie ma. A szkoda, bo książki o książkach to zupełnie osobna rzecz, a dobrze zrobiona — cieszy.

 

Po co czytać Jane Austen?

Właściwie trudno powiedzieć, ku czemu dąży fabuła książkowego „Klubu miłośników Jane Austen”. Fowler wyposaża nas w aneks, w którym cytuje różnych słynnych ludzi wypowiadających się pochlebnie lub nie na temat twórczości autorki. W pytania, jakie można sobie zadać po lekturze jej własnej powieści (gdyby akurat przyszło ją omawiać na jakimś zebraniu klubu książki). Do tego różnicuje sposoby prowadzenia narracji, tu dodając cytat, tam e-maile, gdzie indziej materiały promocyjne książki napisanej w książce. Nie rozwiązuje to zagadki kim, u licha, jest narrator całości, ale to już sygnalizowałam.

 

Grigg i Jocelyn w antykwariacie szukają klasyków science ficion (kadr z filmu). Muszę powiedzieć, że cały wątek nakłaniania do czytania sf jest z jednej strony stereotypowy (Grigg musi przekonywać Jocelyn, że to „prawdziwa literatura”, no naprawdę?), a z drugiej to taka miła wycieczka w świat klasyków gatunku. I to zarówno w książce (gdzie obrywa się Heinleinowi), jak i w filmie (gdzie chwali się Le Guin).

 

Mój problem z powieścią polega trochę na tym, że Fowler — starając się omijać rafy — wpada na tę jedną, kluczową: o czym właściwie pisze Austen i „po co ją czytać”. Na pewno natrafiliście na dyskusje w rodzaju „wszystkie książki Austen są o tym samym” albo „to najdoskonalej władająca ironią pisarka angielska”. Jedni potępiają ją w czambuł, inni wynoszą pod niebiosa. Tak jakby nie było żadnej ścieżki pośrodku. I u Fowler jest trochę tak właśnie: bohaterki gardzą początkowo bohaterem, bo nie czytał Austen. Potem zaczynają go bardzo lubić, bo okazuje się mieć sporo ciekawych spostrzeżeń (trochę bardziej na poziomie deklaracji, bo dość niewielką ilość stron zajmuje faktycznie dyskusja o Austen), ale nadal gardzą jego zbiorowym wydaniem powieści pisarki. I tak przez cały czas. Zaczynamy poznawać z nimi Austen, bo uważają ją za wielką pisarkę i biada temu, kto powie złe słowo.

Nawet jeśli pochodzi z ich grona. Uwagi Allegry są zbywane, uwagi Grigga często również. Pozostałe bohaterki szukają nitki, po której jak po kłębku trafią do koszyka z serii „identyfikuję się z…”/”to stanowi dla mnie punkt wyjścia do…”. Przy czym tutaj na obronę powieści Fowler dodam, że stara się ona szkicować te poszukiwania nieco ironicznie, tyle że nie zawsze to wychodzi. W polskim przekładzie zresztą, mocno nierównym i z kwiatkami w rodzaju „babczyny schyłek” (naprawdę!) ta ironia może być w ogóle jeszcze trudniej dostrzegalna.

Co więc ciekawego zostaje po przeczytaniu „Klubu…”? We mnie na przykład zrodziła się dzika ochota na lekturę „Jesteśmy snem” Ursuli Le Guin, powieści, którą Grigg poleca Jocelyn. Taki dość nieoczekiwany skutek uboczny. Ale jaki przyjemny! A gdybyście byli ciekawi, napisałam już kiedyś wpis po lekturze książki i obejrzeniu jej ekranizacji — zdarza mi się czasami, jak widać, znajdziecie go tutaj i dotyczy on „Charliego” Stephena Chboskiego.

10 Replies to “Czytać Jane Austen w Kalifornii albo o „Klubie miłośników Jane Austen” K. J. Fowler”

  1. Bardzo lubię ten film, taka leciutka i przyjemna komedia romantyczna na poprawę humoru 🙂 A do tego wystąpili tam aktorzy, których lubię, Emily Blunt, Maggie Grace i Bail Organa z Gwiezdnych Wojen ^^
    Książkę czytałam dawno, może z kilkanaście lat temu już. I rozczarowała mnie, pamiętam, że było tam malutko o Jane Austen i w sumie nic ciekawego. Choć pomysł na książkę całkiem zacny.
    Aż naszła mnie ochota na Austen, ponownie.

    1. Tak, jest właśnie taki przyjemnie lekki: nie przeżyje się na nim katharsis, ale też nie tego można po nim oczekiwać ;-). A mnie właśnie skusiła rola Emily Blunt, bo bardzo lubię tę aktorkę, przy okazji zaś spodobało mi się, jak Dancy portretuje Grigga. No właśnie: pomysł na książkę bardzo fajny, ale ta Austen tam w sumie niewiele daje. Chociaż streszczenia samych powieści autorki, dołączone na końcu, są zrobione z biglem ;-).

  2. Książki nie czytałam, film oglądało mi się bardzo przyjemnie. 🙂
    K. J. Fowler jest też autorką innej powieści: „Nie posiadamy się ze szczęścia”, którą bardzo polecam. Jest to historia rodzinna. I najlepiej nie zapoznawać się z recenzjami, tylko przeczytać ją „w ciemno”, aby nie zepsuć sobie przyjemności.

    1. Zapisuję sobie do przeczytania w takim razie. Styl autorki mnie nie zmęczył, z chęcią sięgnę, kiedy będę potrzebowała lżejszej lektury, bo chociaż marudzę, to swoją rolę książka jednak spełnia :-). Dzięki!

      1. To nie jest lekka lektura, wręcz przeciwnie, historia w niej opowiedziana jest smutna.

        1. Na wszelki wypadek zgodnie z zaleceniem nie czytam nic na jej temat — ale z chęcią zobaczę, jak Fowler podchodzi do poważniejszych tematów i jak to koresponduje z jej warsztatem. Widziałam, że książka była chyba w czołówce nagrody Bookera, więc jestem bardzo ciekawa.

  3. Dlaczego w książce wszyscy gardzą wydaniem zbiorczym Austen? Z filmu pamiętam raczej rozbawienie faktem, że Grigg założył, że wszystkie te książki tworzą cykl (co i tak mnie zirytowało, bo przedstawia osoby interesujące się fantastyką jako niezbyt rozgarnięte, delikatnie mówiąc…)

    1. W powieści bezpośrednio pada zarzut, że Grigg wyposażył się w konkretne wydanie zbiorowe — szczerze mówiąc nie kojarzę tego wydawnictwa, ale bohaterki wypowiadają się o nim zdecydowanie negatywnie, stąd użyłam słowa „gardzą”.

      Zgadzam się, też miałam wrażenie, że Grigg jest traktowany z góry jako człowiek, który czyta fantastykę. Natomiast film i tak rozgrywa ten wątek lepiej, przynajmniej widzimy, co takiego ujmuje Jocelyn w lekturze poleconych jej książek, pada więcej o czytelniczych pasjach Grigga (ciekawy jest wątek męskich pseudonimów pisarek), w powieści właściwie zostaje to ledwo zaznaczone i robi mniejszego, nazwijmy to, „smaka” ;-).

  4. Ja oglądałam film, który mi się podobał choć najbardziej w nim zapamiętałam wątek fantastyki jako literatury gorszego sortu 😉 ale po twojej recenzji nie mam ochoty czytać książki:) wydaje mi się, że film jest przystępniejszy

    1. Ale trzeba przyznać, że na szczęście ten wątek kończy się happy endem, pod tym względem, że Jocelyn się przekonuje, że nie miała racji uważając tak (chociaż można to było zrobić zapewne subtelniej niż przez rozmowę w rodzaju „sf nie jest o prawdziwych ludziach”).

      Książkę czyta się bardzo płynnie, więc jeśli chodzi o przystępność właściwie nie ma różnicy — aczkolwiek film jest, moim zdaniem, lepiej skomponowany. Ale zawsze warto się przekonać samemu ;-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.