Ekran bywa zdradliwy albo jak trudno zagrać czytanie

 

W sezonie oscarowym przyznaję, że częściej chadzam do kina. Głównie dlatego, że jest wysyp produkcji, które chcę zobaczyć, a poza tym przyjemnie zimą udać się do ciepłego kina i pooglądać historie, które mają mnie złapać za serce. I tak sobie w tym roku oglądając różne filmy zaczęłam myśleć nad problem, jak trudno jest pokazać, że bohaterowie czytają książki, w przekonujący sposób.

Co ciekawe mam wrażenie, że to w ogóle nie zależy od zdolności aktorów. Owszem, mówi się, że genialny aktor zagra wszystko w taki sposób, że mu/jej uwierzymy bez problemu. Coś w tym niewątpliwie jest i nie wiem, czy to talent, czy charyzma, czy jakieś magiczne „coś”. Ale pozostawiając ten problem – trudno omawialny, zwłaszcza że jestem tu laikiem – na boku, strasznie trudno jest na ekranie oddać to, z czego czytanie się składa. Bo to zasadniczo dość samotnicza i co więcej mało malownicza czynność, o czym wie każdy czytelnik wtulony w kaloryfer, odziany w dres, sączący stygnącą herbatę z wyszczerbionego kubka, z książką nieco pozaginaną na rogach i ze śladami zupy pomidorowej zostawionymi przez poprzedniego użytkownika (no, nie łudźmy się, czytelnictwo miewa i takie mało malownicze strony, prawda?). Nie da się tego w pełni przekonująco oddać nawet za pomocą narzędzi, które film daje. Zwróciliście może uwagę, jak pokazuje się czytanie w kinie i telewizji?

Strona za stroną, czyli dynamiczny montaż

Sposób stary i wypróbowany, zwłaszcza tam, gdzie bohater musi dużo przeczytać w krótkim czasie. Jeśli widzieliście jakiś film o studiowaniu, na pewno bohater/ka siedział w bibliotece i intensywnie czytał właśnie w taki sposób. Sceny przechodzą w siebie, w każdej kolejna książka, może czytana, może akurat robi się z niej notatki, w różnych okolicznościach przyrody i wnętrz. Zobaczmy chociażby przygotowania Elle do egzaminów w „Legalnej blondynce”: stosiki książek są, czytanie zilustrowane scena po scenie – jest. To oczywiście dość naturalny sposób w języku filmu, żeby pokazać proces (nie będzie nam wszak reżyser z montażystą serwował czytania w czasie rzeczywistym). Jasne, to czytanie to wówczas migawka, bardziej symbol – kolejna książka, kolejna strona – że bohater/ka czyta. Mamy się z tego ciągu scen zorientować, że mija czas, a wraz z nim następują po sobie książki, i zasadniczo się orientujemy. Co prawda trudno powiedzieć, co bohater takiego wyczytał, ale w każdym razie widzieliśmy, że czytał. Dużo. Wydaje mi się, że ten sposób nieźle oddaje proces przerzucania stron w czytanej książce – a w każdym razie jakoś do niego nawiązuje.

 

Kadr z filmu „Legalna blondynka”. Bohaterka przerzuca strony, reżyser podaje kolejne sceny.

 

Mówię, więc czytam, czyli dialogi

Generalnie można po prostu w scenariuszu zaznaczyć, że nasi bohaterowie dużo czytają. Zamiast nam to pokazywać (albo oprócz tego) będzie się nam o tym opowiadać – a właściwie dawać bohaterom okazję do tego, żeby nam o tym opowiadali. Abstrahując już od nieco czasami przecenianej zasady „pokaż, nie opowiadaj”, to taki sposób pokazywania czytania, który fajnie wchodzi w emocje widza. Wiecie, dostajemy przecież coś na zasadzie wymiany zdań o książce (a wszyscy zasadniczo lubimy przecież gadać o książkach!), więc czym tutaj się martwić albo czym przejmować? No właśnie, to ciekawy sposób pokazywania czytania – bez pokazywania czytania. A równocześnie kolejny argument za tym, że czytanie jako takie jest trudno na ekranie pokazywalne. Za przykład niech posłuży nam tym razem produkcja telewizyjna, czyli „Gilmore Girls”. Im dłużej myślę o tym, jak pokazywane jest w serialu czytanie (Rory, jedna z dwóch głównych bohaterek, przez pierwsze serie jest charakteryzowana między innymi przez swoją miłość do książek), tym więcej narasta we mnie wątpliwości (nie zmienia to faktu, że serial bardzo lubię). Głównie dlatego, że w późniejszych sezonach w gruncie rzeczy czytanie jest wytrychem – dziadkowie mówią nam na przykład, że Rory kocha rosyjskich klasyków, ale my właściwie nie widzimy ani, jak ich czyta, ani tak właściwie co ją w nich ujęło. Przyzwyczailiśmy się, że bohaterka czyta, niech więc podrzuci tytuł, a my dośpiewamy sobie resztę. Co ciekawe, wyzwanie czytelnicze Rory Gilmore (skądinąd fajna inicjatywa) opiera się właśnie na tym: na przeczytaniu wszystkich książek wspomnianych w serialu. Potęga dialogów!

 

Rory też widzi, że nie wszystko z tym przedstawianiem czytania na ekranie jest takie proste.

 

Wciągnęło go, czyli „spekcje”

Czasami bywa i tak, że twórcy rezygnują z pokazywania nam czytania jako takiego, koncentrując się na tym, co jest czytane i co dla wielu czytelników jest sednem czytania. Czyli? Czyli pozwalają sobie na przeniesienie akcji do czytanej książki. Znacie na pewno ten typ sceny: bohater czyta, po czym plan płynnie przechodzi w taki, który rozgrywa się już nie w rzeczywistości-bohatera-czytającego, ale w rzeczywistości-o-której-bohater-czyta. Powiedzmy, że jako przykład przywołam „Pana Tadeusza” Andrzeja Wajdy. Dlatego, że to bardzo dobrze pokazuje, jak można grać z takim pokazywaniem czytania. Okazuje się bowiem w tej filmowej rzeczywistości, że nasi bohaterowie słuchają, jak narrator czyta im ujęte w formę „Pana Tadeusza” wspomnienia i przenosi ich w ten kraj malowany zbożem rozmaitem, podczas gdy ich tu i teraz to dumanie na paryskim bruku. Wajda wykorzystuje więc ten sposób pokazania czytania – które jest bardzo filmowe, podejmuje też temat gry z wyobraźnią (no bo co my właściwie widzimy, kiedy czytamy?).

 

Krzysztof Kolberger jako Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”, czyli pisarz sam nas wciąga w fabułę.

 

 

Siedzę i jednak czytam, czyli gra aktorska

Pierwotna inspiracja do tego wpisu pochodzi z seansu „Call me by your name” (czy też „Tamte dni, tamte noce”), jednego z filmów nominowanych w tym roku do Oscara w głównej kategorii. Lato, Włochy, lata osiemdziesiąte i stary dom wypełniony mnóstwem starych książek – w środku tego wszystkiego zaś bohaterowie, których ciągle widzimy z książkami. Matka czyta ojcu i synowi fragment francuskiego romansu, chłopak pochłania „Jądro ciemności” Conrada, wygląda z okna, udekorowanego stosikami książek, ktoś szuka lektury, którą służąca przełożyła w inne miejsce, doktorant, który przyjechał na stypendium przegląda regały w gabinecie profesora, chłopiec kupuje dziewczynie tom poezji, jeszcze jakby zafoliowany od nowości, pokazuje swojemu obiektowi uczuć miejsce, gdzie „sam nie wie, jak wiele książek przeczytał”. Słowem: naprawdę mnóstwo w tym filmie książek. Ale ile jest w nim czytania? To pytanie dopadło mnie po seansie i nie dawało spokoju. Faktycznie aktorzy chodzą po planie z książkami, widzimy postaci, jak czytają, nawet słyszymy fragmenty tego czytania – a jednak książki pozostają tutaj jakimś rodzajem materialnego zaklęcia treści, ciągle widzimy bohaterów z nowymi-starymi książkami, widzimy zaś tylko urywki, fragmenty. Czy oni czytają do połowy i porzucają, wracają do ulubionych fragmentów, przerzucają kilka stron i już? Powiem szczerze, gdyby twórcy filmu zdecydowali się bardziej podkreślić ten materialny wymiar książek pojawiających się na ekranie, byłoby to znacznie ciekawsze rozwiązanie. Tymczasem wyszłam z kina z przekonaniem, że profesorska rodzina głównie czyta po to, by pokazać, że czyta, a nie czyta „coś”, bo akurat chce przeczytać daną książkę. Trochę pokrętne, wiem, ale ponownie: ilustruje problem, jak przekonująco zagrać czytanie na ekranie.

 

Kadr z filmu „Call me by your name”, czyli bohater w towarzystwie książek.

 

Dobrze zaopatrzony regał, czyli scenografia

Idealnym przykładem filmu, który w ten (między innymi, dodam dla sprawiedliwości) sposób przekonywał nas, że czytanie jest ważne w życiu bohaterów, był „The Squid and the Whale” Noah Braumbacha. Historia rozwodzącego się małżeństwa pisarzy i dwójki ich dorastających synów działa się między innymi w nowojorskim apartamencie, w którym główne miejsce zajmował wielki regał. Nie sposób było od tego regału uciec. Zresztą ważną częścią rozwodzenia się było dla rozpadającego się małżeństwa przenoszenie książek z półek do schowków tak, by ta druga osoba nie mogła ich zabrać dla siebie. Regał stanowił tło rodzinnych sprzeczek, deklaracji i występów starszego syna. Wchodząc do mieszkania – wchodziło się na regał. Trudno zatem było uciec od wątku czytania. Co świetnie korespondowało z jednym z wątków: tym mianowicie, że jeden z synów wyłącznie udawał, że czyta, nie sięgał zaś po książki, o których buńczucznie rozprawiał z koleżankami i kolegami. Co zresztą jakoś nieźle pasuje do myśli przewodniej tego wpisu: można próbować pokazywać czytanie, ale czy da się je faktycznie pokazać? Tutaj zostało ono zasygnalizowane w scenografii, czy właściwie w jej dominującym elemencie, wspomnianym regale.

 

Kadr z „The Squid and the Whale” i regał-od-którego-nie-da-się-uciec.

 

Przeczytaj sobie sam, widzu, czyli zbliżenia

No i pozostaje jeszcze zawsze jeden klarowny sposób. Niechaj widz sam przeczyta, co też czytają bohaterowie. Mistrzem w zbliżeniach na książki (także te nieistniejące, a może powinnam napisać: przede wszystkim te nieistniejące) jest Wes Anderson. Dostajemy kadr, będący równocześnie stroną z książki, może tytułową, może po prostu kolejną. Mieszają się nam porządki, bo oglądając, w tym samym czasie czytamy – sprytny sposób, prawda? A równocześnie pokazuje to tę ulotność ekranowego czytania. Dostajemy wyłącznie fragment, więcej nawet: fragment czegoś, co poza filmową rzeczywistością w ogóle nie istnieje, bo książki są stworzone na potrzeby scenariusza (chyba że mówimy o „Fantastycznym Panu Lisie”). Co oznacza, że nigdy nie dowiemy się niczego więcej o losach ich potencjalnych bohaterów, jako że istnieją tylko w tej rzeczywistości, w której są czytane. Ładnie to zresztą koresponduje z tą stałą melancholią filmów Andersona. Trochę to jednak smutne, prawda? A jednocześnie dobrze pokazuje tę ulotność ekranowego czytania, z którą niewiele da się zrobić. A poniżej możecie zobaczyć film pokazujący związki filmów Andersona z literaturą.

 

 

Podsumowując?

Innymi słowy nie jest ani tak, że czytania się nie pokazuje – ani nie jest tak, że istnieje jakaś uniwersalna reguła, jak to czytanie pokazać. Owszem, film daje możliwości, żeby to zrobić. Pytanie, na ile te sposoby trafiają do widza, który równocześnie ma swoje własne doświadczenie czytania. Można to pytanie poszerzyć. Bo oczywiście da radę zapytać, czy w ogóle da się oddać czyjeś doświadczenie za pomocą danego medium. W doświadczeniu jest bowiem zawsze na szczypta nieuchwytnego, subiektywnego czegoś, co sprawia, że jest w ogóle trudno przedstawialne. Tutaj jednak postawiłam pytanie nieco bardziej ogólnej natury. A jak jest Waszym zdaniem? Macie jakieś przykłady filmów czy seriali, które uchwyciły Waszym zdaniem proces czytania bardzo bliski Waszym odczuciom? A może macie w ogóle swoje ulubione filmy „o czytaniu”? Bardzo jestem ciekawa i koniecznie się nimi podzielcie!

 

16 thoughts on “Ekran bywa zdradliwy albo jak trudno zagrać czytanie

  1. Świetny wpis! 🙂 Czytanie jest czynnością statyczną, trudno to zagrać dobrze, tu jest potrzebna mikromimika dla właściwego oddania emocji;) Moim zdaniem udało się to świetnie Amy Adams w „Zwierzętach nocy” (i nie chodzi o te imponujące okulary!).

    1. Dziękuję :-). No właśnie, myślę, że ta statyczność wymaga od twórców filmowych pomysłów na to, jak ją przezwyciężyć, a równocześnie oddać ducha samej czynności i to wcale takie proste nie jest. „Zwierząt nocy” nie widziałam, muszę nadrobić w takim razie, nie tylko ze względu na okulary ;-).

  2. Jestem przeraźliwie nie na czasie z jakimikolwiek serialami i filmami, ale ze staroci nieodmiennie uwielbiam scenę z Nad Niemnem, kiedy panna Teresa czyta na głos Emilii pamiętnik jakieś markizy i obie się egzaltują; i ten moment, gdy Emilia dostaje globusa, bo Witold spostponował Paulinę Craven; i ten tomik Mussetta kursujący między Zygmuntem a Justyną; i tego Pana Tadeusza w chacie Anzelma 😀

    1. Przyznawać się, nie przyznawać? No dobrze, przyznam się: tak jak książkowy pierwowzór bardzo lubię, tak ekranizacji nie widziałam do tej pory! Powinnam zdecydowanie nadrobić, wnioskując z Twojego tonu :-).

      1. W kwestii cudzych braków w zakresie Nad Niemnem jestem nader tolerancyjny, ale i film, i serial (serial bardziej) gorąco rekomenduję 🙂 Chociażby dla smaczków książkowych.

  3. O jaki piękny i przyjemny wpis! Dziękuję!

    Może i nie do końca mam przykłady na przedstawianie książek w kinematografii – może raczej kojarzą mi się takie konstrukty jak „Niekończąca się historia”, która przecież sama jest na podstawie książki o książce – ale bardzo mi się skojarzyło, jak gwiazdy pokazują się z książkami. Swego czasu wrzucałam zdjęcia fajnych ludzi z ksiażką na piątek i często miałam problem, bo ktoś w ogóle nie miał zdjęć z książkami. Inni z kolei – zatrzęsienie, jak Emma Watson. Jeszcze inni – tylko promujące własne książki. Wreszcie tacy, którzy mieli zdjęcia czytając na głos innym. Też można by z tego zrobić małe zestawienie, całkiem interesujące dla fanów 😉

    1. Dziękuję, starałam się :-)! To ciekawa sprawa, to pokazywanie się z książkami (zestawienie bym z chęcią takie zobaczyła!). Emma Watson wiadomo, w ogóle mam wrażenie, że z gwiazdami, które uczestniczą w bookclubach różnego rodzaju nie byłoby problemu (chyba Reese Whiterspoon też w takim działa?), ale ciekawe, czy dałoby się znaleźć takie „łapane” zdjęcia gwiazd z akurat czytanymi książkami. Pewnie trudniej, bo raczej nie czytają w metrze. Chociaż… ;-). No i tu wiadomo, pojawia się zawsze pytanie o prywatność takiej osoby, która anonimowa nie jest i może wcale nie chcieć, żeby wszyscy wiedzieli, co akurat czyta.

      1. Wiadomo, ale raczej większość zdjęć z książkami, które można łatwo znaleźć, to zdjęcia ustawiane, wrzucane na własnego Instagrama albo podczas promocji. Chyba było sporo ujęć z Keanu Reevesem czytającym idąc ulicą… To było urocze, chociaż faktycznie, przecież taki gwiazdor może sobie nie życzyć, żeby śledzić jego czytelnicze upodobania. Warte przemyślenia, może kiedyś sama taki wpis z przeglądem zrobię 😉

        1. Czytałabym taki wpis i kibicuję jego powstaniu! Przy okazji to jest właśnie dobry powód, żeby porozkminiać o czytaniu jako takiej mocno prywatnej części życia, jeśli ktoś nie chce się nią dzielić z innymi.

  4. Za bardzo filmów nie oglądam, więc mam za mało obserwacji, toteż na ten temat wypowiadać się nie będę, ale z wymienionych przez Ciebie sposobów do mnie najbardziej przemawiają dialogi o książkach – w ogóle (również w literaturze) uwielbiam przemyślenia czy wynikające z nich rozmowy na temat literatury, dlatego i w filmie by to do mnie najbardziej trafiło.

    Swoją drogą, zacząłem się zastanawiać nad pokazywaniem czytania przez bohaterów w książkach. Tam operujemy albo wspominaniem, że ktoś lubi czytać ( tj „lubił czytać”, czyli bardzo słaba ekspozycja postaci), pokazywaniem, że bohater w danym momencie czyta („usiadł na plaży i czytał dwie godziny”) lub – właśnie moje ulubione – przemyśleniami bohaterów na temat czytanych książek. To w sumie jest chyba najrzadsze, wymaga koniec końców znajomości danej pozycji przez autora ;). Przychodzi Ci na myśl jeszcze jakiś sposób? 😉

    A propos „Call me by your name” – jak oceniasz cały film? Ja sam mam zamiar przeczytać książkę, a ekranizacji (prawie żadnych) z założenia nie oglądam, ale ciekawi mnie bardzo, jak się film oglądającym podobał ;).

    1. Wiem, o co chodzi – sama do dzisiaj najmilej z takiego „Wśród obcych” wspominam wątek dyskusyjnego klubu książki, bo dopisałam sobie sporo tytułów, które tam padły, żeby się przekonać, czy podzielam zdanie bohaterki ;-). Pokazywanie czytania w książkach to w ogóle faktycznie osobny temat – bo i sposoby są różne od tych filmowych, wiadomo, inne medium. Oprócz tego, o czym piszesz, dodałabym jeszcze aluzje książkowe, które mogą padać w rozmowach (więc wiemy, że bohater daną książkę przeczytał i przyswoił) albo na poziomie fabuły, jako bezpośrednie lub niebezpośrednie odniesienie.

      Wiesz co, bardzo mi się podobał wizualnie i aktorsko (przyznam też, że poprzedni film tego reżysera bardzo mnie ujął z podobnych względów, muszę jeszcze nadrobić jeden jego „włoski” film, bo to ponoć nieformalna trylogia), natomiast scenariuszowo miałam wrażenie, że momentami bardzo siada i szkoda mi tego było, bo materiał był przedni. Ciekawa jestem, jak ta historia została opowiedziana w książce i nie wykluczam, że skuszę się na lekturę, z chęcią wtedy porównam wrażenia :-).

  5. Fajna ta zajawka z Andersona, aż się chce znowu pooglądać. Osobiście bardzo mi pasuje właśnie takie pokazywanie czytania, zgodne z filmowym medium, a jednocześnie odwołujące się do wyobraźni odbiorcy, który staje się i widzem, i czytelnikiem, i zostaje całkowicie wkręcony w to wszystko, jak dziecko. Tu właśnie lubię u Andersona.
    (Swoją drogą, zawsze mnie zastanawiało, kto ma czas robić takie wycinki z filmów i montować je razem?)
    Podoba mi się też ta metoda z regałem, filmu nie widziałam, ale wydaje się to sprytnie pokazane. Niestety, nie wydaje mi się, żeby sama czynność czytania dała się jakoś sensownie wyeksploatować na ekranie, ale może ktoś już to pokazał, albo może ktoś jeszcze to pokaże tak, że spadniemy z kanap?

    1. Och, Anderson to chyba mój ulubiony reżyser i często wracam do jego filmów, praktycznie zawsze mam ochotę chociaż na jakiś fragment ;-). Myślę, że fajnie chwyta tę dynamikę czytelnictwa, a już wątek zmyślonych książek w jego twórczości to osobna, arcyciekawa kwestia, bo to się oczywiście wpisuje w te wszystkie frymuśne konstrukcje światów przedstawionych, ale i pokazuje tę miłość detalu, i energię twórczą.

      W razie czego „The Squid…” jest na Netflixie, tam go kiedyś przypadkiem odkryłam – zacna produkcja, choć nieco przerażająca (i sporo w niej wątków okołoksiążkowych i odwołujących się do motywu toksyczności bycia pisarzem też). No właśnie, a propos pokazywania czytania – być może tak będzie, że ktoś odkryje jakiś sposób, który nam w ogóle dzisiaj nie przychodzi do głowy ;-).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *