Duch rodzinny albo o „At Chrighton Abbey” M. E. Braddon

 

Niedzielne poranki bywają czasami równie skomplikowane jak poranki poniedziałkowe. Człowiek budzi się nad ranem, za oknem jest wciąż ciemno, a zasnąć już nie może. Co wtedy robić? Jak to, co: sięgnąć po klasyczną historię o duchach! W moim przypadku padło na leżakujące już od jakiegoś czasu na czytniku „At Chrighton Abbey” Mary Elizabeth Braddon. Czy było strasznie? Zaraz postaram się Wam wszystko opowiedzieć.

Co to w ogóle za historia?

Autorkę opowiadania możecie kojarzyć ze względu na jej najsłynniejszą powieść, „Tajemnica Lady Audley”. Sama jeszcze nie miałam przyjemności jej czytać, ale zamierzam po nią sięgnąć. Bo sama autorka jest osobą bardzo intrygującą. To jedna z tych wyspiarskich pisarek, które zupełnie nie przystają do konwencji epoki. Jej matka szybko opuściła ojca, a że brat przebywał za granicą (został później… premierem Tasmanii; nie ma to żadnego związku z tym, o czym piszę i wspominam o tym tylko gwoli nadania kolorytu, uwielbiam wpadać przypadkiem na takie informacje), to kobiety utrzymywały się same. Braddon przez jakiś czas występowała na scenie i podobno była w stanie ze swoich występów utrzymywać i siebie, i matkę. Później zaczęła pisać – poznała wówczas Johna Maxwella, irlandzkiego biznesmena i wydawcę, z którym wkrótce zamieszkała. Maxwell był żonaty – jego żona przebywała już wówczas w ośrodku dla psychicznie chorych – i miał piątkę dzieci. Z Braddon doczekał się jeszcze szóstki: pisarka poślubiła go ostatecznie po śmierci jego pierwszej żony.

Cała ta historia wygląda już jak coś wyjętego z sióstr Bronte, prawda? Pisarki, które związują się z żonatymi mężczyznami, wywołując tym skandal towarzyski, ale równocześnie jakoś wpisując się w wyobrażenia społeczne o literackiej profesji – natykam się na nie od czasu do czasu i za każdym razem zastanawiam się, jak to jest, że zupełnie wypadają z „wizji” epoki, a wcale nie było to zjawisko rzadkie. Wspomnijmy Mary Shelley i jej związek z Percym Shelleyem albo George Eliot i George’a Henry’ego Lewesa. Ciekawa jestem, czy w literaturze polskiej znaleźlibyśmy takie przykłady? I jak na nie reagowała ówczesna opinia publiczna? Braddon z sukcesami pisała i publikowała powieści i opowiadania. „At Chrighton Abbey” należy do jej najbardziej znanych historii o duchach i możecie je znaleźć tutaj, gdyby naszła Was ochota na lekturę któregoś ciemnego zimowego poranka.

 

A gdzie te duchy, no gdzie?

W kontekście biografii pisarki samo opowiadanie wypada znacznie ciekawiej niż bez tego kontekstu, dlatego też poświęciłam mu trochę miejsca. Ale zanim jeszcze naprawdę, naprawdę przejdę do rzeczy, kilka słów, o czym jest sama historia. Członkini rodu Chrighton, aczkolwiek z tej jego mniej zamożnej i wyposażonej w możliwość awansu gałęzi, powraca po wielu latach do rodzinnej posiadłości. Pracowała jako guwernantka w Europie, w końcu jednak jej podopieczni dorośli, a ją zaczęło ciągnąć w rodzinne strony. Dwór obecnie należy do jej wujostwa, a szykuje się ślub kuzyna, Edwarda, więc okazja do odwiedzin nadarza się w dwójnasób.

Wszyscy są podekscytowani perspektywą ożenku najstarszego Chrightona i jedynego męskiego przedstawiciela rodu. Zwłaszcza, że jak sięgnąć pamięcią w przeszłość, męskie latorośle rodu kończyły raczej marnie: łamały karki na polowaniach, spadały z koni i to wszystko działo się przed ślubem. Rodzice Edwarda traktują więc przyszły ślub syna jako coś w rodzaju polisy ubezpieczeniowej przed rodzinnym fatum. Ale nasza bohaterka-narratorka obserwuje jakieś liczne napięcia między Edwardem a jego chłodną w obejściu narzeczoną. W dodatku pewnego poranka budzą ją dźwięki niepokojąco podobne do tych z „Wolnego strzelca” Webera…

…tylko „jak gdyby z innego świata”. A na nieużywanym i zatrzaśniętym na głucho dziedzińcu widzi ludzi szykujących się do polowania. Czy więc to wszystko może skończyć się tak wyczekiwanym przez wszystkich weselem?

Ostatni męski potomek

Nie będę Was czarowała, że to opowiadanie jest warsztatowo znakomite. Nie, przeciwnie, ma bardzo rozbudowany wstęp, a sam wątek duchów rodzinnych jest przedstawiony w dość słaby sposób. Ot, czasem jak się bohaterce przypomni, to podrzuci go czytelnikowi „na wabia”. W gruncie rzeczy jednak zdaje się być średnio zainteresowana. Bardziej ciekawi ją obserwowanie relacji między Edwardem i jego narzeczoną Julią. Zastanawia się, czemu przystojny i dobrze zaopatrzony w dobra tego świata kuzyn wybrał sobie chłodną, zdystansowaną dziewczynę na przyszłą żonę. I szczerze mówiąc, to ten wątek pozostaje najbardziej zagadkowy w opowiadaniu, nie zaś historia o duchach. Ta jest dość prosta i czytelnik szybko może się zacząć spodziewać, co też go czeka. Ale stosunek narratorki do Julii i związek Edward-Julia, to już nie taka oczywista sprawa.

Nasza guwernantka zdaje się być pogodzona z losem. Opowiada o sobie jako o osobie spokojnej, zadowolonej z tego, że mogła wrócić w rodzinne strony. A jednak jest coś cierpkiego w tej jej historii, zwłaszcza w obserwacjach Julii. Ciągle podkreśla jakieś mankamenty w jej wyglądzie (naprawdę nie trzeba czytelnikowi aż tyle razy przypominać o brwiach bohaterki). W otoczeniu, w zachowaniu Julii – są rzeczy, które jej nie pasują. Co prawda zostaje wtajemniczona w pewien „czyn miłosierdzia”, który narzeczona Edwarda w sekrecie robi, ale tutaj dają o sobie znać pewne niedostatki tego, jak opowiadanie jest napisane, bo nie ma to wielkiego wpływu na rozwój bohaterek i relacji między nimi.

Równocześnie nie jest jednak tak, że dostajemy tu jakiś ukryty wątek tajnej miłości narratorki i Edwarda – bynajmniej. Chociaż taka podstronicowa (bo nie podskórna przecież w przypadku książki) interpretacja aż by się prosiła, prawda? Ale u Braddon tego nie ma i nie zamierzam tego sugerować. Chodzi raczej o wykreowanie tragicznej aury rodem z „Łucji z Lamermooru” Waltera Scotta: rodzinna klątwa połączona z kłótnią kochanków. Natomiast ciekawe jest, że rodzinne duchy ukazują się właśnie naszej narratorce – i że nie mówi ona o tym nikomu, choć można to potraktować nie tylko jako zapowiedź złego losu, ale i jako ostrzeżenie.

 

I może jeszcze widok na nobliwą angielską posiadłość. Zdjęcie Annie Spratt, dostępne na Unsplash.

 

Bowiem tym, co wszystkich martwi, jest właśnie szczęście Edwarda. Ma on co prawda jeszcze siostry, ale rodzice zdają się nie przywiązywać do tego wielkiej wagi. Sama narratorka również skupia się na najstarszym Chrightonie i w momencie, kiedy coś jest z nim nie tak, zdaje się sugerować, że to koniec szczęścia dla wszystkich innych postaci, jakie się o niego choćby otarły. Edward znajduje się w centrum, chociaż nie jest ani najciekawszą postacią, ani nie dostaje najwięcej miejsca na stronach opowiadania. Jak zatem można czytać „At Chrighton Abbey”? Sam tytuł nasuwa pewne skojarzenia. Bohaterka informuje nas, że faktycznie to było kiedyś opactwo, w którym mieszkali mnisi. Potem dopiero przeszło na własność rodu i zmieniło się w dwór. Można więc interpretować to opowiadanie jako rodzaj powrotu pierwotnego przeznaczenia miejsca (także ze względu na to, co dzieje się ostatecznie z Julią). Można jako próbę doścignięcia rodzinnej klątwy. Można również jako ciąg obserwacji z życia nieszczęśliwych klas wyższych. Można by było również – jako grę z klasyką, w tym wypadku z opowiadaniami romantyków (wspomniany Scott, ale zapewne nie tylko).

Nie dziwię się zatem specjalnie, że opowiadanie chętnie włącza się do rozmaitych antologii. Ale nie narzekałabym, gdyby nieco więcej było w nim duchów. Te są tu bowiem raczej rodzajem pretekstu. Bez nich nasza narratorka mniej pilnie śledziłaby losy Edwarda i Julii. Stają się więc nam te duchy tutaj czymś w rodzaju towarzyskiej wymówki, by obserwować to, na co otwarcie nie wypada spoglądać. Mnie się taka interpretacja podoba: z chęcią posłucham, jak Wy byście się na to zapatrywali.

3 thoughts on “Duch rodzinny albo o „At Chrighton Abbey” M. E. Braddon

    1. Nie wiedziałam, że wyszła — niedawno? Muszę zobaczyć, bo z chęcią bym się zapoznała, skoro był to taki gigantyczny sukces wydawniczy swego czasu :-). Warto wiedzieć, co zachwycało w swojej epoce :-).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *