Mały manifest albo po co właściwie (nadal) piszę tego bloga

 

Może niektórzy z Was pamiętają, ale pierwszy tekst na tym blogu nosił bardzo podobną nazwę. Ponieważ, jak to się fachowo mówi, przemigrowałam na nowy adres i nowe miejsce, pomyślałam, że warto może się zastanowić: ale właściwie po co? Jak to jest po tych trzech latach pisania?

Słowem wstępu

Nie wiem, czy pamiętacie ten moment, kiedy pojawiła się wiadomość, że będzie nowa powieść ze świata wiedźmina Geralta? „Sezon burz” ostatecznie okazał się raczej rozczarowaniem (jeśli bawiliście się dobrze przy jego lekturze, zazdroszczę; ja czułam przede wszystkim dziwaczny dysonans poznawczy od początku do końca – chociaż bardzo chciałam bawić się przednio). Ale przy okazji jego publikacji utkwiła mi w głowie uwaga jednego z przyjaciół, która jakoś tak wróciła do mnie przy okazji tych moich przenosin i rozpoczęcia czwartego roku blogowania.

Otóż, jak wtedy powiedział tenże przyjaciel: tu wszyscy czekają na „Wiedźmina 3” i CD Project Red generalnie prowadzi nas ku „Geralt się starzeje, historia zmierza ku końcowi, w ogóle zmierzch, schyłek, upadek”, a tymczasem przychodzi Sapkowski i mówi „hajże, Geralt, tańce, hulanki, swawole!”. Nie znaczy to (choć jak tak buduję tę piętrową metaforę, to zaczynam zauważać, że może na to wychodzić), że się tu chcę porównywać do kogokolwiek, ale jakoś tak sobie pomyślałam, że zewsząd słychać narzekania na książkową blogosferę – serio lub podszyte ironią – część blogów się zamyka, a tu tymczasem przychodzi Pyza i hajże, tańce, hulanki i swawole.

No, powiedzmy. Jakoś bardzo Was przez te lata nie namawiałam do swawoli, chyba że związane były z buszowaniem po – nie zawsze swoich – półkach i regałach. W każdym razie muszę powiedzieć, że jasne, kryzysy swoje w blogowaniu miałam, bo jak każda aktywność mniej lub bardziej publiczna blogowanie wiąże się z różnymi reakcjami. Wśród tych wszystkich miłych zdarzały się i takie, które gdzieś tam zasiewały ziarno wątpliwości („no bo po co mi to, jak mam się denerwować”), ale póki co dotarłam do miejsca, gdzie takie rzeczy zastanawiają mnie może swoją motywacją („bo czy naprawdę komuś się chce i przede wszystkim dlaczego”), natomiast jakoś tak osiadłam sobie w miejscu, w którym jest mi wygodnie. Nie wiem, czy to dobrze – zawsze się człowiek zastanawia, czy nie traci w ten sposób czegoś.

 

Narzekać czy nie narzekać, oto jest pytanie

Niemniej przyznaję (bojaźń i drżenie! żeby nie zapeszyć): blogowanie nadal sprawia mi radość, pisanie tu o książkach to ciekawe doświadczenie, bo można skonfrontować swoją opinię ze zdaniem kogoś innego, zgodzić się, nie zgodzić, zastanowić nad tym, co ten drugi ktoś widzi tam, gdzie my nie widzimy nic albo coś zupełnie innego (a przy tym nie potępiać go w czambuł). I to, że można do takiej rozmowy wrócić w dowolnym właściwie momencie, kiedy zjawi się ktoś, kto chciałby porozmawiać. Jasne, emocje często wtedy zdążą już wystygnąć, ulatnia się czasem pamięć szczegółów, ale zawsze zostaje ten zapisany ślad i jest do czego wrócić. A to ciekawe, skonfrontować się także samemu z własną opinią po jakimś czasie.

Mało się zresztą mówi o pozytywnych rzeczach związanych z blogowaniem o książkach i o czytaniu. Pewnie powiecie, że generalnie o pozytywnych rzeczach mówi się mniej (a szkoda! a trzeba! a byle częściej! że tak sobie zakrzyknę zza biurka dla kurażu) niż o negatywnych. To mnie zawsze zaskakuje, bo owszem, w życiu negatywne się również zdarzają – wybaczcie truizm – i warto o nich mówić, po prostu żeby spuścić z siebie złe emocje, żeby się podzielić z innymi tym, co nas boli albo żeby przekłuć często nas otaczające wyobrażenia o idealności rzeczywistości, które jak na złość nie chcą się stać naszym udziałem. Ale mimo wszystko jakoś tak sobie myślę, że czasem fajnie zamiast narzekać, że gdzieś tam jest ktoś, kto nas swoim pisaniem z jakiegoś powodu denerwuje, zachwycić się tym, że niedaleko mamy ludzi, którzy nas inspirują (ostatnio jedno z moich ulubionych słów, wybaczcie, będę go pewnie jeszcze czas jakiś nadużywała), podsuwają ciekawe tematy do rozmów, każą ściągać z półek książki, o których zapomnieliśmy, że istnieją i w ogóle zapraszają do swojego czytelniczego świata, w który warto wspólnie wpaść.

Przyznam, że brakuje mi trochę karnawałów blogowych, które jakoś tak znikły (chyba tylko u Olgi pojawiają się jeszcze regularnie), a które służyły podsuwaniu smacznych kąsków tu i ówdzie znalezionych. Sama biję się w piersi i bardzo chciałabym wrócić do takich polecanek. Kiedy przestałam pisać codziennie, znikły one z Pierogów, ale chyba najwyższy czas do nich powrócić. Podobnie jak sumienniej realizować pomysł Qbusia, żeby na końcu wpisu o danej książce podlinkowywać inne teksty o niej. Jak widzicie, staram się być raczej optymistyczną Pyzą, co zrobić!

 

Wersja pisania dla wielu idealna: jest coś papierowego, coś elektronicznego i jeszcze kawę bądź herbatę przyniosą. Przyznaję, że rzadko piszę poza domem, głównie dlatego, że mój laptop należy do tych wagowo obfitszych. Ale na zdjęcia takiego pisania popatrzeć, a co, lubię.

 

No to co dalej?

Ponieważ ten rok zapowiada się faktycznie na rok wędrujący, to pewnie się nie zdziwicie, jak wyjawię, że powędrowałam wreszcie do Krakowa, z czym nosiłam się już jakiś czas, i miałam okazję spotkać się nad kubkiem pysznej herbaty (a nawet nad kilkoma kubkami!) z Hadyną z Rozkmin Hadyny i Naią z Literackich Skarbów Świata Całego. Podczas rozmowy temat niejako naturalnie, co zrobić, zszedł także na książkową blogosferę. W końcu wspólnie doszłyśmy do wniosku (niech mnie dziewczyny poprawią, jeśli konfabuluję), że owszem, pewnie wszystkie te rzeczy, na które się narzeka, są prawdą, ale dotyczą jakiegoś wycinka, w którym można rzadko bywać. Ja się muszę przyznać bez bicia, że żyję sobie tutaj w tej książkowej blogosferze w pewnym bąbelku. Stąd jakiejś części negatywnych zjawisk, które często przewijają się – bezpośrednio lub jako aluzje – w rozmowach o kondycji tego naszego internetowego pisania o książkach, po prostu nie zauważam, bo, jakby to ująć? nie natykam się za często na materiał empiryczny. Chyba nie mam czego żałować i chociaż zawędrowuję co jakiś czas w nowe rejony, to zdarza mi się raczej zachwycić niż zniechęcić. A może jakoś tak sobie postanowiłam optymistycznie podchodzić do tej rzeczywistości? Wiecie, coś na zasadzie autosugestii? Kto wie. Niemniej, nie zamierzam narzekać.

A co zamierzam, zapytacie? Jakie plany na nowy rok? Cóż, właściwie, przyznam się szczerze, mam jeden: poważnie zabrać się za czytanie książek zgromadzonych w domu. Bo pojawiają się ciągle nowe staruszki, powyciągane z antykwariatów, uratowane przed wyrzuceniem, zubytkowane zbiory biblioteczne, ale i zakupione nowości czy – czasami – przysłane przez wydawnictwo, i leżą. I czekają. Ileż mogą, więc żeby się nie zdenerwowały, zamierzam w tym roku wyczytywać zbiory. Owszem, na Good Reads założyłam sobie 52 książki – jak się uda, będzie miło, jak będę czytała wolniej, nic strasznego. Latem będę Was znowu zachęcała do sięgnięcia po powieści Natalii Rolleczek, bo jeszcze kilka ich zostało! Zaproponuję jeszcze jednego autora, wybranego jak zwykle zgodnie z upodobaniami i ciekawością (ale niech jeszcze zostanie tajemnicą). Już niedługo, bo na Walentynki, proponujemy wspólne czytanie „Placówki” Bolesława Prusa razem z Niekoniecznie Papierową i Leżę i czytam. Co miesiąc będą się pojawiały „Pikniki z Klasyką” (rozkład jazdy znajdziecie w zakładce u góry). Przymierzamy się do rosyjskiej edycji Nabokoviady. Planów więc, jak widzicie, nie brakuje. Z chęcią też wrócę do częstszego pisania na tematy okołoksiążkowe i okołoczytelnicze, bo zaczyna (mnie samej) tego brakować. Ale jest chyba trochę tak, jak powiedział mi kiedyś mój Domownik. Pewne tematy naturalnie się narzucające już wyczerpałam i dobrze dać sobie czas, żeby zgromadzić nowe pomysły.

 

 

A ponieważ kilka już sobie zanotowałam w kalendarzu, trzeba będzie przystąpić do realizacji. Także mniej więcej wiecie, czego możecie się tu spodziewać. Mam nadzieję, że będziecie tutaj nadal bywać i że to nowe miejsce osiądzie i zagospodaruje się w sposób przyjemny. Życzę sobie i nam świetnych rozmów i wzajemnych książkowych, i okołoksiążkowych inspiracji. No i bardzo jestem ciekawa Waszego zdania co do nowego wcielenia Pierogów Pruskich. Jak Wam się podoba, a co Wam przeszkadza, nie działa, nie ładuje się, co warto by było ulepszyć. Sama dopiero stawiam tu pierwsze kroki, więc majstrowała zapewne będę, a wszystkie wskazówki są mile widziane.

31 Replies to “Mały manifest albo po co właściwie (nadal) piszę tego bloga”

  1. W zalewie ogólnych narzekań, zamykania blogów z hukiem i zniechęcenia prezentujesz miłą odmianę 🙂 Więc powodzenia w realizacji planów. Ja szczęśliwie złapałem chwilowo falę wznoszącą i zamierzam jak najdłużej na niej jechać.

    1. No właśnie tak jakoś wyszło, że początek tego roku, jak go śledziłam, był dość ponury, ale widać tak działam, że nie dopada mnie ogólne zniechęcenie – inna sprawa, czy ta przekorność nie sprawi, że jak wszyscy będą wieszczyć, że dzieje się dobrze, to u mnie wszystko siądzie i opadnie ;-). Falę zauważyłam i jej kibicuję! 🙂 I muszę w tym roku nadrobić tego Newerlego, który ma swoje zacne, acz nieco przykurzone, miejsce na regale.

      1. Ponure myśli miałem cały zeszły rok, taki ostrzejszy kryzys. Ale sobie pewne rzeczy przemyślałem, przestałem brać recenzyjne, z wyjątkami, i jakoś mi lepiej. Teraz jeszcze stos zaległości do zrecenzowania i z głowy. I nawet do Prousta wróciłem, lecę drugi tom jak burza 😀
        Newerlego wyjąłem Zostało z uczty bogów i zobaczymy.
        Natomiast ogólne jojczenie o kryzysie jest odkąd pamiętam i służy podnoszeniu statystyk osobie jojczącej, więc nie brałbym tych dyskusji na serio.

        1. A właśnie do mnie w zeszłym roku trafiły pierwsze książki od wydawnictwa, ale też nie będę czarowała: jedną mi Paulina z Miasta Książek wręczyła na Targach Książki, o kilka poprosiłam sama, bo znałam wcześniejsze tomy serii i lubię autorów, a książki Vesperu pojawiły się niejako naturalnie przy czytaniu starej grozy. Nadal nie umiem się określić, jeśli chodzi o takie regularne przyjmowanie i czytanie nowości: chyba faktycznie zabiera to wtedy sporo czasu. Poczucie bycia na bieżąco jest pewnie co jakiś czas przyjemne, mimo to ;-). Ale nie wiem, czy dla mnie. Cieszę się z Prousta i kibicuję bardzo! No a kryzys to jest dobry temat po prostu, co zrobić – zauważyłam, że lubimy narzekać, a wspólne narzekanie jakoś sama nie wiem: podnosi na duchu? Upewnia, że nie jesteśmy sami? Tylko jak się go robi za dużo, to wzrasta nie satysfakcja, a smutek, mam wrażenie.

          1. Ja nigdy nie przesadzałem z książkami od wydawców, bo mam ograniczone moce przerobowe, ale jak zauważyłem, że mnie normalnie blokuje przy pisaniu o nich, to nie będę się przecież męczył i wyciskał na siłę byle czego. Niech je biorą młodsi, z pustymi regałami i wolnym czasem 😀 W rezultacie po raz pierwszy od lat wyciągnąłem z półek zamierzchłe starożytności i dobrze mi z tym.
            Zbiorcze narzekanie jest fajne, byle nie za często i nie za długo, bo potem się wszyscy dodatkowo dołują i zamiast nakręcać się na pozytywne zmiany, to upewniają sie, że wszystko do kitu.

            1. O to, to, w pewnym momencie strumień narzekania jednak jakoś naturalnie wysycha, na szczęście albo może inaczej: ma taką naturę rzeki okresowej, że jak się znowu coś stanie, to pewnie ożyje, a tak drzemie jako pewna potencjalność. Zwłaszcza że pewnie zawsze jest na co narzekać, pytanie, czy trzeba/warto ;-).

              1. Może niektórzy potrzebują podzielić się swoimi wątpliwościami, żeby uzyskać pokrzepienie, ja niekoniecznie. Ale wiadomo, że kryzysy są okresowe, szczególnie po dłuższym czasie, jak już pierwszy entuzjazm się wypali (a kariery i pieniędzy wciąż nie widać 😀 ).

                1. To wtedy jest taki kryzys celu: jam młoda/y był/a i piękna/y, zęby na pisaniu bloga straciła/em, a tu nie przyszły wszystkie zaszczyty, jakich się spodziewała/em ;-). Ja tu jestem, przyznam, pod tym względem chyba minimalistką. Jak przyjdzie ktoś i porozmawia ze mną o książce, którą właśnie skończyłam, podrzuci dodatkowe tropy, nawet się czasem pokłóci, byle bez wrzucania oponenta do worka pod tytułem „masz inne zdanie, pewnie jesteś głupia/i”, to już jestem zadowolona ;-).

                  1. Bo zdecydowanie minimalizm jest dobry, szczególnie w blogowaniu o książkach. Człowiek sobie nie roi, że następny tekst rzuci na kolana redaktora wysokonakładowego magazynu, który odda mu swoją literacką kolumnę za godziwne honorarium 😀

                    1. To znaczy wiesz, myślę, że warto sobie stawiać jakieś cele, nie musi to być wyłącznie bezinteresowna radość z pisania. Natomiast literackie kolumny w wysokonakładowych czasopismach chyba czekają póki co na lepsze czasy ;-).

                    2. Niekiedy czekają wręcz na założenie 😀

  2. Jak tu ładnie :).
    Bardzo się cieszę, że blogowanie nadal sprawia Ci radość i nie zamierzasz rezygnować :). Bez Ciebie byłoby zdecydowanie puściej i smutniej. A plany na ten rok zapowiadają się naprawdę ciekawie.

    1. Dziękuję :-)! Nie wiem, czy oprę się przed jakimiś zmianami, ale póki co chyba osiągnęłam kompromis sama ze sobą. Najważniejsze, że przyjemnie się pisze i pozostaje mi liczyć, że tak też się czyta :-).

  3. Również niedawno poruszałam ten temat – pisałam wówczas o pozytywach, przynajmniej takich prywatnych 🙂

    1. Tak jak napisałam u Ciebie, cieszy mnie taka szersza wspólna perspektywa blogowania jako spotkania pomiędzy piszącym i czytelnikiem, ta wymiana wrażeń i inspiracji (niebezpieczna, bo lista „do przeczytania” pęka w szwach! no, ale i przyjemna, wiadomo :-)).

  4. O nie, zapomniałam o „Placówce”! A już ułożyłam taki ładny czytelniczy rozkład jazdy… Wiedziałam, że coś nie wyjdzie 😛

    1. Jeśli tylko znajdziesz czas i ochotę, przyłącz się do czytania „Placówki” koniecznie, sama liczę na wiele radości z tej lektury :-). A na szczęście czytelnicze rozkłady jazdy przejmują może co prawda garść spóźnień od tych rozkładów jazdy faktycznych, ale to są takie przyjemniejsze spóźnienia, opóźnienia i objazdy, na których można napotkać ciekawe książki :-D.

  5. Spokój i świadomość wartości Twojego bloga tchną z tego wpisu – i bardzo słusznie! 🙂 Poza tym, gratuluję nowego, przyjaznego miejsca (wreszcie będę mogła komentować, bo mnie blogger z logowaniem do szału doprowadzał!) 🙂 Aha, i ostatnio kiedy byłam w bibliotece, „macałam” którąś książkę Rolleczek (nie wzięłam do domu, bo mi się limit skończył) – i pomyślałam o Tobie. Już chyba zawsze ta autorka będzie mi się z Pierogami kojarzyć 😉

    1. Bardzo dziękuję za miłe słowa :-). Muszę powiedzieć, że się powoli przyzwyczajam, ale kilka lat spędzonych na Bloggerze swoje robi, pewne rozwiązania wydawały mi się naturalne i teraz jeszcze się przestawiam na to, co oferuje WordPress, ale nie jest aż tak trudno, jak myślałam. Sporo tutaj też rzeczy prostszych – cieszę się, że będziemy się widywać też w komentarzach tu, a nie tylko na Instagramie (chociaż podoba mi się, jak się te różne wirtualne rzeczywistości przenikają :-)). Bardzo miło mi się kojarzyć z książkami Natalii Rolleczek :-D! Mam nadzieję, że przy kolejnej wizycie w bibliotece się skusisz, jest kilka naprawdę znakomitych pozycji w jej dorobku, które mogą dostarczyć mnóstwo radości: „Urocze wakacje”, „Bogaty książę”, „Kuba znad Morza Emskiego” chociażby :-).

  6. Ja od kilku lat słabo śledzę książkosferę i blogosferę też, robiąc wyjątki dla sprawdzonych blogów i czasem wędrując w jakieś miłe wcześniej mi nieznane strony. Zupełnie nie jestem na czasie, ale za to jak mi dobrze!

    A ta „Placówka” zapowiedziana na luty bardzo mnie kusi, bo przepadam za Prusem, a tego akurat nie czytałam. Zobaczymy jak to będzie i czy uda mi się czytać razem z wami, bo niestety moje plany czytelnicze zawsze się rozjeżdżają i opóźniają, zupełnie jak polskie koleje.

    1. Bo to tak dynamicznie zmieniająca się rzeczywistość, że bardzo trudno być na bieżąco. Ja nie jestem również, ale miło mi się odkrywa różne zakamarki, czasami ze zdziwieniem konstatując, że to jakiś już wcale nie zakamarek, ale blog o wyrobionej marce, na który jeszcze po prostu nie dotarłam ;-). Bycie nie na bieżąco oferuje takie atrakcje ;-).

      Trzymam kciuki, żeby z „Placówką” się udało, sama zapadłam póki co w Dickensa, ale Prus już czeka na regale i będzie w czytaniu już za chwilkę, cieszę się na to kolejne spotkanie z jego twórczością bardzo!

  7. Pyzuniu! To ja napiszę, sięgając po Twoje ulubione słowo, że Twój wpis mnie bardzo zainspirował. Do tego, żeby faktycznie działać, a nie jojczeć. No bo rzeczywiście, jak to sobie na tej krakowskiej herbatce ustaliłyśmy, są zjawiska w pewnych blogosferowych sferach, które może drażnią, ale w końcu, jak tak sobie siedzimy w swojej sferze, za często się z nimi nie stykamy, więc przecież da się jakoś przeżyć. Naprawdę masz fajne podejście do blogowania, chcę być jak Ty! 🙂 A nowe wcielenie bardzo ładne, czcionka przyjemna, miło się czyta. Co do funkcjonalności na razie nic mi nie przeszkadza, ale gdyby coś, będę zgłaszać ;). Uściski!

    1. Im więcej nas optymistów, tym może te blogosferowe szklanki będą bardziej do połowy pełne ;-)? Nie wiem, czy to tak działa przez nagromadzenie dobrej energii i pomysłów, ale kto wie, trzeba próbować! Jasne, nie ignorować złych zjawisk, ale też i nie dać sobie ich wyolbrzymiać ani się nimi zbytecznie przygnębiać. Przynajmniej tyle można ;-). Cieszę się, że się podoba – na wszystkie zgłoszenia czekam, sama jeszcze wypróbowuję tu wszystkie opcje :-D.

  8. Pyzuś, kochana, dobrze, że jesteś! Jeśli chodzi o taki mój skatalogowany gdzieś w głowie spis blogów książkowych to Twój stoi pod „J” jak jakość 🙂

    I powiem Ci szczerze, że też mnie jakoś (przeważnie) szczęśliwie omijają te blogowe afery 😉 Ostatnio coś na temat kolejnej przeczytałam gdzieś na facebooku (znaczy się, że jest afera – i nic więcej) i się szczerze zdziwiłam. Gdzie? Co znowu? Po co? Nie zgłębiałam tematu 😉 Ja sobie czasem po cichutku narzekam na małe zasięgi i niewielkie reakcje pod moimi postami, ale co tu ukrywać – ja kocham to co robię i nigdzie nie zamierzam znikać. Świetnie, że i Ty jesteś!

    1. Rumienię się :-). Dziękuję za miłe słowa! I jak dobrze jest znowu blogować po tej przymusowej przerwie. Ale fajnie, bo wtedy człowiek docenia bardziej, że ot, po prostu może sobie pisać. Widzisz, ja nawet nic nie wiem o kolejnej aferze! Ale to trochę tak, że gdzieś może oberwę jakimś odpryskiem i wtedy się dowiem albo za czas jakiś doleci mnie jakieś echo – a może nie? Facebook tak skutecznie tnie zasięgi postów, że część mi się w ogóle nie wyświetla, więc kto wie :-(. No i bardzo dobrze, że nie zamierzasz znikać! A narzekanie czasami, tak jak pisałam, jest potrzebne, byleby nie było główną czynnością, bo wtedy generuje przygnębienie, a nie motywację czy zadowolenie ;-).

      1. To fakt! Ja miewam z tym problemy (to znaczy czasem wpadam w taki wir narzekaństwa – właśnie sobie wymyśliłam słowo ;D), ale też od pewnego czasu jestem tego świadoma, a to już pierwszy krok do tego, by z tym nadmiernym marudzeniem walczyć 😉

        1. Bo narzekanie wciąga, zawsze znajdzie się kolejny i kolejny powód, i one się mogą łatwo nie skończyć. Można popaść w nałóg ;-). Zastanawiające, że z wymienianiem pozytywnych zjawisk zwykle jest odwrotnie ;-).

  9. Miło Cię widzieć na swoim 🙂 Czytam i komentuję Twojego bloga niemal od samego początku i nie ukrywam, że Twój zapał zmobilizował i mnie do powrotu do regularnego blogowania po przerwie spowodowanej pracą 😉 Sporo książek przeczytałam właśnie dzięki Twoim polecankom albo zniechęcankom.

    P.S. Jeszcze co do karnawałów blogowych – rzeczywiście rzadko już na nie trafiam. A może szkoda, bo zwłaszcza gdy czasu mało, zaczęłam poruszać się we własnej blogowej bańce, czytam regularnie tylko paru autorów i niezbyt często trafiam na kogoś nowego wartego uwagi.

    P.S.2 Kraków, hurra 🙂 Może się kiedyś przypadkiem spotkamy na Targach Książki 🙂

    1. Dziękuję! I cieszę się bardzo, że w jakiś sposób moje pisanie działa też mobilizująco, bo jak wiesz bardzo lubię Twojego bloga (nawet jeśli nie zawsze komentuję, zwłaszcza wpisy filmowe lub musicalowe, ale czytam wiernie :-)). Możemy się kiedyś spotkać nawet nie przypadkiem, bo wędruję po Warszawie zazwyczaj, więc kto wie ;-).

  10. Potwierdzam, nie ma tu żadnych konfabulacji. A na dodatek pięknie tu teraz, czysto, przejrzyście, przyklaskuję i podziwiam 🙂 Oby Pyza w tym roku daleko zawędrowała, a jednocześnie wciąż poruszała się w obrębie bąbelka, w którym jej najlepiej:)

    A ja tymczasem coraz rzadziej się odzywam, bo jednak bardzo intensywnie zaczęły się u mnie dziać rzeczy prywatne, o których wspominałam – ponoć bardzo wesołe wnosząc z korzeni słowa, choć mnie póki co nie za bardzo do radości, bo stres, za dużo rozkmin i planów. Ale jak tylko wyjdę trochę na prostą, odżyję trochę i może sama się zastanowię nad dobrymi stronami blogosfery?

    1. Dziękuję! Taki był zamiar, żeby było przejrzyście (ale muszę przyznać, że wcale nie łatwo było znaleźć szablon, w którym przede wszystkim podkreślony byłby tekst, jednak zdjęcia są chyba bardziej atrakcyjne ;-)). Nad dobrymi stronami blogosfery warto się zastanawiać, więc trzymam kciuki, żeby czas się na to znalazł, zwłaszcza że jesteś świetną organizatorką (nadal żałuję, że silent reading parties były w Krakowie!).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.