O ludziach, którzy chcieli więcej albo o „Dokręcaniu śruby” H. Jamesa

Tajemnicza książka? Niepodważalny klasyk? Nie wiadomo, o co w niej do końca chodzi? Na wszystkie te pytania można spokojnie odpowiedzieć „tak” i oddać się radości snucia interpretacji, o czym właśnie „The Turn of the Screw” – w Polsce funkcjonujący od niedawna pod dwoma już tytułami, „W kleszczach lęku” i „Dokręcanie śruby” – jest.

Na początku zamierzałam zmierzyć się z dość mocno krytykowanym przekładem Witolda Pospieszały, ostatecznie jednak wybrałam (znaleziony w kalendarzu adwentowym, więc jakże mogłam postąpić inaczej) nowe tłumaczenie Jacka Dehnela. Dehnel zdecydował się na odmienny tytuł, tłumaczenie zaś Jamesa to musi być po prostu trudna sprawa. Nie będę pisała o przekładach, bo ich nie porównywałam, każdy tłumacz swoje oberwał – ode mnie zatem już nie musi ani jeden. Dodam może a propos samego wydania W.A.B., że z pewnym zdziwieniem odnotowałam, że rozdział ostatni nosi numer czternasty, a nie, jak powinien, dwudziesty czwarty, a jest ono dość skromne, tak w ogóle. Nie wiem, czy wiecie, o jakim wrażeniu mówię: notka o autorze już na drugiej stronie okładki, a potem mała stopka i rach-ciach od razu czytamy, potem znów mała stopka i książka się kończy. Tak z dwie białe strony dla oddechu, zwłaszcza przy takiej książce, by się przydały. Za to okładka fotogeniczna. No, pomarudziłam nieco, a Wy pewnie jesteście tu raczej, żeby dowiedzieć się, co sądzę o fabule, a nie o wydaniu. A zatem…
…to jest naprawdę niesamowita książka. Bogata, gęsta, tucząca czytelnika potencjalnymi interpretacjami, aż chciałoby się powiedzieć: „kremowa”. O co chodzi? Pewien szanowny angielski dżentelmen (tak mogłaby się zaczynać spora
część klasycznej brytyjskiej grozy) opłaca nową guwernantkę dla dwójki swoich podopiecznych: ośmioletniej Flory i
dziesięcioletniego Milesa. Poprzednia nauczycielka-wychowawczyni zmarła wkrótce po wyjeździe na urlop i dziećmi zajmowała się pani Grose, ochmistrzyni w wielkiej, starej posiadłości Bly. Nasz dżentelmen jest czarujący, ale warunki pracy stawia dziwne: nie chce nic wiedzieć, niech po prostu życie jakoś się toczy, dzieci rosną, a panna nie zawraca głowy. Ale właściwie powinnam Wam na początek powiedzieć coś innego – James ubiera tę powieść (czy raczej opowiadanie? Sporo ostatnio czytam form, które trudno mi zaklasyfikować) w taką mianowicie – wybaczcie powtórzenie – formę: oto zgromadzone przy kominku w Boże Narodzenie towarzystwo raczy się historiami o duchach. Dobry to czas – M. R. James mógłby sporo o tym powiedzieć – by się wzajemnie straszyć widmami nie z tego świata, ale bohaterowie coś narzekają na jakoś opowieści. Wtedy właśnie jeden z nich mówi, że ma w biurku pewien dziennik, który może nieźle namieszać w nawale tych nijakich historyjek, prawdziwie „przykręcić śrubę”. Posyła po niego, trochę mataczy na wstępie, usiłując zachować dobre maniery i nie mówić źle o nieobecnych – i zaczyna się historia. Dziennik należy do owej nowej guwernantki, mataczenie dotyczy tego, kogo kochała. No właśnie, zestawiwszy jedno z drugim: ten specyficzny prolog z „materiałem dowodowym” można sobie postawić kilka pytań.
Umiarkowane spojlery (to znaczy właściwie: spojlery, ale umiarkowane ze względu na to, że można spokojnie mieć kilka zupełnie innych niż te moje poniższe interpretacji tego dzieła).
To równocześnie moja ostatnia lektura w ramach wyzwania. Ach, podobało mi się, że tak westchnę. Jak pisałam, klasyczna groza z bloga (i, co za tym widzie, z moich lektur) nie znika, ale już pozawyzwaniowo. Jeszcze raz dziękuję Luce i wszystkim uczestniczkom (Beato, piąteczka!) za inspiracje, wspólne czytanie i poszukiwania!
Kogo właściwie kochała nasza bohaterka? Mamy prawo podejrzewać, że nie obecnego posiadacza dziennika i nie
czarującego, acz umywającego od wszystkiego ręce angielskiego dżentelmena. Motyw miłości pojawia się w „Dokręcaniu śruby” w sposób dość specyficzny: jest to temat, właściwie, zakazany. Chociaż panie i panny wokół kominka dopytują, któż to był darzony przez guwernantkę uczuciem, właściciel dziennika ociąga się z odpowiedzią. Chociaż bardzo dobrze wszyscy wypowiadają się o właścicielu Bly, on sam jakby pozostaje poza rozważaniami uczuciowymi, dyskretnie usunięty ze sceny. Dostajemy wielokrotnie i ze zgrozą wspominany związek pomiędzy poprzednią guwernantką i specyficznym służącym z Bly – związek potajemny, nieślubny, mezaliansowy, wbrew obyczajom i wbrew podziałom społecznym – i po prawdzie to jest jest jedyny faktyczny związek, który w jakiś sposób James nam na kartach „Dokręcania…” pokazuje. Ale, jakby się tak zastanowić, jest jeszcze jedno, bardzo specyficzne
uczucie, które widzimy: związek, jaki powstaje między guwernantką i dziećmi. A zwłaszcza pomiędzy nią i Milesem, „uroczym dżentelmenem”, jak go tytułuje w swoim dzienniku, którego urodą i manierami się zachwyca. Przypomnijmy jednak, że mowa o dziesięciolatku. I zaczyna robić się mrocznie (a przy tej okazji wspomnę o tym, że nad związkami klasycznej grozy, fascynacji erotycznych i motywu dziecka zastanawiałam się już przy okazji horrorów wampirycznych).
Jakie właściwie są dzieci, którymi się opiekuje? Widzicie, sporo tych „właściwie” i po prawdzie nie roszczę sobie żadnego prawa do „właściwej” odpowiedzi. Ale skoro już pytam, to może na początek: motyw demonicznego dziecka, z pozoru dobrze ułożonego i słodkiego, a w istocie podstępnego i chcącego sprowadzić towarzysza/opiekuna na złą drogę w klasycznej grozie ma się bardzo dobrze i znajdziemy go spokojnie w wielu miejscach. Mnie się jako pierwsze nasuwają oczywiście opowiadania innego Jamesa, mojego ulubionego Montague Rhodesa, chociażby „The Residence at Whitminster”, gdzie mamy demonicznego chłopca związanego z siłami ciemności i niczego nie dostrzegających opiekunów. Z motywem eksperymentował też Algernon Blackwood w opowiadaniu „Przejęcie”, gdzie mamy i chłopca, który z pozoru niewinny, okazuje się coś za blisko związany z mrocznymi siłami, i guwernantkę, która dostrzega to, co dla innych gołym okiem niewidoczne. A to ledwie dwa przykłady, które teraz przychodzą mi na myśl. U Henry’ego Jamesa sprawa ma się jednak inaczej i w duchu bliższa jest temu, co później napisze Blackwood: nie dostajemy mianowicie żadnej pewności, że coś z tymi dziećmi faktycznie jest nie tak (może poza dziwiącym mnie nieodmiennie traktowaniem ośmioletniej Flory jak zupełnie malutkiej dziewczynki, włącznie z zakładaniem śliniaczka, ale to chyba kwestia obyczajowa).
Pooglądajmy może mroczne posiadłości dla oderwania ócz od tekstu. Tu na zewnątrz…
Jaka jest nasza guwernantka w roli narratorki? To jest logiczne pytanie wypływające z tego, co napisałam wyżej. Bo widzicie, James właściwie, poza niepokojącym prologiem (który swoją kodę znajduje całkiem logicznie w ostatniej scenie, dla mnie robiąc z „Dokręcania śruby” niepokojącą historię fascynacji miłosnej starszej kobiety małym chłopcem), całą resztę wydarzeń przedstawia nam w relacji guwernantki. A ta jest doskonałym przykładem niewiarygodnej narratorki, bardzo przypominającej mi przedziwnego, złowrogiego narratora „Czarnego kota” Poego. Skąd akurat pomysł na porównanie z tym opowiadaniem? Ano, szczerze mówiąc, przywiodła mnie do tego taka oto konstatacja: narrator z „Czarnego kota” charakteryzuje się tym, że mówi dokładnie co innego niż robi („tak kocham zwierzęta!” versus „powieszę teraz swojego ulubionego kota!”), plus cała gama sprzecznych odczuć. Nasza narratorka z „Dokręcania…” lubi robić dokładnie tak samo: zachwyty nad urodą i ułożeniem dzieci przetykane są próbami wyduszenia z nich tego, co według niej skrywane, złowrogie, paskudne. Może nikt nie wiesza żadnego zwierzaka (na szczęście!), ale jakoś mi tutaj pachnie podobnym zabiegiem literackim.
A pozostali bohaterowie? A świat przedstawiony? Nazwałam ten tekst „O ludziach, którzy chcieli więcej”, bo dla mnie to jest jakaś metafora tego wszystkiego, co się w tym utworze tak w ogóle dzieje. Nasza główna bohaterka bowiem ucieka przed światem – stąd zresztą całkiem zadowalają ją w przebłyskach świadomości warunki postawione przez pracodawcę: dają jej komfort, a odpowiedzialność zmienia się właściwie w poczucie nieograniczonej władzy (przypadek „nie rozwiązania” kwestii szkoły dla Milesa). No, niemalże, bo przecież są jeszcze duchy. Nie zapominajmy o duchach. To zresztą ciekawy przypadek, dość często spotykany w klasycznej grozie – czy mamy do czynienia z faktycznymi mocami nadprzyrodzonymi (przemawia za tym choćby to, że z opisów guwernantki pani Grose jest w stanie określić, z duchem kogo mamy do czynienia), czy z urojeniami, halucynacjami. Bo całkiem prawdopodobne jest, że z naszą guwernantką jest „coś nie tak”. Czy to schizofrenia lub jakiś przypadek innej psychicznej choroby? Czy zamknięcie w Bly i kontakt z dziećmi, z którymi chyba jednak nie powinna pracować, wpędza ją w nerwicę? Za obiema interpretacjami można spokojnie optować, wyciągając argumenty z tekstu, dlatego zresztą uważam „Dokręcanie śruby” za rzecz tak dobrą. Choć, nie będę mówiła, że nie dziwną. Ale ta „dziwność” wypływa również z „chcenia więcej”. Bo widzicie, to jest świat spętany konwenansem. Do tego stopnia, że kiedy nasza bohaterka po raz pierwszy widzi ducha, zastanawia się nie „o rety, czy to duch?”, ale „o rety, może ktoś tu trzyma w zamknięciu oszalałego krewniaka?”. Takich literackich aluzji, osiadłych na gruncie tego, co wypada, a co nie, jest zresztą w powieści więcej. I one też stanowią pewne tropy do dochodzenia, „o co chodzi?”. Podobnie zresztą jest z relacjami ze służbą. Wszyscy „pod schodami” są jakąś sferą zakazaną, pani Grose trochę się temu wymyka, ale i nad nią nasza bohaterka ma zasadniczą przewagę: umie pisać. Ta obsesja na temat „wypada – nie wypada” odbija się w całej narracji, rysowanej półsłówkami, niedopowiedzeniami (pisałam kiedyś, że „Miasteczko Middlemarch” mogłoby się szybciej skończyć, gdyby bohaterowie normalnie ze sobą porozmawiali – James okazuje się jeszcze bardziej niż Eliot mistrzem urywanych zdań). Bo a nuż powie się za dużo? Bo ucieknie słówko, którego broń Boże nie wypada użyć?
… a tu w środku.
Siedzą więc ci nasi bohaterowie tacy spętani przez konwenans, pogrążając się powoli w szaleństwie, i robi się coraz straszniej, i straszniej, i nie wiadomo do końca, czemu tak jest. Bo wszyscy przecież „chcą dobrze”, nasza guwernantka optuje za najnowszymi sposobami wychowywania dzieci (a równocześnie nurza się z rozkoszą w powtarzaniu, że Miles musi wiedzieć więcej od niej – on zaś, że może nie jest dla niego najlepszą nauczycielką, bo powinien
się rozwijać), chce swoich podopiecznych chronić przed zepsuciem. To „zepsucie” (rewers „konwenansu” tak w sumie u Jamesa) to – co ciekawe – można czytać jako echo pewnych religijnych wątków, zwartych w utworze (ojciec-pastor, ciągłe nieudane wyprawy do kościoła, by nie siedzieć za blisko wychowanka w ławce, same duchy), można też jako wychodzące z bohaterki lęki przed samą sobą. A to zapewne tylko kilka możliwości, gdyby tak jeszcze głębiej zanurzyć się w tekst, znalazłoby się tego więcej. Dlatego powtórzę się, że „The Turn of the Screw” jest rzeczą bardzo
dobrą i to zdecydowanie do kilku czytań, żeby śledzić, jak James kluczy przed czytelnikiem, jak powoli buduje atmosferę – a potem i do tego, jak czerpią z tego dzieła inni pisarze. No, zdecydowanie inaczej patrzę teraz na „Nawiedzonego” Shirley Jackson (Eleanor i nasza guwernantka są do siebie bardzo podobne!).
***
Muszę powiedzieć, że z chęcią sięgnę teraz po „Bostończyków” – zapraszamy z Tarniną na Piknik z Klasyką z tą właśnie książką dwudziestego stycznia. A teraz, zanim śmignę do biblioteki wypożyczyć rzeczonych „Bostończyków”, z chęcią pogadam o Waszych wrażeniach z lektury „The Turn of the Screw”. Należycie do fanów utworu czy raczej pozostawił Was z poczuciem oszukania? No i: jakie są Wasze interpretacje?

One Reply to “O ludziach, którzy chcieli więcej albo o „Dokręcaniu śruby” H. Jamesa”

  1. "Kremowa"? Ech, chyba zupełnie nieświadomie mnie skusiłaś. No i jeszcze "do kilku czytań". Hasła klucze dla Pożeracza. Czytałem nieco o problemach z tłumaczeniem tej powieści, ale po samą powieść nie miałem okazji sięgnąć.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.