Niektórym bohaterom nie można pomóc albo o „Bostończykach” H. Jamesa

 

Kilka pierwszych myśli po lekturze? Henry James mógłby sobie podać ręce z Bolesławem Prusem. Dlaczego to się właściwie tak kończy. O co chodziło bohaterom. Bo widzicie, splątane motywacje to jest dla mnie jedna z cech charakterystycznych tej powieści. Przyznaję się, spojleruję umiarkowanie, ale z drugiej strony powieść ma swoje lata, więc pewnie ani ze mnie jej pierwsza spojlerzystka, ani ostatnia.

O czym to właściwie jest? Olive Chancellor, ponieważ tak wypada, zaprasza na wizytę dalekiego kuzyna, który przeniósł się z Południa na Północ. Basil Ransom, ów kuzyn, ponieważ tak wypada, przyjmuje zaproszenie. Od początku się znielubią. Ransom jest konserwatystą i szczyci się tym: udziałem w wojnie po stronie Południa, „tradycyjnym” i „zdrowym” poglądem na życie. A przede wszystkim na miejsce, jakie kobieta powinna zajmować w społeczeństwie. Chancellor stoi na przeciwległym (chociaż w trakcie rozwoju fabuły można zapytać: czy rzeczywiście?) biegunie – jest jedną z aktywniej działających w ruchu emancypacyjnym w Bostonie kobiet. Ich drogi mogłyby się już właściwie nie przecinać: owszem, na Ransoma zagnie parol przedsiębiorcza i poszukująca „tradycyjnego” męża siostra Olive, niemniej naprawdę tych bohaterów niewiele łączy, poza wzajemną niechęcią. Póki James nie wprowadzi na scenę bohaterki, którą oboje, i Basil, i Olive, zafascynują się od samego początku. Poznajcie Verenę Tarrant, która, jak zauważa z przekąsem narrator, pewnie kojarzyłaby się z Esmeraldą ze słynnej powieści Viktora Hugo, gdyby akurat bohaterowie ją znali. Verena, córka szarlatana-mesmerysty, posiada dar. Jaki? Pięknie przemawia. Warto więc, uznaje Olive, by przemawiała za „właściwą” sprawą, czyli na rzecz przyznania kobietom praw. Warto więc, uznaje Basil, zafascynowany niezwykłą urodą dziewczyny, by przemawiała tam, gdzie on chciałby ją widzieć: w ich wspólnym domu. James roztacza więc przed nami widoki na ten dość niecodzienny trójkąt. No i, zapytacie, co z tego wynika?

Tu już mam problem, przyznaję bez bicia. Widzicie, ta powieść, jej nastrój, gładkość frazy, przez którą sunie się w sposób bardzo przyjemny i bezbolesny właściwie, takie dość wiwisekcyjne, a jednak niepozbawione również pewnej gładkości podejście do bohaterów bardzo przypominały mi powieści Bolesława Prusa. Nawet niekoniecznie „Emancypantki” (chociaż temat niewątpliwie zbliżony), po prostu – powieści Prusa. Czemu? Bo wszystko przesycone jest tą nieuchronną katastrofą, która po prostu musi – wiemy to jako czytelnicy – spotkać bohaterów. Na koniec nikt nie będzie zadowolony, nawet jeśli ostatnie zdanie, jakie usłyszymy z ust Vereny, to Teraz jestem szczęśliwa. Bardzo to zresztą charakterystyczne dla całej powieści, pełnej poplątanych motywacji, jak już wspomniałam. Niby bohaterowie mówią jedno, a jednak robią drugie, niby dostajemy wgląd w ich duszę – narrator czasem napomknie, że umiarkowany jednak i żeby się nie przywiązywać – a nie wiemy tak do końca, czemu zdecydowali się na taki, a nie inny wybór. I to mnie nieco uwierało, bo miałam wrażenie dość dużych przeskoków. W tym głównego, bo ciągle trudno mi sobie odpowiedzieć na pytanie, co połączyło Verenę i Basila? Czy prosta zasada, że chce się mieć to, czego mieć nie można? Czy coś a la „przeciwieństwa się przyciągają”? Czy jakiś rodzaj „zakazany owoc smakuje najlepiej”? Czy to może wariacja na temat klasycznej miłosnej tragedii? Widzicie, interpretacji może być sporo, ale żadna mnie specjalnie nie przekonuje, część wydaje mi się zdecydowanie za prosta i nie tak smaczna, jak zawiłości, jakie James stawiał przed czytelnikami w „Dokręcaniu śruby”.

 

 

Narzekam, narzekam, ale jednak. No jednak, bo nie będę udawała: powieść czytało się dobrze, a nawet bardzo dobrze, bo jest po prostu sprawnie napisana. Niektóre sceny zapadają w pamięć na długo (okoliczności śmierci jednej z bohaterek, żeby spojlerować jedynie umiarkowanie, mam nadzieję, że odbijemy sobie w dyskusji), bohaterowie są pełnokrwiści (należę do klubu doktor Prance) i spokojnie można czytać tę powieść z zaangażowaniem („zniknij, bohaterze, jakże mnie denerwujesz!”) albo z dużą dozą spokoju, analizując krok po kroku kolejne posunięcia Jamesa, w zależności od tego, jakie jest Wasze ulubione podejście. Ale. No właśnie, jest to ale. W jaki sposób to ma wszystko działać? Czy musimy przystać na pewne przeskoki czasowe, które spychają bardzo wiele elementów akcji do sfery sporej umowności? Teraz, kiedy o tym myślę, wydaje mi się, że tak. Dlaczego? Dlatego, że w ogóle to jest taka powieść, w której umowność jest słowem-kluczem. Bohaterowie żyją pewnymi schematami i sloganami, których zostali nauczeni albo które stają się dla nich wytrychami do rzeczywistości. Dlatego jedna z najstarszych abolicjonistek i emancypantek musi odejść, i to w okolicznościach pełnych złudzeń, a nie prawdy – bo nie ma już dla niej miejsca w tym świecie wręcz pożeranym przez konwenans. Dlatego piękna kariera Vereny kończy się tak, jak się kończy: może i uczy się przemawiać bez „kładzenia rąk” i magicznego hokus-pokus swojego ojca, ale jednak pozostaje silnie zależna od zbiegu różnych okoliczności. Przyjaźń, czy uczucie, jakie stwarza między nimi Olive – uczucie jednak mimo wszystko, moim zdaniem, przez Verenę nieodwzajemniane (narrator też to zresztą sugeruje) – polega na grze pozorów.

Nie wspominając już o szczycie konwenansu, jakim w powieści staje się dżentelmen z południa, Basil Ransom. To marzyciel (można temu słowu przypisać tu zarówno konotacje pozytywne, jak i negatywne, do wyboru; ja będę za

opcją negatywną), który roi o pewnych sytuacjach, które albo nie będą miały miejsca, albo będą miały inny niż chciał przebieg. Konwenans, „południowe wychowanie”, to dla Ransoma zbroja, której nigdy nie zdejmuje. To ona ma mu pomóc w radzeniu sobie z rzeczywistością, ocenianiu jej, szukaniu wyjścia z sytuacji – takiego wyjścia, które ma się okazać dla niego najkorzystniejsze. I jak zajrzymy za tę zbroję, do czego James da nam okazję, wyjdzie nam spod niej dość paskudny oportunista. Ale nie jest tak, że jego główna „przeciwniczka” w walce o Verenę to jest postać z kolei na wskroś pozytywna. Pod tym względem James jest dla niej równie nielitościwy, bo każe czytelnikowi spytać, w co właściwie Olive wierzy? Dlaczego interesuje ją tak nagle możliwa „wielka” (sporo w tym tekście cudzysłowów, ale James faktycznie jest mocno, tak to odebrałam, ironiczny w trakcie całych „Bostończyków”) rola Vereny w kwestii emancypacji? Czy aby Olive nie jest jest szczera tylko w jednym momencie: w chwili śmierci jednej z postaci, gdy z ust wyrywa jej się mimowolny okrzyk? Jak widzicie, sporą część powieści czytam właśnie przez pryzmat tej jednej sceny, ale po prostu wydaje mi się ona bardzo istotna.

***

No właśnie, może tutaj bym skończyła – bo ciekawa też jestem, co za wątki nam wychyną w dyskusji. Zapraszam Was do wpisu Tarniny i jej opinii o „Bostończykach” (znajdziecie go tutaj). Tam też w tym miesiącu toczyć zamierzamy wartką rozmowę (stąd też komentarze pod tym wpisem są wyłączone), do czego zachęcam, jak wiadomo, zawsze. A tymczasem, jeśli pozostaliście nieczuli na uroki Jamesowej prozy, może skusicie się na za miesiąc? Aktualna rozpiska jak zawsze w zakładce „Pikniki z Klasyką”, a u dodam dla porządku, że przymierzamy się do „Wieku niewinności” Edith Wharton (już mam nadzieję bez przesunięć wynikających z blogowych problemów po mojej stronie, czyli dwudziestego lutego).