Lekka książka? Albo o przygodach przy poniedziałku

 

Od czasu do czasu zdarza się taki poniedziałek. Trudno cokolwiek z nim zrobić. Można domniemywać, że albo gdzieś zdarzyło się coś bardzo dobrego, więc dla równowagi dużo niemiłych drobnych rzeczy rozlało się po świecie i przytrafiło też nam (coś jak okruchy z lustra Królowej Śniegu). Albo zdarzyło się coś bardzo złego i dostajemy odpryskami. Na szczęście i takie dni mijają. A kiedy nadal trwają, można poddać refleksji kwestię czytania.

Widzicie, poranek zaczął się od tego, że padło mi auto. Na szczęście dotoczyło się radośnie do przystanku, gdzie można je było malowniczo porzucić i przenieść się do innego środka transportu. Wpadłam więc w wir jechania do pracy, ładując na ramiona wszystkie torby, parasole i inne rzeczy, z którymi musiałam się wczoraj przemieszczać (a imię ich czterdzieści i cztery… lub coś koło tego; sami wiecie, jak to jest). W końcu jednak wylądowałam bezpiecznie, mniej więcej sucha, na siedzeniu w kolejce podmiejskiej. Napawając się przesuwającym się za oknem krajobrazem, skąpanym w strugach zimowego deszczu (czy „zimowy deszcz” to nie jest to sformułowanie budzące grozę i absolutnie powinno być zakazane?), postanowiłam wyciągnąć z jednej z toreb książkę, bo w imię czego przegapiać tak wspaniałą okazję, by oddać się lekturze? I tu zaczęły się schody.

Zasadniczo sprawa wydaje się prosta. Tutaj część czytelników zapewne westchnie z rozdrażnieniem, a część ze zrozumieniem (wszystko zależy od ilości toreb, z którymi przemieszczacie się w środkach komunikacji masowej). Ileż zasadzek czyha nawet na kogoś, kto pakował się przecież nie tak dawno temu, bo ranek jeszcze nie przeminął!

W końcu, walcząc z rękawiczkami („na cóż ubierać mitenki, wszak nie będę dziś stać na przystanku!”, pomyślałam wszak tego absolutnie niepięknego i ciemnego poranka), parasolem – na pewno byliście w podobnej sytuacji, kiedy ociekający wodą niczym ten krajobraz za oknem parasol chce się znaleźć wszędzie tam, gdzie wcale nie chcecie go stawiać: pod fotelem, w oku współpasażera, po drugiej stronie alejki, w środku paczki z drugim śniadaniem et cetera – i innymi podróżnymi utensyliami znalazłam mojego wielce poszukiwanego Dickensa.

Pozostało ulokować go na szczycie chwiejnej piramidy złożonej z toreb, podziękować wydawniczym bóstwom za to, że książka wyposażona jest we wstążeczkę, a nie zakładkę (która na pewno wykorzystałaby taki moment, żeby wypaść, gubiąc miejsce i lądując w kałużce wody, ociekającej z nas wszystkich pasażerów i tworzącej malownicze wzory na podłodze) i zacząć czytać.

 

 

Prawda? Wszystko wydawałoby się takie proste! Ale przecież każda i każdy z nas był w zbliżonej sytuacji i wie, że to się tak nie może skończyć. Tak, tak, to jest wreszcie moment, w którym porzucam mą łzawą poranną historię – możecie odetchnąć z ulgą – i przechodzę do meritum wpisu. No więc, moi drodzy, jak to jest z tymi lekkimi książkami? Właśnie o tym zaczęłam myśleć w trakcie opisywanych wyżej czynności. Bo przecież wychodząc z domu i wiedząc, że wyląduję sobie wesoło w autobusie (no, w kolejce podmiejskiej, w każdym razie w innym środku transportu niż zamierzyłam pierwotnie) zabrałabym prawdopodobnie zupełnie inną książkę niż godne wydanie „Wielkich nadziei” w twardej oprawie, upakowane w torebce obok kalendarza oraz innych raczej nielekkich rzeczy. Nie wspominając już o tym, że torbę porzuciłabym na rzecz znacznie wygodniejszego do wyciągania zeń książki i upychania jej w nim z powrotem na widok zbliżającego się zbyt szybko przystanku plecaka.

Bo „lekka książka” to takie sformułowanie, które kojarzy się w ogóle z podróżą, zauważyliście? Często mówi się, że zabiera się „książkę na drogę” i zwykle ma być to książka „lekka”. Zwykle nie myślimy wtedy o jej faktycznym ciężarze (pozostawiam tu kwestię czytnika na boku, bo mam świadomość, że podróżowanie – choćby tylko na linii praca-dom – z czytnikiem to zupełnie inna para kaloszy, że tak sobie skorzystam z mokrawej metafory, adekwatnej do pogody). Chodzi nam raczej o ciężar metaforyczny, to znaczy odnoszący się nie do formy, ale do treści. Na pewno kojarzycie dość pejoratywne w wydźwięku sformułowanie „literatura wagonowa”, czyli wszystkie te wydane dość niedbale, ale mieszczące się w kieszeni opowieści, których nie żal później zostawić w przedziale. Między „lekką książką” a „literaturą wagonową” jest jakaś nić porozumienia. „Lekka” znaczy bowiem nie tylko „wydana na cienkim papierze, w miękkiej okładce, w formacie kieszonkowym”. Może też znaczyć „do porzucenia lub oddania bez żalu” (lub, w wersji obiadowej, „do poplamienia zupą pomidorową bez przerywania lektury bez żalu”), oraz – w końcu – książka o „lekkiej” treści.

 

 

Jak wiecie, nie jestem fanką dzielenia literatury na gatunkową i artystyczną, czy na przypisywanie powieściom gatunku raz i na zawsze. Przede wszystkim dlatego, że bywa to krzywdzące, szufladkuje serwowane nam opowieści, może wprowadzać w błąd. Ale i dlatego, że często pachnie taką chęcią sprowadzenia danej historii do odhaczenia wyznaczników „gatunkowych”. Słabo to się sprawdza – coraz słabiej, zaryzykowałabym nawet twierdzenie – bo zwyczajnie z „gatunkowych” wytrychów korzysta literatura będąca raczej bliżej tego bieguna „artystycznego” na naszym leciwym podziale, a bywa, że i odwrotnie. Niemniej „lekkie” książki zwykle nie mają pretensji do serwowania nam – no, w każdym razie nie zawsze i nie wprost – prawd trudnych i każących się skonfrontować z rzeczywistością w sposób okrutny. Wystarczy, że mamy te wszystkie torby, parasol i pada na nas deszcz, więc „lekka książka” ma nas rozerwać, wprowadzić w dobry nastrój i sprawić, że na chwilę oderwiemy się od aktualnych problemów.

Tyle że wcale nie musi to oznaczać, że a) musi to być książka wesoła i sprawiająca, że radośnie parskamy śmiechem w autobusie (wszak niektórych bardziej zrelaksuje łzawy romans, bo zwyczajnie lubią sobie popłakać nad losami bohaterów i nie ma w tym nic złego), b) w książkach raczej nielekkich, a przynajmniej za takie uznawanych, nie ma nic z lekkości. Ano właśnie. Bo widzicie, jak tak czytałam sobie tego Dickensa w warunkach raczej mało przytulnych, pomyślałam sobie, że zasadniczo śledzenie linii fabularnej tej opowieści nadal sprawia mi dużą przyjemność i zwyczajnie ciekawa jestem, co też z Pipem dalej będzie. Na boku zostawiając rozkminy na temat „jak to jest napisane”. Także książki (dosłownie i w przenośni) „ciężkie” mają swoje „lekkie” strony. Nie wiem, czy sprawdziłoby się to poza prozą. Chociaż pewnie i u Seneki da się wytyczyć coś w rodzaju toru „lekkiej lektury”. Co już jednak jest nieco innym rodzajem i czytania, i wyzwania, jakie można sobie postawić.

Bo czasami nieoczekiwanie stajemy w sytuacji, kiedy wybrana lektura zamienia się w „lekką”. Albo przynajmniej my jako czytelnicy stajemy przed możliwością takiego jej dla siebie zaprojektowania. Czy to z chęci, czy z konieczności. Bo czasami w tygodniu zdarzają się poniedziałki.

6 Replies to “Lekka książka? Albo o przygodach przy poniedziałku”

  1. Jak ja lubię to Twoje lekkie pióro! No czyta się to pysznie 🙂

    Co do meritum, jestem szczęściarą, która nie musi dojeżdżać do pracy, bo ma do niej 10 minut piechotą. Gdybym musiała jeździć codziennie, przykładowo, 2 godziny w tę i nazad to byłabym niepocieszona, ponieważ mam chorobę lokomocyjną :/ Czytanie absolutnie odpada! Jak nie patrzę się w okno dłużej niż 30 sekund to… No, sama rozumiesz. Może wtedy przekonałabym się w końcu do audiobooków? Może… Ale w obecnej sytuacji, gdy praca jest tak blisko, już do pół godziny od skończenia roboty mogę wskoczyć we własne łóżko z papierową książką w objęciach 🙂

    1. Dziękuję :-)! Muszę przyznać, że chociaż u mnie dojazd do pracy trochę trwa, to dzięki temu zawsze wybierając transport publiczny mogę liczyć na dłuższą chwilę z książką. Współczuję choroby lokomocyjnej, bo wtedy faktycznie cała taka radość na nic :-(. Za to mogę Ci pozazdrościć takiego szybkiego przemieszczania się na linii praca-dom, ale przyznam też, że zawsze jak mam poczucie, że cały wieczór wolny i mogę go sobie przeznaczyć na czytanie łapię się na tym, że robię dużo takich małych, zabierających czas rzeczy (no bo tyle tego czasu!), że potem wcale aż tak dużo go nie zostaje ;-). Nie rozgryzłam jeszcze, jak ten mechanizm działa :-D.

  2. Jak to mowila Susan Hill sa takie sytuacje kiedy potrzebujesz ksiazkowego odpowiednika lodow. Sometimes only ice cream will do.

    Z drugiej strony Eco na wakacje zalecal wlasnie literature ciezka, te wszystkie klasyki na ktore nie masz czasu pochloniety praca. Kiedy jestes wypoczety i nic ci nie wisi nad glowa, wtedy jest czas na te wszystkie Wojny i pokoje. Odkad przeczytalam planuje sobie takie wakacje zrobic. Moze Dickens jakis sie nada.

    Natomiast Pyzo nie pakuje sie klasyki ze wstazeczka tylko klasyke z Kindlem albo innym czytnikiem. To naprawde zmienia zycie. Dojezdzam naprawde dlugo i tak sie juz przestawilam, ze papier zabieram jako rozwiazanie awaryjne 🙂

    1. O tak, tak, tak, dokładnie!

      Całkiem sporo klasyków przeczytałam w wakacje, więc nie będę się kłóciła, jest coś w tym, co mówi Eco. W ogóle więcej spokojnego czasu na czytanie sprawia, że można sobie spokojnie zanurzyć się w tej „cięższej” warstwie literatury, ale tak sobie myślę, że jednak jej „lżejsze” warstwy wciąż nadają się do czytania choćby i w podróży. No i oczywiście wiem, że z czytnikiem prościej, ale kiedy akurat pod Choinką znalazłam śliczne pingwinowe wydania Dickensa, no to nie mogę, po prostu nie mogę im się oprzeć ;-).

  3. Też zauważyłam, że te cięższe lektury o wiele lepiej czyta się np. podczas wakacji, kiedy i umysł wypoczęty i nic nie rozprasza. A po trudnym i zagmatwanym tygodniu w pracy często mam już ochotę wyłącznie na coś lżejszego. Co do czytania w komunikacji publicznej, to raczej nie przepadam: za duży hałas, chaos i na dodatek w najciekawszym momencie lektury muszę już wysiadać …

    1. Bo zasadniczo tak jest (w ogóle chyba lepiej się czyta, kiedy człowiek jest wypoczęty i nic go nie rozprasza, albo rozprasza w znikomym stopniu), ale myślę sobie, że pewne warstwy lektury docierają do nas nawet wtedy, kiedy nie możemy docenić całego jej wyrafinowania. Pytanie, oczywiście, czy „warto” wtedy czytać. Z drugiej strony – nigdy chyba nie ogarnia się dzieła w całości. A z tym wysiadaniem – no tak, trochę to tak działa ;-). Ale też i pozwala oderwać się od lektury i przystąpić do życia, bo cóż: trzeba :-D.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.