Ktoś gdzieś jakoś albo o „Mikrotykach” P. Sołtysa

 

Wiecie, jak jest u mnie z nowościami. Najczęściej zanim po nie sięgnę już dawno przestają być nowościami. W przypadku „Mikrotyków”, na które zaczaiłam się dość wcześniej, było inaczej. Ale nie będę ukrywała: duży wpływ miał na to fakt, że książkę dostałam na imieniny. Trafiła w idealny czas, kiedy akurat miałam ochotę sięgnąć po krótsze formy. I tu od razu nasuwa mi się pierwsze pytanie: czym „Mikrotyki” właściwie są? Bo określenie ich zbiorem opowiadań wydaje mi się mylące. Formy, w które swoje historie ubiera Sołtys, przypominają raczej to, co staroświecko, acz ładnie, nazywało się kiedyś obrazkami.

 

Niektóre historie się pamięta, a niektóre pamiętają ciebie i wyciągają rękę, żeby cię poddusić w najmniej spodziewanych chwilach.

fragment z opowieści „Jurek”

 

Jeśli czytam cały tomik od razu – a nie w poszukiwaniu pojedynczego opowiadania – staram się nie wyrażać opinii przed poznaniem całości. Dlaczego? Dlatego, że uważam, że tak samo jak każdy jeden obrazek ważna jest kompozycja całości. W przypadku „Mikrotyków” nad tą kompozycją również się zastanawiam. Bo widzicie, łatwo jest wyróżnić leitmotivy całości. Grochów i jego przemiany – gentryfikacja, rozpadanie się starych wspólnot, wspomnienia tracące swoją materialną podstawę i odchodzące w niebyt. Knajpiane życie, w którym spotyka się, krążących po dzielnicy niczym duchy, dawno niewidzianych znajomych. Picie, żeby zapomnieć i żeby sobie przypomnieć, i palenie papierosów, bo nałóg, bo przyjemność, bo przyzwyczajenie, bo wszyscy palili lub palą. Rodzina, czasem każąca wyjść z dzieckiem na spacer, czasem przypominająca gabinet osobliwości. Wątki rosyjskie i prawosławne (według mnie dość ważny łącznik Warszawy Sołtysa), czy to związane ze studiami bohaterów, czytanymi przez nich książkami, kolegami ze szkoły, wspomnieniami rodzinnymi. Wreszcie: książki.

Książki rozpychają się w tych obrazkach i stanowią czasami dosłowną siłę przebicia. Jeśli zastanawiacie się, do czego może posłużyć oprawiony w płótno tom Iwaszkiewicza, tutaj znajdziecie odpowiedź. Bohaterowie tych opowiadań sporo czytają, czasami mówią nam wprost – co. Czasami przeciwnie, po prostu informują o tym, że czytają, jaka jest gramatura papieru albo że zaraz wyciągną książkę. Ich autorzy pojawiają się w tytułach obrazków, jako inspiracja dla toczącej się narracji („Hrabal”) albo stanowią wytrych do przeszłości bohatera („Leskow”). Czasami chodzi nie o to, co w nich jest, ale o to, co zostało zapamiętane (albo zapomniane). Bohaterowie Sołtysa są trochę bez właściwości, ot, snują się po tej z lekka rozpadającej się rzeczywistości, coś tam opowiadają. Wspominają właściwie bez przerwy. A jak przestają, zaraz dzieje się coś, co każe im na nowo pamiętać. Czasami jest to bardziej przekonujące, jak wtedy, gdy bohater zagląda w okna dawnego mieszkania dziadków i zastanawia się nad tą przestrzenią (wszak teraz zamieszkują ją ktoś inny). Czasami mniej, kiedy kolejne przypadkowe spotkanie każe na nowo rozdrapywać stare historie, które nie mają nie tylko happy, ale w ogóle żadnego wyraźnego endu.

 

Szkoda by było nie wykorzystać okazji, więc wpis ilustrują zdjęcia dawnego Universamu „Grochów” (źródło).

 

Obrazki z „Mikrotyków” są więc trochę jak ten wdychany z lubością przez narratorów i bohaterów dym papierosowy. Snują się w powietrzu, trudno się uwolnić od ich sugestywności, ale – zaznaczam dla porządku – nie wszystkie są równie udane i nie wszystkie wpasowują się kompozycyjnie w całość. Momentami nawet miałam wrażenie, że jeden czy dwa obrazki powstały przez sklejenie ze sobą kilku mniejszych. Nie będę jakoś bardzo narzekała na to, bo efekt nie jest zły, można też próbować go bronić (to koty wchodzą tam, gdzie chcą, najbardziej spójna narracja się przed nimi nie obroni!). W ogóle odnoszę wrażenie, że z całym tym tomikiem trochę tak jest. Zostawia dobre wrażenie, niektóre obrazki zapadają w pamięć na dłużej, obserwacje są trafne, aczkolwiek jako całość – no właśnie, zastanawiam się, w jakim miejscu się znajduje?

Wspominałam o tym, że waham się, co powiedzieć o kompozycji. Bo, przyznaję, nie wiem. Nie wiem, w jaki sposób – i czy w ogóle – „Mikrotyki” składają się w całość? Jeśli tak – w jaką? Owszem, mają spoiwa, które je łączą. Narratorów możemy czasami ze sobą utożsamić, choć jest ich w tym obrazkowym świecie kilku; Sołtys z chęcią oddaj zresztą głos rozmaitym postaciom i ten wielogłos niesie się nad wypełnionym papierosowym dymem i często gorzkimi wspomnieniami Grochowem. Ale otwierające zbiór opowiadanie (obrazek?) „Znałem faceta” obiecuje coś więcej. A tymczasem okazuje się wstępem do takiego błądzenia po dzielnicy, pamięci i niewykorzystanych możliwościach. Aż chciałoby się więcej, bo widać, że autora na to stać. Jestem, przyznaję bez bicia i wymuszania, fanką muzycznej twórczości autora, cenię sobie jego teksty – i doszukiwałam się też takich zapadających na długo w pamięć fraz w „Mikrotykach”. A z tym jest różnie.

 

(źródło)

 

Trochę dlatego, rzecz jasna, że piosenka wymusza pewną zwięzłość, obrazek – niekoniecznie. Nawet jeśli jest tylko „mikrotykiem” i służy do takiego upojenia się pomalutku niewielką dawką „czegoś”. Tego „czegoś” jednak niekiedy brakuje. Owszem, niektóre sformułowania są bardzo dowcipne, inne fantazyjnie powyginane, ale jeszcze inne są takie, że zgrzytają. Porównałabym to do oglądania przeklinających na scenie aktorów. Nie wiem, czy macie czasami podobne odczucia w teatrze, ale ze sceny dość trudno naturalnie się przeklina i niewielu wykonawców to umie. Także oglądamy sobie spektakl, zlatuje do naszych uszu jakaś wszetecznica i czujemy za nią tę deklamację, frazę i dwieście lat tradycji, a nie czujemy, żeby ona faktycznie służyła czy to naturalności języka, czy funkcji, którą ma akurat spełniać w tekście. Akurat z tym przeklinaniem mi się skojarzyło, bo to, co Sołtys często chce osiągnąć, to czułość wpisana w przemoc. Czułość wspomnienia o jakimś „dawniej”, które przy bliższym poznaniu okazuje się światem dość jednak paskudnym, w którym każe się rybce akwariowej zdechnąć, byleby odegrać się na koledze.

Także tak to z mojej strony wygląda. Z chęcią przegadam, jak zawsze, wrażenia z lektury. Jak Wam podobały się „Mikrotyki”? Może macie swój pomysł na to, czemu ten zbiorek tak wygląda?

A swoje wrażenia z lektury prezentowali także Mniej niż 100 słów i Osiński.

10 Replies to “Ktoś gdzieś jakoś albo o „Mikrotykach” P. Sołtysa”

  1. Nie wiem, czy to wpływ Twojej recenzji (i tego, w jaki sposób opisałaś tę książkę), ale wydaje mi się, że ten zbiorek ma w sobie jakiś taki klimacik, który może mnie zainteresować. Już nawet sam tytuł wywołuje we mnie pozytywne skojarzenia, jest taki… sympatyczny? swojski? I cała ta książka wydaje się taka „domowa”. Nie wiem, czy to właściwe wrażenie i pewnie jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać – przeczytać. Szczególnie zachęcająco brzmi motyw książek i te wspominki. Poza tym spodobało mi się Twoje porównanie z dymem papierosowym – same nie wiem, dlaczego, ale chociażby przez to porównanie bym sięgnęła po „Mikrotyki” – żeby porównać wrażenia.

    1. Klimat zdecydowanie w tym zbiorze jest, więc cieszę się, że udaje się to wyczuć nawet z wpisu :-). Czy książka jest „domowa” – tego nie wiem, ja bym jej tak nie nazwała, bo owszem, wszystko dzieje się zasadniczo w obrębie jednej dzielnicy i powoli obserwujemy zmiany, jakie w niej zachodzą (czy właściwie jak to wygląda z perspektywy pamięci narratorów i bohaterów), ale ta „domowość” jest tutaj dwuznaczna. Bo to wcale nie jest taki przyjemny świat jednak, zwłaszcza odarty z melancholii, która towarzyszy osobistym wspominkom. A lekturę własną, jak zawsze, polecam, z chęcią też potem przegadam wrażenia :-)!

  2. Jejku, zaczynam bać się tej książki. Najpierw „Mikrotyków” nie chciałam w ogóle czytać, potem zapragnęłam strasznie. A teraz po każdej recenzji zupełnie zmienia się moje wyobrażenie o nich. Jak żyć, skoroże w najbliższych miesiącach raczej ich nie kupię? 🙁

    1. Zapisać się w kolejce do biblioteki, a ta na nowości zwykle bywa długa – rekomenduję ten sposób, zazwyczaj wtedy docieram po wielu miesiącach do książki, ostyga mój zapał, wygasają nieco oczekiwania i można podejść z chłodniejszą głową do lektury ;-).

  3. No, proszę, też o tym pisałam, choć mniej szczegółowo. Osobiście uwielbiam tę książkę. Z tym przeklinaniem to bym się nie zgodziła. Moim zdaniem autor jednocześnie siedzi w literaturze (studia filologiczne wymuszają) i w tzw. życiu, o to się bardzo ładnie u niego spotyka. Nie dam złego słowa powiedzieć :))

    1. No właśnie miałam wrażenie, że owszem, spotyka się, ale czasami się mija. W „Hrabalu” dialogi z kapelusikiem to jest mistrzostwo – w opowiadaniu o profesorze Kruku czasami z kolei dialogi między bywalcami kuleją, robi się jakoś za bardzo papierowo. Miałam wrażenie, że to jest coś, co ktoś mógłby, owszem, powiedzieć, ale niekoniecznie by powiedział w tak zaprojektowanym wszechświecie. I z tym przeklinaniem miałam podobnie: czasami pasowało jak ulał, czasami brzmiało jak ze sceny. Stąd moje sarkanie na pewną nierówność tutaj, chociaż nie będę się biła, lektura sprawiła mi sporo przyjemności. A jeszcze dodam, co do Twojego wpisu: dla mnie „Paszporty” są trochę taką nagrodą zachęcającą bardziej niż nagrodą „za” czy „w uznaniu”, ale szczerze mówiąc nie wiem, czy tak jest, czy tylko tak ją sobie wyobrażam ;-).

      1. Hm… Nie wiem, mnie zupełnie nic tam nie zgrzytało albo może jak się głębiej zastanowię, to może i zgrzytało, ale byłam tak zauroczona ogólnym klimatem i typem wrażliwości autora, że pewnie mu puszczałam płazem te zgrzyty.
        A z „Paszportami” to pewnie masz rację, choć w ogóle nagrody literackie to jest temat na osobne rozważania, które może kiedyś nastąpią 🙂
        Pozdrawiam i dziękuję raz jeszcze za przedstawienie mnie światu 🙂

        1. Myślę, że to może być kwestia sposobu czytania też: to znaczy u mnie „Mikrotyki” trafiły akurat na taki czas, że nie miałam go za wiele i tak tu uszczknęłam jeden obrazek, tam drugi, powoli, więc chociaż klimat i mnie zauroczył, nie połknęłam całości na raz — jak bym pewnie zrobiła normalnie — i tu i ówdzie te zgrzyty miały szansę się pojawić, bo wtedy byłam bardziej wyczulona.

          Polecam się :-).

  4. Nie interesowałam się specjalnie tą książką, ale, kurczę, naprawdę jest tam tekst zatytułowany „Hrabal”? Dobrze, że mówisz, w takim razie kupuję! 🙂

    1. Ha, ha, jest :-). I to jest w ogóle chyba moje ulubione (dementuję plotki, że wyłącznie ze względu na tytuł) opowiadanie. Bo inspirację widać, ale nie jest nachalna. No, ale już nic nie mówię, sama zobacz i wtedy porównamy wrażenia :-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.