Jednym kliknięciem albo kto pojawia się w domenie publicznej w tym roku?

Wraz z początkiem nowego roku do domeny publicznej przechodzi zawsze „coś”, a właściwie czyjeś dzieła. Oznacza to, że mogą zostać opracowane i udostępnione za darmo szerokiej publiczności – postanowiłam sprawdzić, jak wyglądają na dzisiaj zasoby dzieł pisarzy i pisarek, którzy zmarli w 1947 roku i tym samym od 1 stycznia „przeszli do domeny publicznej”. Brzmi niemal jak rodzaj drugiego „przejścia na łono Abrahama”, a w gruncie rzeczy idzie raczej o drugie życie ich dzieł.
 
Jak policzyć, co znajdzie się w domenie publicznej? W Polsce są to utwory pisarzy, którzy zmarli 70 lat wcześniej, z – jak pisze Fundacja Nowoczesna Polska, tłumacząc to dużo przejrzyjściej ode mnie – efektem na koniec roku kalendarzowego. Dlatego liczymy osoby zmarłe w 1947 roku, a nie 1948, co dawałoby od razu „okrągłą” liczbę. Pojawiają się zwykle pewne kontrowersje (wspomnijmy przypadek Disneya) – wszak wejście do domeny publicznej nie oznacza, że danego pisarza nikt już nie będzie wydawał, bo jest dostępny „za darmo”, trzeba też pamiętać, że takie dzieło wiąże się często z tłumaczeniem (a ono wchodzi z kolei do domeny publicznej – przynajmniej w Polsce – w momencie upłynięcia 70 lat od śmierci autora przekładu), ilustracjami (jak wyżej) i innymi kwestiami. Stąd też zawsze najłatwiej się cieszyć tam, gdzie znamy język oryginału i bez trudności możemy się od razu z początkiem roku rzucić na tak udostępnione dzieło.
Tymczasem w przypadku przekładów pozostaje nam albo szperanie wśród tych równie, co dany utwór, starych albo poznawanie dzieła co prawda dostępnego publicznie, ale ze słownikiem. Zacznijmy więc może od polskich twórców. Możemy zapoznać się teraz swobodniej z utworami Julii Duszyńskiej i Wolne Lektury od razu na początek roku przygotowały dla potencjalnego czytelnika jej „Cudaczka Wyśmiewaczka”. Od razu się Wam przyznam: jak ja nie lubię tego utworu! Ale co też Ty powiadasz, Pyzo, na samym niemal początku wpisu, i to mającego zachęcać, takie wyznanie? No, ale co ja zrobię. Zmora mego dzieciństwa dostępna jest teraz wszem i wobec i niewiele Was może powstrzymać przed ściągnięciem go na własny czytnik/tablet/telefon. Chyba własna trauma.
Za to kolejny polski autor zmarły w 1947 roku, Ludwik Wiszniewski, to już inna para kaloszy. Co prawda takiego utworu sautée do pobrania jeszcze w sieci nie znalazłam, ale funkcjonuje strona poświęcona przepięknym, klasycznym wydaniom jego dzieł. Możecie tam przypomnieć sobie, o jakie książki chodzi, bo zapewne się z nimi zetknęliście albo we własnym dzieciństwie, albo eksplorując zasoby filii dziecięcej biblioteki, albo podtykając własnym latoroślom wydaną polską klasykę dla dzieci.
Po sąsiedzku, za Olzą, do domeny publicznej trafiają utwory Josefa Čapka. Brat Karla, którego na pewno kojarzycie (a który już w tejże domenie jest od dawna, zmarł bowiem jeszcze przed II wojną światową), a który był również malarzem, pisał jednak także wraz z bratem przeróżne utwory, a także wiersze. Najbardziej znane są chyba ich wspólne bajki (o słowie „robot”, które raz przypisuje się Karlowi, raz Josefowi, nie wspomnę) – tutaj znajdziecie „Dziewięć bajek”, gdzie zazwyczaj dodaje się „jedną od Josefa”, co prawda po czesku, no ale jednak do ściągnięcia jednym kliknięciem. Z tym bratem Čapkiem i jego datą śmierci sprawa jest o tyle skomplikowana, że zmarł w obozie koncentracyjnym w Bergen-Belsen, niedługo przed jego wyzwoleniem. Ponieważ nie znaleziono ciała, datę śmierci ustalił sąd – ostatecznie artysta został uznany za zmarłego dopiero 30 kwietnia 1947 roku. Chociaż data 1945 również się pojawia. Dzięki Wikipedii znajdziecie również on-line najsłynniejsze bodaj dzieło Josefa Čapka, przez niego także ilustrowane, czyli „Opowieści o piesku i kotce” (również po czesku, ale za to możecie obejrzeć ilustracje, plus obiecana jest digitalizacja całości, więc jest na co czekać!).
A jak jesteśmy przy literaturze dziecięcej – wychodzi na to, że w 2018 roku wielu autorów lubujących się w tym typie czytelnika zjawia się nam w domenie publicznej – to od 1 stycznia możecie spokojnie czytać w oryginale przygody doktora Dolittle, bo Hugh Lofting również zmarł w 1947 roku. Na portalu Gutenberg dostępne są już e-booki. Sama jestem szczerze mówiąc ciekawa, jak wypadłaby konfrontacja po latach z tym światem przedstawionym, bo ostatni raz zaglądałam tam w okolicach wczesnej podstawówki; bardzo mi się wtedy podobało, ale było to na tyle dawno, że może fajnie byłoby przekonać się, jak byłoby teraz? W oryginale i również za pośrednictwem portalu Gutenberg można się zapoznać z „dziewczyńską” literaturą w wykonaniu jednej z jej klasyczek, Angeli Brazil. Przyznaję szczerze i bez bicia, że jeszcze nie miałam do czynienia z jej twórczością, ale od roku podziwiam piękne wydania jej książek na Instagramie i ostrzę sobie zęby na lekturę. Zwłaszcza że powieści rozgrywające się w szkołach dla dziewcząt z internatem to brzmi jak coś wymarzonego dla mnie. Czy ktoś może już się zapoznał i poleciłby którąś na dobry początek?
I jeszcze na koniec dwóch klasyków grozy zmarłych w tymże 1947 roku. Jednego co prawda już całkiem sporo było na stronach Gutenberga wcześniej, jeśli mnie pamięć nie myli, a mowa o Arthurze Machenie. Miałam okazję czytać kilka jego opowiadań i sugestywny klimat, budujące grozę niedopowiedzenia, a i literacki wpływ na późniejszych autorów przypadł mi do gustu, zapewne więc tę literacką znajomość będę kontynuowała. Z kolei z utworami Matthew Phippsa Shiela nie miałam jeszcze przyjemności, a tutaj możecie je pobrać na swoje czytniki. Podobno to autor pierwszego science fiction osadzonego w przyszłości (wiadomo, że z tym „pierwszym” bywa zwykle różnie, niemniej tutaj znajdziecie tę powieść, „The Purple Cloud”, i możecie sami sprawdzić, ile jest w tym prawdy i czy Stephen King faktycznie inspirował się nią pisząc „Bastion”; ja wciąż, jak wiadomo, boję się sprawdzić i zacząć Kinga czytać).
A więcej (i w bardzo przystępny sposób) o domenie publicznej, tym jak to wszystko działa i kogo jeszcze znajdziemy w „roczniku 2018” możecie poczytać na stronach „The Public Domain Review”. Tam też znajduje się „rocznikowe” zdjęcie części autorów (autorów, bo nie tylko pisarzy). Sprawdźcie sami, co Wam będę odbierała przyjemność. A do wpisu zainspirowała mnie Olga i jej notka o klasykach grozy dostępnych właśnie za pośrednictwem wolnej domeny, która dwa dni temu świętowała swój dzień. Zacnie jest zatem, choćby z poślizgiem, go uczcić! Zamierzacie powtórzyć sobie którejś z tak dostępnych od kilku dni dzieł? Albo zapoznać z pisarzem/pisarką, której wcześniej nie znaliście, a zmarł/a właśnie w 1947 roku?

22 Replies to “Jednym kliknięciem albo kto pojawia się w domenie publicznej w tym roku?”

  1. O, ja czytałam po latach Doktora Dolittle (po angielsku w dodatku) i się zawiodłam 🙁 To jednak książka z pewnymi naleciałościami epoki, w której została napisana, i choć jako dziecko nie zwracałam na to uwagi, tak gdy czytałam ją jako osoba dorosła bardzo mnie kłuło nazywanie Murzynów "czarnuchami" ("nigger") i pokazywanie, z lekceważącym śmieszkiem, jak to są głupsi nawet od papugi doktora 🙁

    Jakbyś była ciekawa, tu całość moich narzekań: https://tanayahczyta.wordpress.com/2017/01/30/the-story-of-doctor-dolittle-h-j-lofting/

    1. Przeczytałam i powiem Ci, że mnie zasmuciłaś. Niewiele, naprawdę, pamiętam z całej serii (oprócz tego, że w bibliotece mojej podstawówki była dość rozkompletowana i że czytałam ją totalnie nie po kolei, przez co nie załapałam do końca chronologii wydarzeń), ale to, co piszesz, nie napawa mnie ani przesadnym optymizmem, ani zwiększoną chęcią na szybką powtórkę. Chociaż przetrwałam nie tak dawno solidną powtórkę "W pustyni i w puszczy", więc jestem zaprawiona w śledzeniu wątpliwych, hm, uroków epoki ;-).

    2. No tak, zawsze to niezła wprawka ;D Ugh, nie lubiłam tej książki (tj. "W pustyni i w puszczy"). A co do Doktora Dolittle, ja się sama zasmuciłam, bo bardzo lubiłam tę historię w dzieciństwie. Tyle tam było fajnych przygód, no i te zwierzęta! Ale niestety 🙁 Zestarzała się, tak jak pisze Zacofany w lekturze. Wielka szkoda.

  2. Hugh Lofting zestarzał się okropnie, pomijając kwestie, o których napisała Karolina, to jest jednak mało dynamiczne jak na dzisiejsze dzieci. Tłumaczenie Mortkowiczowej trąci myszką, może w oryginale się chociaż styl by obronił. Moja Młodsza córka jednak przeczytała trzy części, więc może nie jest tak źle.

    1. A podobno szykują ekranizację z Robertem Downeyem Juniorem, ciekawa jestem, jak zaadaptują materiał wyjściowy w takim razie. W sumie najbardziej ciekawa jestem właśnie języka oryginału, czerpię jakąś dziką przyjemność z wracania do literatury obcojęzycznej czytanej w dzieciństwie w przekładach i przekonywaniu się, że teraz to ja już wszystko (no… ;-)) rozumiem.

    2. U nas robili z tego teatr telewizji, bez szału, o ile pamiętam. Niestety facet przebrany za psa zawsze będzie facetem przebranym za psa. Widziałem, szczęśliwie tylko kawałki, nader luźnej adaptacji z Eddiem Murphym, jakiś koszmar to był.

    3. Niby tak, ale magia teatru (nawet i teatru telewizji, toż to właściwie osobne medium) działa ;-). Z adaptacji z Eddiem Murphym pamiętam tylko, że porozumiewał się z koniem za pomocą machania nogi, generalnie widać fabuły skupione wokół próz Loftinga nie zostają mi za bardzo w pamięci ;-).

    4. Bo za wiele to się tam nie dzieje 😀

      1. KOmentarz próbny 😛

        1. Chyba działa w takim razie…? 🙂

          1. Działa. I subksrypcja też działa. To teraz możesz wyrzucić te komcie 😀

          2. Czyli chyba po prostu rozpoznaje każdą osobę jako nową, potem już nie wymaga moderacji :-). Nie będę wyrzucać, niechaj zostaną jako świadectwo przenosin! 😀

            1. Skoro tak, to niech Ci się dobrze mieszka na nowym 🙂

              1. Dziękuję! 🙂 Niech się dobrze bywa na nowym!

                1. W to akurat nie wątpię 🙂

  3. Też czytałam o doktorze i jego zwierzętach, bodajże w 2016, bo Znak coś wznowił i przy okazji sobie odświeżyłam:) Coś chyba nawet w wersji audio. Nie czułam ekscytacji równiej tej zapamiętanej w czasów dzieciństwa, owszem – raziły pewnie określenia i uproszczenia wynikające z epoki, ale gdy się o tym pamięta, to lektura może okazać się nie takim rozczarowaniem jak się może wydawać (bo już "Dzieci kapitana Granta" tak).
    Pozostałych nie znam, ale dziękuję za podpowiedź czeską; mamy w tym roku w mieście dni polsko-czeskie i my bibliotecznie się włączamy; każdy Czech na wagę złota:)

    1. Może właśnie skutecznym remedium na rozczarowanie jest pamiętać o kontekście epoki, a nie dać sobie przysłonić początków lektury mgiełką sentymentu? Wtedy może faktycznie człowiek jakoś się mniej rozczaruje, a i sensowniejsze treści może wyciągnąć z takiej książki?

      Zawsze z chęcią podpowiem, w sprawach czeskich na szczęście w literaturze nie tylko sporo się u nas dzieje, ale i starszych przekładów trochę jest. A twórczość obu braci Čapków jest wspaniała, jestem fanką i ogromnie rekomenduję :-).

  4. Smuteczek z Doktrem… Ale domena publiczna to świetna sprawa i na pohybel wszelkim Disneyom! Ja właśnie zaczynam czytać "Na srebrnym globie" Żuławskiego i posiłkuję się cudnym epubem.

    1. Myślę, że Disney też w końcu jakoś do niej trafi, że tak rzeknę nieco górnolotnie, to przyszłość ;-). A „Na srebrnym globie” jeszcze przede mną, chociaż przyznaję od razu, to jeden z dubletów, które mam akurat w papierze.

  5. I dlatego pewnie kolejny Machen ukaże się w Bibliotece Grozy na przełomie stycznia/lutego tegoż roku 🙂
    pozdrawiam
    tommy z samotni

    1. Bardzo jestem ciekawa, ale od razu dodam, że nie skończyłam jeszcze tego zbioru opowiadań, gdzie znajduje się „Wielki Bóg Pan”. Wszystko przede mną, nie będę narzekała na nadmiar :-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.