Wesoła kompania albo o „Ivanhoe” W. Scotta (Pikniki z Klasyką #33)

Sięganie w grudniu
po powieści Waltera Scotta było moim zwyczajem w latach szkolnych,
na różnych szczeblach edukacji, i tak sobie powoli przez twórczość
autora podróżowałam. Ale od wielu lat zaniechałam tego zwyczaju –
a niesłusznie, jak pokazuje przykład grudniowej lektury „Ivanhoe”.

Jeśli macie ochotę
na podróż sentymentalną po „starej Anglii”, gdzie pamięć o
normandzkim podboju saskich królestw wciąż jest żywa, dzielny
król Ryszard Lwie Serce wracając z krucjaty został podstępnie
uwięziony, a krajem rządzi jego nieudolny brat Jan zwany Janem bez
Ziemi, gdzie po lasach kryć się muszą uczciwi ludzie, bo zmusiły
ich do tego drakońskie prawa (na szczęście zawsze można wziąć
ze sobą łuk, jak niejaki Locksley), gdzie trafi się czasem jakiś
w teorii pobożny, w praktyce zaś nieco mniej pustelnik, a do tego
dzielni rycerze stają w szranki o honor niewiast, za każdym rogiem
czai się podstępny templariusz, a przy tym kwitnie podstęp,
nienawiść i antysemityzm, żeby zrównoważyć cały ten blask i
splendor uromantycznionego średniowiecza. O tym właśnie jest
„Ivanhoe” i nadal doskonale się to czyta.
Scott
zresztą stosuje bardzo ciekawy zabieg: niby buduje tajemnicę („kim
jest Czarny Rycerz?”), ale wcale nie chce nas zaskakiwać,
wystarczy mu, że zdziwią się bohaterowie – dla nas, czytelników,
te tajemnice są dość przejrzyste od początku do końca. To
taki specyficzny rodzaj narracji, przypominający poklepywanie po
ramieniu – spokojnie, przecież wszyscy tak naprawdę znamy tę
historię i to, kto w niej odegra jaką rolę. Nie ma się czym
przejmować, można czerpać przyjemność z lektury i nie stresować
się.

Właściwie
chciałam w trakcie tego pikniku zwrócić uwagę na dwie rzeczy w
„Ivanhoe”: na humor i na sposób, w jaki Scott oddaje epoce, co
jej. Jeśli chodzi o humor,
to jest on w powieści zasadniczo obecny za pośrednictwem postaci,
po której niewielkiej jego ilości oczekiwałam. Tak jak
wspomniałam, Scott rozpisuje fabułę tak, by pod spodem znanej
wszystkim mniej więcej rywalizacji Ryszard – Jan znalazła się
jeszcze rywalizacja między potomkami Sasów a Normanów, którzy
zdobyli Wyspę. Sasi (Saksonowie, właściwie nie wiem, czy to są
synonimy, ale pozwólcie mi od czasu do czasu wymieniać jedno na
drugie) cały czas liczą, że może uda się wywołać konflikt,
który przywróci im należne miejsce w hierarchii – teraz dość
niskie. Okazuje się, summa
summarum
,
że ta droga zda się na nic: trzeba się zasymilować z tymi, którzy
dokonali podboju. Niemniej Cedryk, ojciec tytułowego bohatera, wciąż
liczy, że potomek Edwarda Wyznawcy, Athelstan, zasiądzie kiedyś na
tronie. Scott, co ciekawe, właśnie Athelstana, czyni postacią
komiczną. Nie dość, że w końcowej sekwencji Athelstan okazuje
się grać zupełnie inną rolę, niż zdawałoby się czytelnikowi
gdzieś tak od połowy (no więc dobrze, Scott czasem zaskakuje!), to
w dodatku – choć dzielny i z sercem zasadniczo po właściwej
stronie – jest żarłoczny i myśli przede wszystkim o jedzeniu.
Większą krzywdą historyczną okazuje się bowiem zła proporcja
czosnku w zupie, otrzymywanej w lochu, niż cierpienia saksońskich
mieszkańców Wyspy.

Może
dziwi Was, że nie piszę za wiele o samym Ivanhoe, ale co ciekawe,
ci główni bohaterowie powieści właściwie przez większą część
czasu… nic nie robią. Wilfryd Ivanhoe głównie leży ranny albo
jest więziony, jego ukochana Rowena zaś albo jest przymuszana do
małżeństwa przez kolejnych kandydatów – na co dumnie odpowiada,
że nie, nie skorzysta – albo, no cóż, jest więziona. Scotta
chyba też nie tak znowu bardzo obchodzą główni bohaterowie (można
więc zapytać, czy faktycznie są główni?), bo dużo ciekawsze
rzeczy rozpisuje na postaci tła. Przede
wszystkim warto tu wspomnieć o Rebece i jej ojcu, Izaaku. Scott,
chociaż ma tendencję do idealizowania epoki i jej historycznych
bohaterów (no lubi on Ryszarda, choć widzi i jego wady), to nie
chce wcale przedstawiać jej jako wspaniałego momentu w życiu
świata, wolnego od krzywd, przesądów i nierówności. Do tego
służy mu właśnie wątek
żydowski
.
Kumuluje się w nim wszystko, co w ludzkości w ogóle najgorsze:
Rebeka i Izaak są pogardzani przez swoje wyznanie – przy czym
Scott wkłada im w usta słowa wyjaśnienia wskazujące na to, że ta
pogarda jest umocowana głównie na przesądach, bo korzenie judaizmu
i chrześcijaństwa są wspólne, a to, że ktoś urodził się takim
a nie innym człowiekiem nie przesądza jeszcze o tym, kim jest.
Izaaka
Scott odmalowuje co prawda w mniej różowych barwach niż Rebekę –
ta jest najbardziej chyba idealną postacią w powieści – bo w
równym stopniu co o dobru córki, każe mu myśleć o interesach.
Ale to, co najciekawsze w tym przypadku również dzieje się w
jeszcze dalszym tle. Zwróćcie uwagę, co autor tam robi: nie ma tu
postaci, które – choćby ich motywy zrodziły się z porywu serca
– nie będą psioczyć w pewnym momencie na to, że zostały
„zaczarowane” i wykorzystane. Świetnie,
a w prosty sposób, Scott pokazuje, jak łatwo płomienne
zobowiązania zmieniają się w gorycz, kiedy nie otrzymuje się
tającej się na dnie serca nadziei na „jakąś” zapłatę. 
Ale
od przesądów nie są wolni i bardziej pierwszoplanowi bohaterowie.
Ivanhoe zdaje się bardziej ciągnąć ku Rebece niż ku swojej –
jakbyśmy dzisiaj powiedzieli – high
school sweetheart
Rowenie,
ale kiedy zdaje sobie sprawę, że jest Żydówką, jego uczucia
muszą osłabnąć. Pod
tym względem ciekawiej wypada złowrogi aż do przesady niekiedy
Brian de Bois-Gilbert, templariusz, który szaleńczo zakochuje się
w Rebece (przyznaję, że najbardziej kojarzył mi się on z postacią
graną przez Ralpha Finnesa w „Liście Schindlera”). I u niego
możemy oglądać tę opisaną powyżej przemianę uczuć – bo w
świecie Scotta każdy liczy na „coś”, a kiedy to „coś” nie
przychodzi, największe emocje zmieniają swoje zabarwienie – ale
przy tym zdąży on wygłosić sporo zdań wskazujących na to, że
własna historia nauczyła go, jak niewiele sensu ma trzymanie się
hierarchii ustalanych przez feudalne społeczeństwo, miejsce
urodzenia, wyznanie i tym podobne. W końcu zwycięży umiejętnie
podsycana przez złych doradców duma, ale Bois-Gilbert zdąży kilka
ciekawych kroków na powieściowej scenie uczynić.
Scott
bardzo fajnie podszedł też do materiału legendarnego, który
wykorzystuje. Locksley, dowódca wesołej kompanii kryjących się po
lasach zbójców, to w końcu nikt inny jak Robin Hood – autor wie,
że czytelnik to wie, i bawi się tym motywem przez jakiś czas.
Ostatecznie pokazuje, kto pod jakim imieniem przeszedł do legendy, a
on sam mami nas jeszcze jakimiś pozorami historyczności. Bo właśnie
tak działa proza Scotta: w detalach odmalowuje pewien obraz
średniowiecza, taki, jaki chcielibyśmy oglądać. Piękne damy,
dzielni rycerze, fascynujące turnieje (chociaż autor nie omieszka
dodać, że żądza oglądania mordujących się na arenie ludzi jest
w człowieku każdej epoki dość uniwersalna), monarchowie
knujący przeciwko monarchom, stroje takie a śmakie – ale to
wszystko jest pewnym tłem na procesów, które autora zdają się
interesować znacznie bardziej, a i bardziej są powszechne niż
mogłoby się wydawać. Może w tym tkwi cały czas siła tej prozy?
Że pokazuje pewne zjawiska nadal występujące, a przy tym ubiera je
w starannie udrapowany, historyczny kostium? Nie udaje, a jest?
***
Koniecznie
zobaczcie, co na temat „Ivanhoe” napisała Tarnina (klik!), a ja
zachęcam Was do dyskusji – dzisiaj tutaj. Jeśli jesteście
ciekawi, czy zaplanowałyśmy na nowy rok jakąś lekturę, którą
od dawna mieliście w planach i może chcieliście o niej
podyskutować, zajrzyjcie do zakładki „Pikniki z Klasyką”
(klik), a tam znajdziecie nasze wspólne plany na kolejne miesiące.
W styczniu, na ten przykład, spotykamy się wokół „Bostończyków” Henry’ego
Jamesa. Do zobaczenia!

17 Replies to “Wesoła kompania albo o „Ivanhoe” W. Scotta (Pikniki z Klasyką #33)”

  1. A ja czytając "Ivanhoe" doszłam do wniosku, że to jedna z jego gorszych powieści (taką mam nadzieję, bo przyznam się, że dotychczas jeszcze żadnej nie przeczytałam, ale Waverley już czeka w kolejce). Ciekawa pod pewnymi względami, ale i bardzo trącąca myszką i wielu kwestiach pozostawiająca niedosyt.

    Pozytywnie zaskoczył mnie humor. Ot, chociażby ta scena, kiedy Czarny Rycerz, okrzyknięty na turnieju Próżniakiem odwiedza chatką pustelnika. Albo potomek dumnego królewskiego rodu, który nijak nie odpowiada naszym oczekiwaniom stawianym potomkom dumnych królewskich rodów, o czym napisałaś wyżej. W ogóle wielu bohaterów nie odpowiada naszym wyobrażeniom i to też jest ciekawe: Scott większości z nich nie idealizuje (wyjątkiem Rebeka) i wprowadza do ich obrazu coś, co ten obraz łamie. Z drugiej strony mam wrażenie, że ten rodzaj humoru lepiej wypadłby w kinie, w powieści trzeba mocno uruchomić wyobraźnię, żeby go docenić.

    1. Ja się zgadzam, że dzisiaj już się tak nie pisze i przez to Scott może się wydawać staroświecki. Ale z drugiej strony bardzo odważnie podejmuje tematy, na które i dzisiaj niechętnie się patrzy (cały wątek Rebeki i Izaaka). Przy czym nie zgadzam się z tym, o czym piszesz u siebie, że czytelnik zostaje bez komentarza — Scott osadza całe zjawisko antysemityzmu w epoce, ale wyraźnie je krytykuje, daje sporo uwag odautorskich, które pokazują, że traktuje je wyraźnie negatywnie, ale przedstawia tak, a nie inaczej, bo tak to wyglądało w epoce.

      Wiesz, że miałam podobne przygody z poszukiwaniem swojego egzemplarza? Również był w dziale dziecięcym i zupełnie nie wiem, dlaczego, bo jednak co by nie mówić, to nie jest właściwie powieść dla dzieci. Ale może dla nastolatków już tak? Jeśli ich ta pewna staroświeckość nie zniechęci (sama zaczęłam czytać Scotta w nastolęctwie i miał dla mnie urok, więc może…?).

      Ciekawe jest bardzo to, że obie zauważyłyśmy pewną pretekstowość Ivanhoe jako głównego bohatera. Mnie zastanowiło też, że w gruncie rzeczy Ivanhoe to nazwa dóbr, sam bohater ma na imię Wilfryd, z rodu Cedryka, z miejsca zupełnie innego — a o Ivanhoe toczy się spór, bo to takie nadane-nienadane lenno (wiadomo, jak się sprawy z Ryszardem mają). Może to też podkreśla ten aspekt postępującej asymilacji: imię bohater ma saksońskie, przydomek zaś — normandzki?

    2. O tym braku komentarza pisałam w kontekście traktowania tej książki jako literatury dziecięcej/młodzieżowej. Owszem, Scott wielokrotnie zamieszcza komentarze mówiące o tym, że traktowanie Żydów było niesprawiedliwe, a Anglicy wobec nich uprzedzeni. Ale nie to się najbardziej rzuca w oczy, myślę, że dziecko zauważy przede wszystkim, że inni bohaterowie odnoszą się do Żydów z pogardą, nawet bohater będący wzorem cnót nie jest w stanie wznieść się ponad stereotypy. A postać Izaaka odpowiada właśnie takiemu stereotypowemu obrazowi żydowskiego lichwiarza. Ogólnie mam mieszane uczucia wobec przedstawienia tych kwestii, bo wydaje mi się, że osoba skłonna do postawy antysemickiej znajdzie w powieści potwierdzenie swoich uprzedzeń.

      Zgodnie z prawem Wilfryd jest lordem Ivanhoe i dlatego też jest tak nazywany, a nie potrafię powiedzieć, czy Ivanhoe to nazwa saksońska, czy normandzka. W ogóle to przedstawienie kwestii saksońsko-normandzkich wydaje mi się w pewnym stopniu kostiumem dla pokazania tematów bliższych Scottowi, czyli relacji szkocko-angielskich kilka stuleci później.

    3. Z drugiej strony Izaak jest też przedstawiony jako nieszczęśliwy ojciec i ofiara przemocy — na przykład scena szykowania tortur dobrze to pokazuje. Myślę, że Scott nie chciał stworzyć postaci zupełnie kryształowych (może poza Rebeką) i stąd od czasu do czasu wchodzą one w takie stereotypowe koleiny. Ale dobitnie podkreśla, że niemoralne jest takie postępowanie, jakie staje się udziałem bohaterów, więc do do tego potwierdzania uprzedzeń — nie wiem, moim zdaniem nie.

      To na pewno. W ogóle dla mnie to jest właśnie taka powieść-kostium, w której można znaleźć pewne uniwersalne mechanizmy udekorowane akurat lokalnie/czasowo.

    4. Wracając jeszcze na chwilę do antysemityzmu i uprzedzeń w ogóle: Gdyby to była powieść współczesnego autora powiedziałabym, że jest raczej wyrazem poglądów przynajmniej lekko antysemickich, z dodatkiem wstawek czyniących zadość wymogom poprawności politycznej; innymi słowy, każdy wyczyta w niej to, co chce. Z drugiej strony nie można zarzucić Scottowi, że nie starał się przedstawić problemu z obydwu stron. Ale właśnie jeśli książka miałaby trafić w ręce młodego czytelnika, to komentarz ze strony rodzica (właśnie taki komentarz miałam na myśli w swoim wpisie), że nawet najszlachetniejszy bohater może nie być wolny od uprzedzeń swojej epoki, oraz rozmowa na temat uprzedzeń dawniej i obecnie wydają mi się konieczne. Co nie zmienia faktu, że i tak uważam, że dziecko odpadłoby od tej lektury po kilku stronach 😉

      Ale ten kostium jest też raczej baśniowy, Scott chyba nie starał się za bardzo o zachowanie realizmu historycznego, co jeszcze potęguje fakt wplecenia do powieści legendarnych postaci, mam na myśli Robin Hooda i jego kompanię. Zresztą ten wizerunek Robin Hooda, który utrwalił się w kulturze popularnej, wiele mu zawdzięcza. Ale tu muszę wspomnieć, że ten tryb ujawniania tożsamości postaci, który powtarza się w całej powieści, bardzo mnie irytował.

    5. A moim zdaniem Scott uhistorycznia procesy, o których pisze, to znaczy wyraźnie zaznacza "niedolę" epoki, na którą składa się między innymi antysemityzm. W każdym razie tak to odebrałam, bo za każdym razem, kiedy była o tym mowa, narrator to zaznaczał (nie miałam poczucia, że to wynika z jakiejkolwiek poprawności, raczej z potrzeby pokazania, że nie wszystko, co dawne, trzeba podziwiać i cenić — zresztą i leitmotiv powieści, spór normańsko-saksoński też pokazuje, że to, co dawne, wcale nie musi być takie fajne i lepiej skupić się na przyszłości).

      Trochę się chyba starał, żeby było historycznie, dlatego pisze na przykład o pustelniku, który przeszedł do legendy jako braciszek Tuck, albo każe się Robin Hoodowi dość późno ujawnić ;-). Mnie z kolei bardzo bawiło, że Scott wie, że czytelnik wie, więc niespecjalnie się utajemnicza i kryje, ale rozumiem, że to może też irytować ;-).

  2. ja jako 12latek bardzo lubiłem tą powieść i w ogóle scota bo to się zwyczajnie dobrze czytało choć pytanie na ile to zasługa autora a na ile tłumacza 😉

    1. Ha, ha, niesamowite 😉 Mnie się czytało co najwyżej średnio. Najbardziej chyba brakowało mi bohatera, którego losem mogłabym się naprawdę przejąć.

    2. No właśnie mniej więcej w tym samym wieku zaczęłam się zaczytywać Scottem, czyli nie jestem sama ;-).

  3. Bardzo mgliscie pamietam. Ale bawilysmy sie z siostra w Ivanhoe wiec cos tam musialo byc na rzeczy, musialam sie emocjowac strasznie, bo na ogol nie mialam ciagot do tego typu zabaw. Teraz pamietam jedynie ze to mnostwo przygod bylo. I chyba film tez ogladalam, Gina Lollobrigida tam byla mam wrazenie albo inna Claudia Cardinale, taki klasyczny film hollywoodzki przygodowy. Musze odswiezyc, bo takie emocje i zero pamieci fabuly to dosc nietypowe dla mnie.

    1. W "Ivanhoe" faktycznie da się bawić, bo są i turnieje, i zasadzki, i cała galeria barwnych postaci, w które dałoby się wcielić ;-). Filmu nie widziałam, więc się nie wypowiem — inna sprawa, że przyznaję, że z fabułami Scotta mam tak, że trudno mi czasem powiedzieć, co było w której powieści… 😉

  4. "Ivanhoe" nie czytałem, ale "Waverly" był dla mnie przykładem tego, do czego doprowadza przeładowanie lekturami na studiach. Omawialiśmy tę lekturę pod koniec roku, blisko pierwszej sesji (zimowej nie było) i akurat mieliśmy zajęcia połączone dwóch grup. Na około 30 osób byłem jedyną osobą, która przeczytała całą lekturę. Z prowadzącą zajęcia rozmawiał jeszcze mój kolega, który przeczytał część i nadrabiał inwencją.

    W oryginale była to lektura dość wymagająca językowo, ale satysfakcjonująca.

    1. Szczerze mówiąc nie kusiło mnie, żeby przeczytać Scotta w oryginale, ale jak tak o tym piszesz, to może sięgnę po coś w przyszłości po angielsku. Ciekawa jestem, jak też się to czyta i czy przyjemnie :-).

  5. "Ivanhoe" – klasyka mojego dzieciństwa. Do dzisiaj pamiętam wydanie z pięknymi ilustracjami. Czytałam też takie powieści Scotta jak "Rob Roy", "Piękne dziewczę z Perth" i inne. Dzisiaj bym nie zmogła ;)))

    1. W moim wydaniu ilustracje, choć piękne, były nieco rozmyte, chyba oszczędzano na ich jakości — ale i tak miło, że były :-). "Rob Roy" jeszcze przede mną, ale myślę, że się skuszę, może w trakcie kolejnej zimy? Bo moja miłość do Scotta jednak przetrwała, polecam sprawdzić, nigdy człowiek nie wie, jak to jest w jego przypadku ;-).

  6. Ja chyba też czytałam ok. 12 roku życia, może ciut później i podobało mi się bardzo 🙂 Miałam wtedy ogromną słabość do takich historycznych przygodówek i przez kilka lat zaczytywałam się niemal wyłącznie nimi. Dzisiaj nic nie pamiętam z "Ivanhoe", tyle tylko, że oglądałam też serial i kibicowałam Ivanhoe i Rebece, niestety wybrał Rowenę ^^

    1. No cóż, bo Rebeka to zwyczajnie ciekawsza postać, Rowena niewiele chyba obchodziła samego Scotta: była piękna i dumna, ale to właściwie wszystko, co o niej wiemy. Tylko że w takim a nie innym kontekście społeczno-historycznym i bohaterowie, i autor zdają sobie sprawę, że związek Ivanhoe-Rebeka jest niemożliwy. Ale tym ciekawszą postacią wydaje mi się de Bois-Gilbert!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.