W dwugłosie z Niekoniecznie Papierową albo o “Jądrze ciemności” J. Conrada

Nadszedł wreszcie dzień, w którym zapowiadana przez nas dyskusja o “Jądrze ciemności” może się zacząć. Na początek pozwólcie, że oddam głos Karo, a potem sama napiszę kilka słów o moim odbiorze tej książki.

Niekoniecznie Papierowa:Cieszę się ogromnie, że Pyza dała się namówić na wspólne czytanie “Jądra ciemności”, bo nie ma lepszego miejsca na dyskusję niż u niej na blogu. Miałam tę lekturę na liście do przeczytania od lat, właściwie od momentu pierwszego spotkania z Josephem Conradem i “Lordem Jimem”. Zrobili na mnie obaj ogromne wrażenie, więc nie miałam wątpliwości, że muszę sięgnąć po “Jądro ciemności”. A że 2017 rok był poświęcony Conradowi, książka nie mogła dłużej czekać. Przeczytałam. Raz. I drugi. I wciąż nie wiem, co o niej myśleć. Wywołam tym pewnie wielkie oburzenie zagorzałych zwolenników Conrada (o! chrzest bojowy przeszłam już w domu stękając nad lekturą), ale trudno! Na całe też szczęście nie jest to recenzja, z której będę musiała się szczegółowo tłumaczyć, ale raczej kilka uwag, nad którymi będziemy dyskutować w komentarzach. Taką mam nadzieję. Najwyższy czas przejść do rzeczy po tak długim wstępie i bezwstydnym usprawiedliwianiu się.

Lektura “Jądra ciemności” zaskoczyła mnie i to bardzo. Ciężko było mi ją przeczytać. Zwłaszcza za pierwszym razem wersję z Wolnych Lektur w tłumaczeniu Anieli Zagórskiej. Łatwiej i szybciej poszło za drugim razem, z przekładem Magdy Heydel. Nie jestem jednak przekonana, że była to kwestia tłumaczenia, raczej tego, że mogłam się skupić na wybranych szczegółach. Próbowałam więc zrozumieć i wytropić, po co właściwie Marlow płynie do Kurtza? Po niego czy po kość słoniową? Dlaczego uważa, że jest jego przyjacielem skoro praktycznie go nie zna i bardzo krótko ma okazję z nim przebywać? Skąd ten niesamowity zachwyt postacią słynnego agenta wśród innych bohaterów opowiadania? I poległam, bo dalej nie wiem. A może raczej żadna z odpowiedzi, jakie przychodzą mi do głowy nie wydaje mi się wystarczająco przekonywująca. “Jądro ciemności” jest bardziej opowiadaniem o Marlowie, więc w sumie postać Kurtza może być wszystkim i niczym: żywym człowiekiem ale też diabłem, bezlitosnym bożkiem, wytworem wyobraźni a nawet zbiorowym omamem. I czy ma jakiekolwiek znaczenie, po co Marlow do niego płynie?

Mam wrażenie, że Conrad napisał tekst, który jest nie do końca określony i przez to, czy też dzięki temu, otwarty na interpretacje. Każdy może dopasować go do tego, co mu w duszy gra. U mnie w domu teza ta okazała się bardzo kontrowersyjna, więc czekam z niecierpliwością, co Wy na to? Nie zrozumcie mnie też źle, to jedna z największych zalet tego tekstu, sprawiająca, że nie traci na aktualności i pozwala wciąż na żywe dyskusje.

Jest też w “Jądrze ciemności” sporo humoru: niezależnie od tego czy czytałam o buchalterach, czy o księgowych nie mogłam powstrzymać uśmiechu (ten niepasujący zupełnie, ponad miarę zadbany strój); podobne uczucie wesołości wywoływali pielgrzymi (zwłaszcza różowe piżamy wciśnięte w skarpety) czy wręcz slapstickowe sceny jak gaszenie pożaru dziurawym wiadrem. Najbardziej przerażająca wydała mi się natomiast jedna z początkowych scen, gdy Marlow wchodzi do biura Kompanii w grobowcowym mieście. Autor wprost określa dwie kobiece postaci “strażniczkami bramy Ciemności”, chociaż zupełnie niepotrzebnie, już ich sam opis przyprawia o ciarki na plecach.

No właśnie… I tu dochodzę do sedna mojego problemu z “Jądrem ciemności”: nie wywołuje we mnie głębokich emocji (no może poza wspomnianymi wyżej ciarkami), brakowało mi nastroju horroru i wywołanego nim autentycznego przerażenia. Nie mogę znaleźć, mimo dwukrotnej lektury, osobistej więzi z tą książką. I może to kwestia upływu czasu od jej powstania? A może życiowego momentu, w którym sięgnęłam po lekturę?

Podyskutujmy, bo przecież co tam moje osobiste problemy skoro mamy tu poważne rozważania na temat natury człowieka, dobra i zła, a nawet rasizmu, postkolonializmu czy też (a jakże!) feminizmu.

 

***

Pyza:

Chociaż nie wszyscy gustują w takich osobistych „wtrętach” dotyczących czytania, to nie mogę nie wspomnieć na początku o mojej przygodzie z tą powieścią. Jakoś tak się złożyło, że byłam jednym z pierwszych licealnych roczników, dla których przewidziano „Jądro ciemności” jako lekturę: nie pamiętam zupełnie dlaczego czytało się je przy omawianiu antyku, ale pamiętam, że wychodziliśmy z biblioteki dzierżąc dziarsko pod jedną pachą Conrada, a pod drugą „Króla Edypa” Sofoklesa. Obie w dość ubożuchnych, gregowskich wersjach – czytało się to nie najlepiej, niewiele też we mnie z tej pierwszej lektury zostało. Owszem, że Afryka, że Marlow, że statek, że kolonialna przeszłość – to tak. No i okrzyk Kurtza „Zgroza! Zgroza!”, ale to chyba wszystko i niewiele więcej. Pozostawszy więc w duszy ze świadomością, że „Jądro…” to książka ważna, nic specjalnego nie mogłabym o niej powiedzieć bez ponownej lektury. Złożyło się więc znakomicie, że kiedy pokazałam zdjęcie książki w przekładzie Magdaleny Heydel, zakupionej z paczuszką innych powieści (na co złożył się, zwyczajowy w naszym domostwie, dialog z Domownikiem: „Domowniku, Domowniku, a ty byś nie chciał jakiejś książki?”, „A wiesz, od dawna myślałem, żeby sobie sprawić ten nowy przekład Conrada”, et voila), Karo zaproponowała wspólną lekturę.

Ale ad rem. Bo gdyby tak sobie streścić akcję „Jądra ciemności”, to co by nam wyszło? Zaeksperymentujmy. Oto czterech panów w łódce czeka, aż będzie można dotrzeć do portu: dziwaczny, starszy marynarz Charlie Marlow, gawędziarz często nie stosujący puent, pewien dyrektor, pewien mecenas, pewien księgowy. Trzech nobliwych brytyjskich dżentelmenów i nasz marynarz, który uraczy ich jedną z przeżytych przez siebie historii – o tym, jak zdecydował się „zamienić słoną wodę na słodką” i zaciągnął się na wikt mitycznej Kompanii, paskudnego tworu, drenującego ekonomicznie Kongo, gdzie niesławny król Leopold powoli wykańczał swój makabryczny, nieprzemyślany i tragiczny w skutkach plan. Ale Marlow tylko przeczuwa, że coś jest nie tak, więc zaczyna pracę, uzbrojony w doświadczenie i znakomite referencje od ustosunkowanych ciotek, Afryka od początku jednak go przeraża. I to z obu stron: nie wie, jak dogadać się z miejscowymi, a kolonizatorów „białych” uważa za próżnych głupców. Przeraża go samowola, ruina, głupota, z którą styka się na każdym kroku. Puste deklaracje bez pokrycia i chciwość, która na równi z malarią dziesiątkuje zapuszczających się tutaj „białych ludzi”.

Marlow snuje więc swoją historię, aż mija przypływ. Trochę w tym obrazków „z innego świata”, trochę relacji o stanie własnym Marlowa (który jest drugim narratorem, jego historia jest szkatułką w szkatułce, bo pierwszym narratorem jest jeden z nobliwych dżentelmenów, więc patrzymy na wszystko z podwójnym dystansem), ale przede wszystkim – i tu wydaje mi się formalny pies pogrzebany (wiem, karkołomna metafora) – to jest historia o spotkaniu. Z kim? A może lepiej by było zapytać: z czym? Bo widzicie, jeśli podobnie jak ja czytaliście kiedyś „Jądro…”, to pewnie zapamiętaliście, że takich głównych-głównych bohaterów jest dwóch: Marlow, o którym tu już była mowa, i pan Kurtz. Ów cenny agent wielkiej Kompanii, najlepszy pozyskiwacz kości słoniowej (swoją drogą, że to jest właśnie kość słoniowa, ten cenny surowiec pozyskiwany często w barbarzyński sposób, co czyni całość przedsięwzięcia jeszcze bardziej upiorną – nawet jeśli duża część tej kości to skamieliny), mityczny pan opuszczonej przez Boga puszczy, przyciąga Marlowa jak magnes. Pomimo zrujnowanego statku, ataków, podszeptów innych zazdrosnych agentów, ostrożnych ostrzeżeń arlekinowego marynarza – Marlow płynie ku Kurtzowi, bo… No właśnie, to dobre pytanie: bo co? Bo jest ciekawy, co dzieje się na końcu takiej wyprawy?

Wydaje mi się, że jakiejś odpowiedzi dostarcza nam nasz drugi narrator już na początku: kiedy dostajemy frenologa-amatora, ostrzegającego, że Afryka zmienia człowieka. Jak? Czy Kurtz to jest to finalne ogniwo ewolucji „białego człowieka” w takim klimacie? Czemu Kurtz jest potworem: bo walczy w nim chęć sprostania oczekiwaniom Europejczyków o „niesieniu wartości” w głąb afrykańskiego kontynentu z pogardą do osób, których nie uważa się nawet za ludzi? Niewiele o samym Kurtzu wiadomo, ale fascynuje on Marlowa. Magdalena Heydel w posłowiu podsuwa trop, że to dlatego, że jeden jest odbiciem drugiego, Marlow widzi się więc w Kurtzu jak przez (ciemne) zwierciadło. A może są jeszcze inne powody? Może Kurtz ma dostarczyć Marlowowi odpowiedzi na wszystkie nękające go pytania w rodzaju „po co to wszystko, czemu to, do licha, służy” – i tą finalną odpowiedzią jest właśnie „zgroza”? Bardzo podoba mi się też interpretacja Heydel dotycząca ostatecznego kłamstwa, jakie Marlow sprzedaje narzeczonej Kurtza: że jego ostatnimi słowami było jej imię – a jej imienia na kartach książki nie poznajemy. A zatem „zgroza” nabiera kolejnego, jeszcze bardziej upiornego wydźwięku.

Powiem też może – zanim oddam przestrzeń do dyskusji – że dla mnie z kolei „Jądro…” miało bardzo horrorową otoczkę. Wiem już, że Conrad umiał tak pisać i tutaj widać to może jeszcze bardziej. Mrok bowiem prowadzi i ogarnia bohaterów, ciemność spowija belgijskie miasta i kolonie, jest zarówno w kolonizatorach, jak i kolonizowanych, a jest to ciemność wielu odcieni. Strach się w nią zapuszczać – i równocześnie trudno się jej oprzeć.

***

A jak Wasze odczytania „Jądra ciemności”? Czy wracaliście do tej powieści (czy właściwie: opowiadania) Conrada? Czy może lektura jeszcze przed Wami? Jak zapatrujecie się na relacje Marlow—Kurtz, no i o co, według Was, tutaj tak właściwie chodzi? Zapraszamy do rozmowy!

16 Replies to “W dwugłosie z Niekoniecznie Papierową albo o “Jądrze ciemności” J. Conrada”

  1. Czyli pytanie po co Marlow płynie do Kurtza jest jak najbardziej uzasadnione, a już się bałam, że mimo dwukrotnej lektury, coś mi umknęło.

    Fascynuje mnie też tak różny odbiór jeżeli chodzi o klimat opowiadania. Z jednej strony nie mogę zaprzeczyć, że horror i mrok w nim są, z drugiej strony zupełnie ich nie czuję. Przeszedł ten tekst przeze mnie prawie w ogóle bez ciarek i wciąż zachodzę w głowę dlaczego? Znieczuliły mnie inne lektury i amerykańskie filmy? A może to kwestia obu tłumaczeń i trzeba sięgnąć po oryginał?

    A skoro już o tym wspomniałam: ostatnie słowa Kurtza to u Zagórskiej "ohyda", a u Heydel "zgroza" w oryginale zaś "horror". Ciekawe zestawienie.

    1. Bo tam jest, jeśli nic mi nie umknęło, pewien twist. Marlow zostaje zaangażowany do Kompanii, żeby zarządzać tym niewielkim stateczkiem parowym, a wtedy do gry włącza się nagła troska Kompanii o Marlowa, który przestał dawać znaki życia, a co się z tym wiąże, dostarczać kość słoniową. A przez to, że Conrad nie podaje wszystkiego na tacy i chronologicznie, można się zgubić. Przy czym coś, co bardzo mi się spodobało, to to, jak on rozgrywa pojawienie się samej postaci Kurtza. Słyszymy o nim, słyszymy, a potem on się pojawia tuż przed 80 stroną (w moim wydaniu) i umiera przed 90. Niecałe 10 stron faktycznie go "widzimy". Wszystko inne zostaje skutecznie "przefiltrowane" przez to, co opowiada Marlow, jest jak te nieważne pamiątki po Kurtzu, które potem rozdaje.

      Sama jestem ciekawa oryginału, ale jeśli chodzi o "czucie", to moim zdaniem to jedna z najbardziej subiektywnych kwestii. Widzę to po czytaniu starej grozy: czasami czytam coś, co powinno wywoływać ciarki, a nie wywołuje (u mnie), czasami zaś zupełnie irracjonalnie boję się tego, na co inni wzruszają ramionami. Może to podkreślanie mroczności na Ciebie nie zadziałało? A czy którąkolwiek scenę nazwałabyś "straszną"?

      Moim zdaniem ta "zgroza" (zwłaszcza w kontekście "imienia" narzeczonej) pasuje dużo lepiej i ciekawiej oddaje "horror" niż "ohyda". Ale ponieważ nie mam tłumaczenia Zagórskiej na świeżo, trudno mi się też jakoś bardziej kompetentnie wypowiedzieć :-).

    2. Cel podróży jest mocno zakręcony! Zgadzam się, że rozegranie Conrada jest świetnie. Podobnie też jak te przeskoki chronologiczne w opowieści Marlowa, o których pisze Heydel w posłowiu: że o niektórych rzeczach (bądź ich skutkach) dowiadujemy się zanim się wydarzą, a o niektórych dopiero po. I te wtręty jak np. o "tej dziewczynie".

      Najbardziej przerażała mnie scena w mieście ze strażniczkami bram Ciemności. Brr… naprawdę miałam ciarki czytając o czarnym całunie i jak poruszają się po pokoju nie patrząc na Marlowa. Piękny opis angielskiego "creepy"!

      Jak zobaczyłam u Heydel "zgrozę" pamiętając o "ohydzie" Zagórskiej musiałam sprawdzić co jest w oryginale. "Zgroza" pasuje lepiej moim zdaniem. Chociaż zastrzegam, że w oryginale też sprawdziłam tylko ten fragment. 😉

    3. To oczywiście podkręca ciekawość czytelnika, ale też sprawia, że rozmontowanie tego utworu na to, która część chronologicznie wydarza się po której, nie jest wcale takie proste. No właśnie, wtręt o dziewczynie odnosi się według Ciebie do której z kobiet? Bo ja byłam przekonana, że do afrykańskiej narzeczonej Kurtza, ale już nie jestem pewna, czy nie do tej belgijskiej. One są zbudowane na zasadzie kontrastu (nie tylko "rasowego", ale też charakterologicznego: jedna jest silna, druga słaba, jedna wykracza poza konwenans, druga uparcie w nim tkwi). A właśnie, co sądzisz o tym, że to kobiety w "Jądrze ciemności" stoją na straży pewnego kolonialnego modelu społecznego?

      O, zdecydowanie! Cioteczki u bram ciemności (patrz wyżej: kobiety jako strażniczki zastanego, rozkładającego się ładu). Ale i to "ciągnięcie się" krajobrazu wzdłuż rzeki mnie przerażało, bardzo sugestywne. I Marlow wśród umierających robotników. Bardzo mi to przypominało, paradoksalnie (a może nie?) niektóre sceny z "W pustyni i w puszczy". Czytając o Kurtzu, czasami przypominał mi się Linde. Zastanawiam się: przypadkowe skojarzenie, czy można by w tym "pogrzebać"? 😉

  2. Jak myślę o "Jądrze ciemności" to myślę o przeczytabym przeze mnie w tym roku wstrząsającym reportażu Svena Lindqvista "Wytępić całe to bydło", u którego podstaw leży właśnie analiza "Jądra…". Na lekcji polskiego mówiliśmy o tym, jaka ta Afryka nieprzyjazna, jak zmienia człowieka. Lindavist ujął to z zupełnie innej strony. To nie Afryka zmienia człowieka, ale człowiek zmienia się w oddaleniu od Europy. Wyzwolony z norm cywilizacji może robić, co mu się żywnie podoba. Kurtz daje upust całej swojej tłumionej pogardzie dla miejsce, gdzie przyszło mu pracować, i pragnieniu władzy. To spotkanie ze swoją prawdziwą naturą budzi w nim poczucie owej grozy. Podobno kiedy "Jądro ciemności" się ukazało miało dość czytelny wydźwięk antyimperialny i sprzeciwiający się polityce Wielkiej Brytanii w koloniach. Prawdę mówiąc, gdy tylko to przeczytałam, poczułam, jak coś zaskakuje w moim mózgu, tak spodobała mi się ta interpretacja.

    PS. I w ogóle bardzo polecam ten reportaż, tak samo jak "Terra Nullius" tego samego autora. Jedna z najlepszych moich książek tego roku 🙂

    1. Magdalena Heydel też poleca w posłowiu właśnie Lindqvista — zresztą sporo go cytuje i są to fragmenty nad wyraz zachęcające, więc mam w planach sięgnąć :-). Ale muszę powiedzieć, że natura Kurtza i jej zmiana dla mnie są w "Jądrze…" opisane nieco bardziej zniuansowanie: my nie dostajemy właściwie żadnych "twardych" poszlak, że Kurtz jest potworem, mówi nam o tym Marlow, ale nie wiemy do końca: czemu. Czy dlatego, że sprzysiągł się z lokalną ludnością? Przestał dostarczać kość słoniową, czy że w ogóle ją dostarczał? Że kazał atakować "białych"? Że pracował dla Kompanii? Ta ambiwalencja Kurtza na zasadzie "wzniosłe idee niosę w busz" versus "wytępić całe to bydło" to też jest poszlaka, co musiało się z nim dziać.

      Co do interpretacji antyimperialnej: mnie się tak tę książkę i dzisiaj czytało, ale muszę powiedzieć, że historia, którą przytacza Heydel, o tym, jak w pewnym momencie Conrad jakby się wykruszył z podobnych przekonań, bardzo ciekawie ilustruje, jak I wojna światowa zmieniła sporo w postrzeganiu świata i tę optykę, co jest "imperialne", a co nie.

    2. Mnie chodziło przede wszystkim o to, jak Kurtz wykorzystywał to "ubóstwienie" swoje przez tubylców i jak się nim napawał. I w pełni zgadzam się, że sprawa jest to dużo bardziej zniuansowana, ale niestety książkę czytałam już chwilę temu i nie wszystko pamiętam tak dobrze, jakbym chciała :/

      I coraz bardziej przekonujesz mnie do lektury tego nowego tłumaczenia ^^

    3. Napawał się, to pewne (to podkreślanie, że wszystko jest "jego"), ale z drugiej strony było w tym też coś żałosnego i nieprawdziwego, jak wtedy, gdy czołgał się ku kapłanowi (?), oddalając się od mających go "ratować" "białych ludzi". A nowe tłumaczenie, jak widzę, ma sporo zwolenników, mnie też czytało się dobrze, posłowie ciekawe, więc mogę spokojnie rekomendować. Ale, jak pisałam wcześniej, z kolei nie pamiętam dobrze starego ;-).

  3. Jądro Ciemności ma niewielki rozmiar, ale nie jestem pewien czy przeczytałem tę książkę systematycznie, od początku do końca. Zawsze coś mnie od tej ksiązki odpychało a po kilku dniach ponownie przyciągało.
    Pierwszy element, który zauwazyłem w tej książce to ironia i tylko na tym teraz się skoncentruję.
    Pierwsze strony – mapa świata i kolory, którymi zaznaczano kolonie. Gdy byłem w szkole podstawowej Lata 1948-54 to też mieliśmy takie mapy. Kolor czerwony – kolonie angielskie – dużo tego… dobrze to widzieć, bo człowiek przynajmniej wie, że tam się robi dobrą robotę. Te ostatnie słowa to moje tłumaczenie z oryginału. Nie sądzę, żeby Conrad pisał to na serio.
    Kolejny przykład – nie zauważyłem żadnej drogi ani śladu cywilizacji, chyba że ciało murzyna z dziurą od kuli w głowie uznać za trwałe ulepszenie. I tak srona po stronie.
    Najokrutniesza dla mnie jest ironia ostatniej sceny – przypomnę – Marlow odwiedza dziewczynę Kurtza a ta prosi go o powtórzenie ostatnich słów Kurtza. Marlow zbiera się w sobie i mówi – to było pani imię. W odpowiedzi usłyszał okrzyk triumfu i bólu jednocześnie – WIEDZIAŁAM, BYŁAM PEWNA!
    A my wiemy, że ostatnie słowa Kurtza to : horror, horror. Ja tłumaczę to jako – koszmar, koszmar.
    Taka była opinia Conrada na temat kobiecego instynktu 🙂

    1. Zgadzam się! W "Jądrze" jest bardzo dużo ironii. A co do kobiet… to w ogóle Conrad nie wyraża się o nich zbyt pochlebnie.

    2. Ach! Powinnam napisać "narrator", bo przecież nie zawsze można utożsamaić z nim samego autora. 🙂

    3. Ironii nie brakuje, to prawda, większość opisów, które serwuje swoim słuchaczom Marlow, nią wręcz ocieka (też mi utkwiła w pamięci scena z zastrzelonym na drodze — jako "miernikiem postępu"; jest tam sporo tej ironii w odniesieniu do pracy, której nikt nie wykonuje albo wykonuje źle, chyba też dlatego tak duże wrażenie wywarły na drugim narratorze te wyprasowane koszule, bo wydały mu się aż niewiarygodne).

      Ale wiecie, nie zgodzę się co do kwestii kobiet. Czy może inaczej: moim zdaniem to, jak wyglądają postaci kobiece w "Jądrze ciemności" ilustruje pewien proces: samopowtarzania czy samozachowywania się pewnych struktur, w które są wtłoczone jednostki i tak bardzo im na tej pewnej fikcji zależy (jak belgijskiej narzeczonej Kurtza na pozorze żałoby za "wielkim człowiekiem", który pamiętałby o niej w chwili śmierci — podczas gdy czytelnik wie, że to wszystko furda), że boją się jakkolwiek inaczej pomyśleć, bo jak to runie, to runie razem z nimi. Akurat tutaj padło na kobiety i to jest, moim zdaniem, bardzo ciekawa obserwacja, ale czy każda "grupa" wewnątrz tej powieści/opowiadania nie dałaby się jakoś scharakteryzować pod tym kątem?

    4. Joseph Conrad i kobiety… Wydaje mi się, żę Conrad (jak na wilka morskiego przystało) nie miał łatwości kontaktu z kobietami, stąd sceny spotkań z nimi wyglądają nieco sztucznie.
      Powołam się na przykład z innej książki – Uśmiech szczęścia. Tam bohater podczas postoju na wyspie Mauritius zwraca uwagę na córkę maklera, pannę Alice. Odwiedza dom maklera wielokrotnie, próbuje nawiązać kontakt a Alice a ona uparcie milczy Wreszcie, któregoś dnia, bez żadnego wstępu czy powodu, zaczynają się namiętnie całować.
      To wygląda mi na typową fantazję nieśmiałego chłopaka, który chciał zwrócić na siebie uwagę dziewczyny, ale nie potrafił.
      Rzeczywistość była jeszcze dziwniejsza. J. Conrad przebywając na Mauritius przebywał często w domu państwa Renouf. Przed wyjazdem zwrócił się do pana Renouf z prośbą o ręke jego siostry. Pan Renouf był ogromnie zaskoczony gdyż jego siostra była od dawna zaręczona.
      Nieco wiecej o tym i o pobcie Conrada w Australii tutaj :
      https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2017/01/19/19-stycznia-1888-roku/

    5. Ja nie wątpię, że gdzieś w kluczu biograficznym można szukać przyczyn, dla których kobiety są tak a nie inaczej u Conrada opisywane — zresztą wiadomo, że i samo "Jądro ciemności" wypływa z jego własnych doświadczeń. Ale myślę, że dużo ciekawsze dla analizy samej książki jest to, jak się sytuują te postaci wewnątrz tego świata przedstawionego ;-). A że odgrywają w nim niebanalną rolę, starałam się udowodnić nieco wyżej, bo moim zdaniem nie bez kozery strażniczkami wrót ciemności są właśnie kobiety, nie tak zupełnie przypadkowo afrykańska narzeczona Kurtza żegna wyprawę Marlowa, no i że ostatnia scena rozgrywa się między Marlowem a belgijską narzeczoną Kurtza.

      A historia z Mauritiusa bardzo ciekawa, muszę powiedzieć, że skusiłabym się na lekturę jakiejś dobrej biografii Conrada w ogóle!

  4. Po angielsku czytanie też stanowiło znaczne wyzwanie. Czytałem dwa razy i dwa razy była to przeprawa – tak czysto literacka, jak i językowa. Nie poczułem się zachwycony, raczej zmęczony, ale tym pozytywnym czytelniczym zmęczeniem.

    Zaś w ramach dodatku polecam mocno "Ducha króla Leopolda", a jako ciekawe literackie nawiązanie "Brasyl" Iana McDonalda.

    1. Na pewno lektury uzupełniające wezmę pod uwagę :-). Właśnie się zastanawiałam, jaki też jest Conrad po angielsku, czyli bądź co bądź w oryginale. Bo słuchy chodzą różnie, jedni się zachwycają, inni psioczą, a ja szczerze mówiąc planuję kiedyś sprawdzić sama, ale póki co korzystam z tłumaczeń.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.