Elektryczny pentagram w działaniu albo o „Tropicielu duchów” W. H. Hodgsona

Zbiór opowiadań Williama Hope’a Hodgsona (jakieś sugestie, jakże się właściwie czyta to nazwisko?), pisarza, którego setna rocznica śmierci przypada w przyszłym roku – jednego z pokolenia, które zginęło na frontach I wojny światowej – to ciekawa sprawa. Trochę bowiem niewątpliwie trąci myszką, z drugiej jednak strony hipnotyzuje.

I chociaż –
cytowany na okładce zbiorku H. P. Lovecraft – miał o tychże
akurat utworach Hodgsona zdanie dość złe (zapewnia nas co prawda z
okładki, że „Hodgson jest chyba drugim po Algernonie Blackwoodzie
w traktowaniu nierealności na serio…”, ale po prawdzie nie miał
dobrego zdania o głównym bohaterze tych akurat opowiadań: detektyw
Carnacki jawił mu się jako słaba, stereotypowa postać, ledwie
echo Johna Silence’a), nie musimy się sugerować zdaniem Samotnika
z Providence. Ponieważ znacie już moją niechęć do Johna Silence’a
nie zdziwicie się, że Thomas Carnacki jako jego „ledwie echo”
raczej mnie raduje niż smuci. Ale, zapytacie, o co właściwie
chodzi, o czym to jest, może, Pyzo, po kolei?
Już mówię. Zbiór
„Tropiciel duchów” zawiera wszystkie opowiadania Hodgsona o
okultystycznym detektywie Thomasie Carnackim, zamieszkałym przy
Cheyne Walk po numerem 472 w Chelsea, lubującym się w opowiadaniu o
swoich nadzwyczajnych przygodach czwórce regularnie zapraszanych
przyjaciół, Jessopa, Arkrighta, Taylora oraz donoszącego nam o tym
wszystkim Dodgsona (hm, no nie jest to najbardziej zakamuflowane porte parole w historii literatury). Dodgson jest narratorem, który w pewnym
momencie zawsze ustępuje miejsca, by oddać głos samemu Carnackiemu
i konwencja ta czytelnie nas odsyła do związku podziwiającego
detektywa Watsona i samej gwiazdy, czyli Sherlocka Holmesa. Hodgson
zresztą specjalnie się z tym nie kryje i jeśli macie ochotę na
ten styl pisania, odnajdziecie się tutaj z przyjemnością. Niemal
każda historia kryje w sobie coś niesamowitego, co nie daje się do
końca wyjaśnić albo zdroworozsądkowe wyjaśnienie brzmi mało
przekonująco, ale Carnacki bierze je za dobrą monetę z braku
innych pomysłów. Część opowiadań zaś ma zupełnie racjonalne
korzenie, zaś dany czarny charakter po prostu usiłuje umknąć
sprawiedliwości podszywając się pod siły z innego świata. Nigdy
do końca nie ma pewności, jakie właściwie będzie rozwiązanie,
co nadaje miły smaczek tym opowiadaniom, bo i to, co najbardziej
nieprawdopodobne, może okazać się tylko zręczną złudą
wykreowaną przez wyjątkowo sprytny szwarccharakter.
Widok na Cheyne Walk, źródło.
Opowiadania te,
także ze względu na dzielenie konwencji z conan-doylszczyzną (czy
istnieje takie pojęcie?), mają też dość zachowawczy charakter,
jeśli chodzi o swoją strukturę.
Nie oczekujcie fajerwerków.
Najpierw przyjaciele zbiorą się na kolacji, potem Carnacki ofuknie
ich, żeby nie ciągnęli go za język przy jedzeniu, a kiedy już
zapalą cygara, fajki i inne papiroski, zacznie im opowiadać o
aktualnie prowadzonym lub właśnie zakończonym śledztwie. W tymże
użyje on swoich ulubionych metod – zacytuje średniowieczny
grymuar, z którego czerpie wiedzę o siłach nie z tego świata,
wykorzysta elektryczność do budowy ochronnego pentagramu, bo
Carnacki lubi osiągnięcia nauki stosować do praktyk ściśle
magicznych, nastawi aparat fotograficzny, żeby ewentualnego ducha
uchwycić na zdjęciu, poeksperymentuje z kolorami widm, mającymi
przyciągać złe siły lub przed nimi chronić – po czym wyjaśni
to, co wydaje mu się prawdopodobne i wysunie hipotezy wobec tego, co
nie do końca go przekonuje, i co trzeba przyjąć na wiarę. Po czym
wygoni znajomków na ulicę powiedzonkiem „Out you go!”. Tu muszę
od razu wspomnieć o tłumaczeniu, bo już nie pierwszy raz w trakcie
lektury książki z „Biblioteki Grozy” C&T odnoszę wrażenie,
że tłumaczenia w tym cyklu są jakieś takie, z braku lepszego
słowa, niedbałe. Bohaterowie na ten przykład wychodzą „na hall”
zamiast „do hallu” albo „na korytarz”, a „Out you go”
tłumacz, Tomasz S. Gałązka, przekłada konsekwentnie jako „Sio
mi stąd”, co mnie kojarzy się z nieco innym rejestrem.
A co do samych
opowiadań.
Jest ich w zbiorze dziewięć. Przy czym „Unikat”,
opowiadanie przedostatnie, jest czystą historią detektywistyczną,
która obywa się bez mocy nadprzyrodzonych. Otwierające zbiór „Coś
niewidzialnego” to opowieść o dziwnym latającym po rodowej
kaplicy sztylecie, który ma bronić honoru rodu będącego w
posiadaniu rzeczonej kaplicy. W opowiadaniu tym pojawia się zresztą
postać przerażonego, acz wiernego lokaja, który dokłada starań,
żeby Carnackiego nie spotkało nic złego, chociaż tak się naraża.
Drugi taki lokaj pojawia się w „Furtce dla monstrum” i jest
jeszcze bardziej przerażony, i jeszcze bardziej starający się.
„Furtka…” to zresztą jedno z bardziej przekonujących i
udanych opowiadań, z powodzeniem realizujące starą dobrą zasadę,
że najstraszniejsze jest to, czego nie widzimy albo widzimy ledwie
kawałek. Carnacki padnie tu ofiarą zbytniej wiary we własne siły
i niemal pokonany przez tytułowe monstrum. Podobnie jak w –
najlepszym chyba, według mnie – „Nawiedzonym Jarveem”,
horrorze z motywem morskim o pewnym pechowym statku. Widać, że
Hodgson spędził sporo czasu na morzu i wie, czym wywołać ciarki
na plecach czytelnika. Podobne
w tonie i dość straszne w sugestywny, upiorny sposób jest też
opowiadanie „Gwiżdżąca komnata”, gdzie autor świetnie
posługuje się różnymi punktami widzenia (dosłownie) by zobaczyć
to, co niewidoczne oraz koncepcją długo wsiąkającej w miejsce
świadomości. Chyba z tego
właśnie opowiadania pochodzi scena, która pewnie będzie mi się
śniła po nocach.
I jeszcze jeden widok na tęże ulicę. Tu przez jakiś czas mieszkała George Eliot, źródło.
A
jak przy śnieniu jesteśmy:
zamykający zbiór „Wieprz”, horror
o posmaku metafizycznym, jest niestety dość długi, nie unika więc
w nim autor dłużyzn, a w finale musi pojawić się niemal dosłownie
deus ex machina
(podobnie jak ma to miejsce w „Gwiżdżącej…”, ale tam jako
pewien przedsmak światopoglądu Carnackiego łatwiej się to
wybacza), ale jest dość dantejsko i niesamowicie. Całkiem sprawnie
zrealizowane są „Dom pośród wawrzynu” i „Intruz w domu na
uboczu”, historie o tym, jak boimy się czegoś, co wydaje nam się
straszne albo sprawia odpowiednie wrażenie (choć w „Intruzie…”
mamy pewne niewyjaśnialne szczegóły i paskudnie straszący pomysł
na to, co dzieje się z nienarodzonymi dziećmi). Na koniec
zostawiłam jeszcze „Niewidzialnego wierzchowca”, opowiadanie
odpowiednio kombinujące elementy „wyjaśnialne” z
„nadprzyrodzonymi”, plus sam wyjściowy pomysł na panny młode z
pewnej zacnej rodziny, prześladowane przez ni mniej, nie więcej,
tajemniczego, niewidzialnego konia.
Spojlerowanie
tych opowiadań byłoby bardzo niemiłe z mojej strony, pozwólcie
więc, że zostawię je opisane w taki sposób, licząc, że może
zainteresują i Was.
Ja z całą pewnością sięgnę po kolejne
utwory Hodgsona, mam ogromną ochotę na jego marynistyczne
opowiadania grozy, a „Widmowi piraci” znajdą się na mojej
liście „do przeczytania”. Czy mieliście już okazję czytać
tego autora? Ciekawa jestem, co o nim sądzicie. Bo muszę przyznać,
że miałam z nim tak, że niby się człowiek nie boi, niby to
wszystko takie uroczo staroświeckie, ale jednak pewne obrazy,
wykreowane przez Hodgsona zapadają w pamięć na tyle, że potem
jednak trochę strach zgasić światło.

6 Replies to “Elektryczny pentagram w działaniu albo o „Tropicielu duchów” W. H. Hodgsona”

  1. Jeśli chodzi o książki z tego wydawnictwa, chyba pozostanę przy mojej ulubionej Edith Wharton… no i Mary Wilkins Freeman 🙂

    1. Obie jeszcze przede mną. Mam wrażenie, że więcej w tym roku czytałam grozy w wykonaniu autorów niż autorek, trzeba będzie trochę przeważyć szalę w kolejnym roku :-).

  2. Zgadzam się z Tobą co do tłumaczenia, w pewnych miejscach polska wersja jest co najmniej 'ryzykowna'. Same opowiadania oceniam dobrze, mają swój urok, Hodgson wyraźnie balansował na granicy ghost story i opowieści detektywistycznej. Zupełnie inny, bo marinistyczny, klimat panuje w "Szalupach z Glen Carrig", które właśnie przeczytałem. Tłumaczenie też zdaje się być lepsze.
    pozdrawiam
    tommy z samotni

    1. Prawda? W przekładzie miejscami nie widać, że mamy do czynienia bądź co bądź z eleganckim dżentelmenem, który może i w nawiedzonych domach montuje pentagram z jarzeniówek (tak to sobie wyobrażam :-)), ale ogólnie to nie pozwala pominąć pory podawania herbaty. Zgadzam się, że wszystkie opowiadania z Carnackim są połączeniem detektywistycznej prozy z opowiadaniami o duchach (czasami z przewagą tej pierwszej). A "Szalupy…" koniecznie muszę przeczytać!

  3. O, "marynistyczne opowiadania grozy" brzmią wysoce zachęcająco.

    A co do wymowy… Tu babka na dwoje wróżyła. Intuicyjnie jest "hodżson", ale najczęstsza jest chyba mimo wszystko "hodson". Angielski bywa dziwny z nazwami własnymi i pokrewnymi.

    1. Właśnie niewiele mi się udało nadgonić ze znajomością horroru marynistycznego w wakacje, zamierzam sobie to odbić. Dzięki za poradę co do wymowy: "hodżson" brzmiał mi jakoś nienaturalnie, może pozostanę przy "hodsonie" póki co (ale kto wie, może okaże się, że ta pierwsza wersja jest jednak właściwa?).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.