Czterech ich było, czterech z fasonem albo klasyczni pisarze o duchach

Myśleliście, że
żaden wpis zbierający wrażenia z klasycznych opowiadań o duchach
się nie pojawi? E, na pewno nie myśleliście. No, tak czy inaczej:
oto się właśnie pojawia. A w nim Charles Dickens, bo jakże
inaczej, Robert Lewis Stevenson, bo szkoda było nie skorzystać z
okazji, Bram Stoker, bo jak wyżej oraz Washington Irving, którego
zawsze chciałam przeczytać.

Duch klasyczny i
złowrogi, czyli „Dom Sędziego” Brama Stokera

Na początku może najbardziej chyba klasyczne ze wszystkich czterech
opowiadań. Umieszczone w zbiorze „Gość Draculi”, drugie z
kolei opowiadanie, eksploruje motyw nawiedzonego domu, a że Stoker –
co podkreślałam przy okazji Draculi – pisać zdecydowanie umiał
i pozostaje dla mnie wzorem klasycznego powieściopisarza
rozrywkowego, czyni to umiejętnie i z dreszczem grozy. A przy tym
jak pięknie nawiązuje do baśni Grimmów! Ale może po kolei. Oto
pewien student matematyki, nazywający się w może mało
wyrafinowany sposób, bo Malcolm Malcolmson (aż się przypomina
profesor Professorson z Community)
postanawia porządnie przygotować się do egzaminów. Nawiedzenia w
trakcie tej czynności, co wiemy już od Blackwooda, zdarzają się
dość często, ale Malcolmson raczej tego nie wie – wsiada oto do
pociągu byle jakiego i w miejscowości, do której w ten sposób
trafia, wynajmuje stary dom. Dom jest niemożebnie zaszczurzony i
okryty złą sławą – mieszkał w nim sędzia, który lubował się
w ferowaniu niesprawiedliwych wyroków (motyw ten znamy, choć w
nieco lżejszym wykonaniu, z „Biesiady widm” Dumasa). I choć
właścicielka karczmy, odgrywająca w opowieści rolę przejętej
losem studenta dobrej, starszej kobiety, odradza mu ten dom jako
miejsce zamieszkania, nasz Malcolmson się nie przejmuje. Szczurom da
radę, do nauki weźmie się dzielnie, zresztą gospodyni, którą
najmuje, upewnia go, że nie ma się czego bać. Szkoda tylko, że
sama gospodyni nie nocuje w tym domu…

Stoker rozgrywa całą historię
bardzo umiejętnie aż do końca – końcówka mogłaby być nieco
inna, bo aż żal, że wszystko wieńczy właśnie te kilka zdań, bo
aż się prosiło o jakiś twist, zwłaszcza z udziałem szczurów! –
trochę nas bawi, trochę starszy, a trochę podpuszcza. Duch pojawia
się pod kilkoma postaciami, a tak rozczłonkowany budzi nawet
jeszcze większy przestrach. Znaki, jakie się wokół tego
pojawiania pojawiają (wybaczcie powtórzenie) mają dawać do
myślenia, a uczynienie z bohatera matematyka, który twardo stąpa
po ziemi, sprawia, że całość jest jeszcze bardziej interesująca.
Trochę tutaj też starego dobrego „wydaje mi się, czy naprawdę
widziałem coś takiego?” i balansowania na granicy rzeczywistości
i złudzenia. A przy tym autor ciekawie ogrywa baśniowe motywy: że
wystarczy przetrwać trzy noce w nawiedzonym domu, by go odczarować
(tu Malcolmson ma sporo wspólnego z chłopcem, który nie wiedział,
co to strach z baśni braci Grimm), że szczury posiadają jakąś
zbiorową inteligencję, która nie zawsze jest czymś złym (kłania
się nam „Szczurołap”), że zjawy potrafią być zupełnie
bezinteresownie złośliwe. Duch sędziego w tym ostatnim celuje.
Dołóżmy do tego doktora z epoki, wierzącego w siłę sugestii
(czy też może nawet, idąc dalej, hipnozy) i dostajemy przyjemną,
budzącą dreszczyk emocji mieszankę na lekturę przed snem. Polecam
jako smacznego klasyka (a Procelli dziękuję za polecenie tego opowiadania!).
 
 
 
 

Duch o dobrych
intencjach, czyli „Dróżnik” Charlesa Dickensa

Nasz narrator wędruje sobie parowem przy torach, w paskudnym,
odludnym miejscu, które jest zupełnie upiorne i aż dziw, że ktoś
w nim pracuje. A kto? Otóż dróżnik, który pilnuje, by pociągom
nic się tu złego nie działo. Dróżników ów jest jednak dość
dziwny: kiedy narrator bliżej się z nim zapozna – najpierw jeden
drugiego porządnie wystraszy, ale czemu, nie będę Wam zdradzała,
bo rozbije to sprytne zapętlenie fabuły – odkryje jego sekret.
Zjawiają mu się widma, które czegoś od niego chcą. Ale czego? I
czemu zjawiają się akurat jemu w tym opuszczonym przez Boga i ludzi
miejscu? Dobre pytanie i warto się nad nim zastanowić razem z
przejętym wszystkim, co się stało, narratorem.

Dickens, przez to, że narrator pozostaje dla nas równie tajemniczy,
co bohater, żongluje tym nastrojem „co jest prawdą, co jest
zmyśleniem”, który tak dobrze robi opowieściom grozy. Możemy
sami wybrać rozwiązanie zagadki dróżnika, chociaż pewne sugestie
się oczywiście pojawiają, i to chyba sprawia, że to opowiadanie
pojawia się wszędzie tam, gdzie mowa o „najlepszych opowiadaniach
grozy” (sami sprawdźcie, ja się w każdym razie natykałam). Przy
czym od razu powiem: tak, owszem, zrobiłoby na mnie pewnie większe
wrażenie, gdybym wcześniej nie czytała – chronologicznie
późniejszych, oddaję tu sprawiedliwość kolejom literatury –
horrorów kolejowych Stefana Grabińskiego. Grabiński zapewne
Dickensa czytał, bo do maestrii wypolerował wiele motywów, które
zostały już zasiane w „Dróżniku”, ba, można wskazać
konkretne opowiadania, w których poszczególne elementy
Dickensowskiego horroru się u polskiego pisarza pojawiają. Nie
znaczy to, że kogokolwiek oskarżam o kopiowanie, o nie, nie, ale
twórcza inspiracja, tę bym tutaj przywołała.

A sam duch? Duch w „Dróżniku” jest specyficzny, bo trudno jest
powiedzieć kim albo czym właściwie jest – i czy chce dobrze, czy
tylko udaje, że chce dobrze, a tymczasem wodzi na pokuszenie Bogu
ducha winne osoby. No właśnie, tutaj pojawia się kolejna zagadka:
serio nikt tu nie ma niczego na sumieniu? Bo im dłużej myślę o
tym opowiadaniu, tym bardziej nawiedza mnie ta sama, co narratora i
bohatera myśl: ale co się ten duch tak uparł akurat na tego
dróżnika…? A znając twórczość Grabińskiego mogę sobie
dopowiadać najróżniejsze rzeczy. Także tak, warto się zapoznać
i warto samemu spróbować odpowiedzieć na pytanie, o co właściwie
w „Dróżniku” chodzi. A samo opowiadanie znajdziecie w zbiorze
„Fantastyczne opowieści” (Wydawnictwo Literackie 1975). 
 
 
 
 

Duch legendarny i
matrymonialny, czyli „Legenda o Sennej Kotlinie” Washingtona
Irvinga

Muszę powiedzieć, że dawno się tak nie ubawiłam przy czytaniu
klasycznej grozy. I nie tylko dlatego, że to jest bardzo ładnie
wydana książka (ilustracje Jana Marcina Szancera dokładają się
do tego uroku), że fraza Irvinga jest potoczysta, a on sam porządnie
zachodzi za skórę własnym bohaterom. Ale widzicie, swego czasu z
dużą fascynacją obejrzałam „Jeźdźca bez głowy” Tima
Burtona (przez wiele lat był to jedyny horror, jaki widziałam) i od
tamtego czasu bardzo chciałam przeczytać opowiadanie, które to
dzieło zainspirowało. I właśnie takie ono jest: inspirujące, bo
Burton zrobił z niego zupełnie inną historię, ale odkrywanie, co
wziął, co zostawił, a co zmienił, to pyszna zabawa. Zwłaszcza że
to jest rzecz zwyczajnie znakomicie napisana.

Ale wszystko to było niczym wobec opowieści o duchach i zjawach,
które nastąpiły potem. Okolica obfituje w tego rodzaju skarby.
Lokalne podania i wierzenia krzewią się najbardziej w tych
zacisznych ustroniach, mających długą tradycję, giną natomiast
pod stopami nieosiadłej rzeszy tworzącej ludność rozlicznych
nowszych ośrodków. Na dobitkę duchy w większości naszych
miasteczek i wsi są zniechęcone, zaledwie bowiem zdążą zakończyć
pierwszą drzemkę i przewrócić się w grobach, a już ich
pozostali przy życiu przyjaciele wynoszą się z okolicy, gdy więc
duchy wychodzą na swój nocny obchód, nie ma już wcale znajomych,
których mogłyby odwiedzić. To jest może główny powód, dla
którego tak rzadko słyszymy o duchach poza starymi osiedlami
holenderskimi.
Pozwólcie mi na
taki dłuższy cytat, bo on nie dość, że świetnie pokazuje
zabawę, jaką ma Irving z pisania tej historii, to podkreśla
charakterystyczne cechy tej opowieści: ironię i dystans. No ale
tego można się domyślić, gdy autor daje nam znać, że rzecz
działa się w zamierzchłych czasach historii Ameryki, czyli „jakieś
trzydzieści lat temu”. W takiej oto holenderskiej osadzie mieszka
nauczyciel Ichabod Crane, wiecznie głodny, wiecznie łasy na
poklask, a niespecjalnie lotny i zdolny młody mężczyzna. W tejże
osadzie grasuje też ponoć duch jeźdźca bez głowy, a
poza tym cała chmara innych zjaw i widm, o których miło się
opowiada przy kominku, gorzej, kiedy po tych opowieściach trzeba
wyjść w noc i ruszyć do domu.

Crane jest u Irvinga postacią
bezsprzecznie komiczną, a w ten komizm wpisany jest też brak
sympatyczności naszego bohatera. On bowiem albo dość nieudolnie
realizuje swoją „misję pedagogiczną” (zniechęcając całe
pokolenia do chodzenia do szkoły bądź posyłania do niej
potomków), albo rozmyśla o jedzeniu. Opisów tych marzeń dostajemy
cały gąszcz. No i jeszcze oczywiście marzy o ożenku z najbardziej
posażną panną w okolicy – i tu jest pies pogrzebany, bo nie
wszystkim się to podoba. A na pewno nie pewnej zjawie… Ale czy
zjawie? No właśnie. Irving daje nam otwarte zakończenie, z równą
dozą humoru, co przez całe opowiadanie upewniając nas, że
niezbadane są wyroki boskie, a najdziwaczniejsze indywiduum może
zostać bohaterem historii nie z tej ziemi. Jeśli wpadnie Wam w
ręce, przeczytajcie koniecznie, doskonała rzecz!
 
 
 
 

Duch historyczny
i budzący grozę, czyli „Złodziej ciał” Roberta Lewisa
Stevensona

Najpierw możecie zobaczyć „jak to naprawdę było” (na przykład tutaj),
a potem przeczytać sugestywne opowiadanie Stevensona pod jakże
obiecującym tytułem „Złodziej ciał”. Aż trudno zdecydować,
co jest straszniejsze: czy historia, która wydarzyła się naprawdę,
czy bardzo sprawnie napisana opowieść Stevensona. No cóż, jeśli
lubicie horrory, które straszą od początku tym, że są „oparte
na prawdziwej historii”, to tutaj znajdziecie pożywkę dla
wyobraźni i to nie lada. Opowiadanie znajduje się w tomie „Dr
Jekyll i pan Hyde i inne powiadania” (Biblioteka Gazety Wyborczej,
ale który rok, nie mogę się dopatrzeć).

Cała historia przedstawiona jest dość szkatułkowo, bo nasz
narrator opowiada nam ją, podczas gdy sam wcześniej słyszy ją
przypadkiem – oto bowiem znajomy, zapijaczony doktor spotyka na
zupełnej prowincji wielką angielską sławę medycyny, z którą
okazuje się, że miał kiedyś dość ścisłe związki, żeby nie
powiedzieć: konszachty. Stevenson wykorzystuje fakty, żeby
odmalować tło, na jakim odgrywa się cała ta historia, a uzupełnia
ją w detale dość swobodnie, bo tu już chodzi o robienie wrażenia
na czytelniku. Medycyna i postęp w nauce zostają więc uplasowane
nieco dalej, na pierwszy ogień zaś idzie przerażenie i wszelkiego
rodzaju „paskudności”, jakie może w czytelniku wywołać obraz
prosektorium, anatomicznych dociekliwości i zdobywania ciał do
sekcji. Zresztą to odmalowywanie praktykowania nieco bardziej
zaawansowanej medycyny w narracjach rodem z XIX wieku jako czegoś na
pograniczu cudu, grozy i szarlatanerii jest na porządku dziennym i
zasadniczo mnie już nie dziwi (pamiętacie magiczny kuferek van Helsinga?).

A co z duchem, zapytacie? Tu sprawa jest bardziej skomplikowana, bo
Stevenson, w przeciwieństwie do panów opisanych wyżej, nie daje
nam takiego ducha-ducha, ale w cmentarnym, ponurym otoczeniu każe
wyobraźni bohaterów płatać sztuczki, a sprawiedliwości
tryumfować zza grobu. Duch zaś ma całkiem materialną postać i
daleki jest od widm, które jawiły się bohaterom wcześniej
wspomnianych historii. Ale że zalicza się „Złodzieja ciał” do
klasycznych historii o duchach, to ja nie będę z tym polemizowała. 
 

***

Macie swoje ukochane opowiadania o duchach? Koniecznie się nimi
podzielcie, bo jak zwykle wędruję w poszukiwaniu inspiracji. A że
mój ulubiony M. R. James został już przeze mnie do szczętu
wyczytany, poluję na innych „duchowych” klasyków. Krótka forma
w tym wypadku mnie, jak widzicie, nie rozczarowała!

5 thoughts on “Czterech ich było, czterech z fasonem albo klasyczni pisarze o duchach

    1. Dziękuję, sięgnę na pewno, bo moja miłość do Jamesa jest nadal niewygasła :-). Czy mogłabyś polecić jakiś zbiór opowiadań albo powieści Davisa?

      O, chyba muszę powoli sprokurować i ja taką listę :-). "Lost Hearts" Jamesa faktycznie są jak na niego dość otwarcie makabryczne, ale też i ta relacja z upiornym wujaszkiem budowana jest tak bezwstydnie ku radości słuchaczy/czytelników, że można mu to spokojnie wybaczyć. Muszę przyznać, że mój stosunek do Machena jeszcze nie jest w pełni ukształtowany: doceniam subtelność niedopowiedzeń i sprawne operowanie sugestią, ale jeszcze nadal nie wiem, co sądzę. "Wierzby", co powtarzam cały czas, są świetne, zgadzam się bez dwóch zdań; "Rodzina wilkołaka" też bardzo mi się podobała (choć i "Upiór" ma doskonały klimat!), Bensona doceniam, bo faktycznie sugestywny klimat. "Narożna kamienica" mnie z kolei trochę rozczarowała. "Czarny kot" jest bardzo przerażający, a "Kochanka Szamoty" to jedno z najciekawszych opowiadań Grabińskiego.

      Pozostałych z Twojej listy jeszcze nie znam, ale czuję się, że zapoznam ;-).

  1. Pożeracz tradycyjnie na marginesie. Washington Irving napisał też "Ripa van Winkle'a", od którego to zaczęły się me ćwiczenia (mająca i tak formę wykładów) z literatury amerykańskiej na drugim roku. Prowadzący opowiadał o tym względnie krótkim tekście dwa zajęcia, trzy godziny. Zawsze mnie fascynowały jak ważne dla literatury USA są teksty, o których większość ledwo słyszała.

    1. "Rip…" także znajduje się w zbiorze, z którego pochodzi "Senna Kotlina". Zdaję sobie sprawę z jego kultowości (na samą postać zresztą nietrudno się natknąć ;-)), ale zostawiłam sobie tę historię na kolejny raz :-).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *