Co się czyta, co się nie czyta albo o „Wendigo i innych upiorach” A. Blackwooda

No więc podczytywałam ten tom
opowiadań od kwietnia i wreszcie skończyłam. Pomyślałam, że
ułożę sobie je w pewnym kluczu „najbardziejowym”, żeby
łatwiej mi było o nich napisać.

Nie będę jakoś bardzo zachwalała
samego zbioru, bo jest on dość nierówny. Te same opowiadania
znajdują się w angielskiej wersji jako „Best Ghost Stories”
tegoż autora i spodziewałam się, że będą, no cóż, „best”
i „ghost”, a tymczasem bywa tutaj różnie. Polski wydawca
przynajmniej nas od początku nie czaruje, że dostaniemy coś
innego, niż w istocie się nam podaje. Blackwood, co zauważyłam przy lekturze jego „Four Weird Tales”
nie zawsze umiał okiełznać pióro, fraza mu się rwie, bohaterowie
wyrywają do przodu, żeby wytłumaczyć nam skrzętnie wymalowane
detale (i po co, pyta biedny czytelnik, który by chciał trochę
mroku, tajemnicy i niewiadomo-o-co-chodzenia), a słabość do
uderzającej puenty zwodzi na manowce. To fascynujące, że ten sam
autor jest w stanie napisać sugestywne, budzące ciarki opowiadanie
i rozwlekłą mameję, w której życzeniem czytelnika jest, by
wreszcie się skończyła, a bohaterowie dali mu święty spokój i
poukrywali się po zakamarkach stron. Ale może to ilość napisanych
przez autora opowiadań sprawiła, że tak jest? Nie umiem
powiedzieć: pod tym względem fenomen Blackwooda jest dla mnie nadal
tajemnicą.

A jak bym zaszeregowała opowiadania z
tego zbioru? Od razu na wstępie zaznaczę, że jeśli chcecie więcej
poczytać o „Wierzbach”, „Wendigo”
i „Uroku śniegu”, pisałam o nich w tym roku w innych miesiącach osobno. Z
przeczytanych teraz opowiadań o duchach traktują de facto
„Dotrzymana obietnica”,
„Drugie skrzydło”, „Pradawna magia”, „Przejęcie”,
„Pusty dom”, „Sekretny kult” i „Tajemniczy lokator” –
je też zgłaszam od razu do wyzwania „Klasyka Horroru 2”, gdzie
w tym miesiącu czytamy właśnie historie o duchach. No więc,
uporządkowawszy te sprawy, zajrzyjmy pod podszewkę rzeczywistości
Blackwoodowych światów, shall we?

Najlepsze
opowiadanie w zbiorze:
Nie
będę Was czarowała – zdecydowanie „Wierzby”.
Mroczne, intrygujące, ze świetnym pomysłem, barwnie wykorzystujące
fakty, zmyślenia i przede wszystkim krajobraz. Na drugim miejscu
stawiam „Wendigo”,
bo pomysł jest tak specyficzny i dobrze przy tym wykonany, że
właściwie nie mam na co narzekać. Ale że o obu opowiadaniach
pisałam wcześniej, to dorzucam trzecią historię, o której
jeszcze nie pisałam: „Tajemniczego lokatora”. O czym to jest?
Otóż pewien pisarz (czy właściwie aż momentami chciałoby się
zapytać, czy nie grafoman aby, bo pisze ciągle i wszystko: od
artykułów po poezje, ma
też w szufladzie powieść, w której roztrząsa, jak sam mówi,
tajniki swej duszy – no cóż)
wynajmuje podejrzanie tanie mieszkanie w podłej dzielnicy. Dom jest
dziwny – panuje w nim specyficzny zapach, ktoś ciągle przestawia
rzeczy bohatera, podejrzani ludzie wypytują o niego, za drzwiami
jakby coś się czołgało, choć na klatce jest pusto (a czasami
wypełnia ją żółta, iście Dickensowska mgła), w dodatku
właścicielka kamienicy coś kręci. Nasz pisarz jednak oczywiście
rozmyśla sobie nad tym, że może to jemu się coś wydaje, może
popada w szaleństwo, nastrój zaś przypomina bardzo to, co możemy znać już wcześniej z „Horli” Guya de Maupassanta.
Kiedy jednak bohater przysypia na popularnonaukowym wykładzie, w
trakcie którego prowadzący przekonuje, że samobójcy powracają z
zaświatów, by szukać dla siebie nowego ciała, w którym dokończą
przedwcześnie zakończone życie, a nieopodal łóżka bohatera
zjawia się widziadło pożądliwie powtarzające, że „pragnie
jego powłoki”, czytelnikowi zaczyna świtać, że coś tu jest
bardzo nie w porządku. Natomiast bohaterowi… No cóż, bohaterowi
zależy na tanim czynszu. To dość przypadkowe, ale komiczne
zestawienie „urządza” to opowiadanie, bo poza tym bardzo żałuję,
ale Blackwood zdecydowanie stroni od humoru w swoich utworach. A
trochę by się go przydało, dla przełamania i podkreślenia –
inaczej często wszystko wychodzi bardzo płasko (ileż
można słuchać, że coś jest „złe”, „zepsute” i
„paskudne”?).
I choć autor nie mógł się oprzeć przed wprowadzeniem na końcu
utworu postaci, która wszystko nam objaśni, to ponieważ atmosfera
zbudowana jest tak dobrze, wyjaśnienia te czynią wszystko jeszcze
straszniejszym zamiast
nużyć.
Dla ulżenia wzrokowi, pooglądajmy jakieś wiktoriańskie duchy, nawiedzające wolną domenę. Źródło.

Najsłabsze
opowiadanie w zbiorze:
dla
kontrastu, co uważam za najsłabsze? Trudna to konkurencja, powiem
Wam, bo znalazło się tu kilka zupełnych „przeciętniaków”.
„Drugie skrzydło” zaczyna się obiecująco, chłopczyka w jego
sypialni w wielkim wiktoriańskim domu co noc nawiedza coś.
Na mrugnięcie okiem wkłada głowę i ramiona przez drzwi do pokoju,
potem znika (a ja od razu widzę narratora z „Serce – oskarżycielem” Poego

i spodziewam się wszystkiego najgorszego). Chłopiec ma wyraźne
zdolności parapsychiczne, postanawia więc dowiedzieć się, o co
chodzi – rodzice i guwernantka nie są specjalnie zainteresowani –
na własną rękę, eksplorując stare domostwo razem z zamkniętym
na głucho tytułowym „drugim skrzydłem”, gdzie może żyć to
tajemnicze „coś”. I jest całkiem klimatycznie, pojawiają się
również paskudne łapy stworzeń jak z opowiadań M. R. Jamesa,
jest też odziany w koronki duch dziadka, ale nagle Blackwood
decyduje się przerwać narrację, dorosnąć bohatera i doprowadzić
do mało zaskakującej i szczerze mówiąc średnio potrzebnej
końcówki. A
szkoda, bo postukujący laseczką duch dziadka zamiast dobrotliwego
ducha domu mógł mieć w sobie coś bardziej złowrogiego, a żywić
– mniej rodzinne uczucia w stosunku do dzielnego, lecz dość
naiwnego wnuczęcia. No, ale cóż. Przeciętne jest też opowiadanie
„Współwinny ante
factum
”,
w którym głównego bohatera nawiedza wizja przyszłości, ale nie
bardzo może on ją wykorzystać do dobrych celów. To też
opowiadanie, w którym pojawia się w ogóle obecny u Blackwooda
wątek „złych Niemców”. Takie czasy, powiecie: pewnie tak, ale
momentami sprawia to aż komiczne wrażenie, kiedy okazuje się, że
jeśli coś jest złe, paskudne i mroczne (Blackwood od razu nam o
tym wspomni, nie
bójcie się, nie przeoczycie),
to jest też zapewne niemieckie. Bo wiecie, jak zbrodniarz i
truciciel (jak tytułowy „Max Hensig” z opowiadania będącego
czymś w rodzaju wariacji na temat kryminału noir),
to Niemiec. Jak dziwny kult, to prowadzony przez niemieckich mnichów.
Jak podejrzani wagabundzi, jak właśnie we „Współwinnym…” to
też pewnie Niemcy. Teutońska inwazja, ani chybi.

Najbardziej
niewykorzystany potencjał
:
Tutaj palmę pierwszeństwa dzierży klasyczna historia o nawiedzonym
domu, czyli „Pusty dom”. Sami zobaczcie: oto do odwiedzenia nocą
pewnego owianego złą sławą domostwa namawia głównego bohatera
jego stara ciotka. Ba, zdobywa nawet klucz, żeby mogli swobodnie
wejść i być świadkami niezwykłych wydarzeń. Bohater nieco się
martwi o zdrowie i nerwy staruszki, ale głupio mu odmówić, zresztą
sam jest ciekaw: w nawiedzonym domu podobno pewien służący
zamordował ukochaną, ale niewiele więcej wiadomo o samej historii.
Kiedy wchodzą więc do wnętrza i zaczynają się dziać dziwne
rzeczy: słychać odgłosy, ktoś gasi im świecę i
najwyraźniej za nimi chodzi – oboje zaczynają mieć ciarki na
plecach. Postępują jednak klasycznie, to znaczy postanawiają
sprawdzić, czy ktoś jest w domu, czy też nikogo nie ma. I tu
zaczyna się wspaniały moment (porównywalny może tylko do Leona biegającego za ciotką, okrążającą dom z gromnicą w Sienkiewiczowskim „Bez dogmatu”),
który aż się prosił o wykorzystanie jako element humorystyczny,
ale gdzie tam. Musi być mrocznie i paskudnie, chociażby spychało
to całą historię na bardzo konwencjonalny, rozwijający się
zgodnie z przewidywaniami trop. Po co zatem zatrudniać do tej
historii takich dość nietradycyjnych jednak bohaterów? No właśnie
nie wiem. Bo
samo opowiadanie ani nie budzi specjalnych ciarek, ani nie straszy w
sposób przekonujący (w znaczeniu: „czegoś takiego jeszcze nie
czytałam”), a atmosferę grozy ma podbijać ciotka, która ledwo
trzyma się z tejże na nogach. Czytelnik raczej tego nie odczuje i
rozczarowany przeczyta finał całej historii, nie dziwiąc się
specjalnie, bo też i niespodzianek tutaj nie ma. A mogło być tak
pięknie!

Najbardziej
„duchowe” opowiadanie:
ale
żeby nie narzekać, powiem Wam, że bardzo dobrze się bawiłam na
„Dotrzymanej obietnicy”, bo jest a) strasznie, b) są wreszcie
porządne duchy, c) finał jest zaskakujący. Blackwood odziewa
całość w zwyczajny kostium: oto nasz główny bohater uczy się do
egzaminu, jest noc, ale nie był wcześniej zbyt pilnym studentem,
więc nie ma zmiłuj, musi siedzieć nad książkami. Ale
oto pukanie, ale oto spóźniony gość: dawno niewidziany przyjaciel
ze szkoły, zmęczony, ledwo trzyma się na nogach, ubranie ma całe
zapajęczynione, oczy podkrążone, a blady jest jak, nie
przymierzając, śmierć. Student wpuszcza go więc, cały
rozgorączkowany, karmi – ten wyjada mu łapczywie wszystkie zapasy
– w końcu odstępuje własne łóżko, niech się małomówny
biedak wyśpi. Ku swojemu zdziwieniu odkrywa jednak rano, że coś
jest nie w porządku… Chociaż i tu Blackwood posłużył się
wytrychem „wprowadzę trzecią postać, żeby miał kto komu
wszystko wyjaśnić” nie działa to denerwująco, bo
jest dostatecznie umotywowane i dobrze przeprowadzone. Motywacje
całej trójki bohaterów są klarowne, napisane zaś jest to tak, by
drobnymi elementami budzić niepokój czytelnika: czemu gość tak
łapczywie
je? czemu jego ubranie jest suche, choć na zewnątrz pada? dlaczego
nic nie mówi? Nie ma się nawet czemu zżymać na studenta, bo
zachowuje się on racjonalnie (co mu innego zostało), w
każdym razie w granicach racjonalności, które można spokojnie
przyjąć. Dobre, nierozwleczone, polecam.
Źródło.

Najbardziej irytujący bohater: ale
żeby nie było tak różowo – w zbiorze pojawiają się dwa
opowiadania ze słynnym doktorem Johnem Silencem, metafizycznym
detektywem z twórczości Blackwooda. Ach, co to jest za okropna
postać! Liczyłam na coś zupełnie innego, a dostałam wyjaśniacza,
który rozbija klimat, wcina się w najciekawsze miejsca opowieści,
mam też uwierzyć na słowo, że to wspaniały człowiek i kropka,
bo jak nie uwierzę to będę miała (jako czytelniczka) kłopot z
uwierzeniem w cokolwiek innego w tych opowieściach. Występuje
on w dwóch opowiadaniach obecnych w zbiorze: nieco bardziej
klimatycznym „Sekretnym kulcie” i w
opartej na fajnym, ale nie
doprowadzonym do końca pomyśle „Pradawnej magii”. „Sekretny
kult” – oprócz demonicznych niemieckich mnichów – zawiera
sporą porcję niezłej atmosfery. Oto nasz bohater, obecnie
szanowany kupiec, w przeszłości zastraszony, marzycielski chłopiec,
postanawia urządzić sobie podróż sentymentalną do szkoły z
internatem, dokąd niegdyś wysłał go ojciec, by nauczył się
niemieckiego. Szkoła jest prowadzona przez (bliżej nie
skonkretyzowanych, ale jak twierdzi narrator, protestanckich)
mnichów, położona w ciemnym borze, w budynku obwarowana
niczym zamek. I chociaż wszyscy przestrzegają bohatera, że w tym
miejscu zadziało się coś dziwnego, on myśli, że to tylko
podyktowane różnicami religijnymi uprzedzenia. Powiem Wam, że
gdyby w pewnym momencie nie wszedł John Silence, bohater co prawda
skończyłby pożarty przez (prawdziwe
i wyobrażone) demony, ale
przynajmniej pozostałoby klimatycznie. Tymczasem nasz detektyw
przychodzi, roztacza kojącą aurę, niszczy suspens i wykłada
wszystko jak kawę na ławę. Nie jest to tak złe jak w przypadku
„Pradawnej magii”, gdzie nie dość, że robi z bohatera głupka,
to w ogóle niszczy końcówkę opowiadania, ale nadal nie jest to
zajmujące. A o czym jest „Pradawna magia”? Blackwood
wykorzystuje tutaj temat reinkarnacji, pojawia się wątek palenia
czarownic, nade wszystko jednak chodzi o przygodę pewnego zupełnie
zwyczajnego człowieka w dziwnym francuskim miasteczku, w którym
ludzie zachowują się jak… koty. Mówiłam, że pomysł jest
zajmujący? Autor lubi zresztą wystawiać na próbę tak zwanego
„szarego człowieka”, więc nic dziwnego, że i tutaj się
skusił. Tylko po co, ach po co przyplątał się tutaj John Silence?
Opowiadanie wygląda więc
na nieskończone, chociaż wykorzystuje motyw „w magicznej krainie
czas płynie inaczej”, i
aż prosiłoby się o jakieś bardziej finezyjne zagranie na koniec.
No, ale mówi się trudno i czyta się dalej (zwłaszcza że oba
wystąpienia detektywa są na początku zbioru, a potem już go nie
ma, hurra!).

Najmniej zapadające w pamięć
opowiadania:
u mnie to byłoby
„Przejęcie” i „Z przeszłości”, aczkolwiek z różnych
powodów. „Przejęcie”
korzysta z wątku uzdolnionej parapsychicznie guwernantki i
demonicznego dziecka: oto chłopczyk ma zostać oddany bogatemu
wujowi, wuj okazuje się być wampirem energetycznym, chłopczyk zaś
ma dziwne konszachty ze spłachetkiem ziemi, budzącym z kolei w
guwernantce grozę. Nic tam nie rośnie, a ziemia domaga się „karmy”
(jaka to karma można się domyślić, widząc chłopczyka znoszącego
tam zdechłe ptaki). Kiedy
więc wuj przybywa, a wszyscy zasiadają w upalne letnie popołudnie
nad kawą, by roztrząsać losy chłopczyka, sprawy przybierają
nader podejrzany obrót. Problem
polega na tym, że ani my, ani tak naprawdę też bohaterowie, nie
wiedzą, czy to wszystko dzieje się naprawdę? A może to tylko
wybujała fantazja guwernantki? Blackwood w zasadzie daje nam
podstawy, by kobiecie wierzyć, ale zasiewa i ziarno niepewności: bo
czemu tak oschle kobieta komentuje swoje odejście z tego domu? Mimo
to „Przejęcie” jest, według mnie, przeładowane, a nie
dostarcza do końca tylu wrażeń, żeby zapaść mocniej w pamięć.
Trochę tu tego, trochę owego, wuj-wampir energetyczny to już w
pewnym momencie kwiatek do kożucha i trudno jest się właściwie
skupić na treści. W dodatku, ponownie, finał raczej rozczarowuje
niż nagradza tego wiernego czytelnika, który dotrwa do końca. Z
kolei „Z przeszłości” to taka mini rozprawka na temat
złośliwych chochlików zamieszkujących pewien las i miernicznego,
który przymierza się, by go wyciąć. Sympatyczne, ale raczej
fraszka niż opowiadanie grozy.

***

Także jakoś ostatnio narzekam na
twórczość Blackwooda, głównie – może jakoś nieszczęśliwie
manewruję w tej masie opowiadań, którą napisał? Bo nie wierzę,
że kończy się na chwalonych (także przeze mnie, i to bardzo
mocno!) „Wierzbach”. Do których jego opowiadań Wy sami z chęcią
byście wrócili? Co rekomendujecie? A może macie podobne wrażenia
do moich? Jak wygląda Wasza przygoda z tym autorem?

2 thoughts on “Co się czyta, co się nie czyta albo o „Wendigo i innych upiorach” A. Blackwooda

  1. Pamiętam, że jakiś czas temu czytałaś Lovecrafta i napisałem, że zrobiłaś mi na niego ochotę i że będę czytał; no i zacząłem ostatnio "Zgrozę w Dunwich i inne przerażające opowieści" (tłumaczenie Płazy) i się zachwycam, niemniej jestem dopiero na 80 stronie (z ośmiuset). Ale tak się w weekend zachwycałem, że jakiś człowiek w jednej z internetowych dyskusji powiedział, że jak przeczytam Lovecrafta, to powinienem się zabrać za Blackwooda, bo też mi się spodoba. Jednak po Twoich opowiadaniach zaczynam mieć wątpliwości; o ile klimat rzeczywiście może być podobny (potwierdzasz?), to, przy takiej ilości wad, chyba mimo wszystko nie dorówna Lovecraftowi… Ale mimo to przeczytam kiedyś. Tylko najpierw Lovecraft :).

    1. Bardzo się cieszę, sama chcę przez ten właśnie tom przejść jakoś po nowym roku, bo wygląda bardzo apetycznie, a ja chcę przy tej okazji uzupełnić wrażenia z Lovecrafta :-).

      Absolutnie nie zniechęcaj się do Blackwooda: owszem, jego opowiadania są nierówne (ale taka też natura opowiadań), z tym że część jest naprawdę rewelacyjna ("Wierzby"! "Wendigo"!). Sam HPL też tak uważał — widać nawet inspiracje (te oczywiste, jak powtarzanie, że coś jest plugawe, także, ale nie tylko ;-)). Po prostu przydałby się jakiś zbiór "the best of the best", bo zbiory opowiadań Blackwooda "tak po prostu" pokazują tę pewną nierówność i trudno wtedy się w pełni zachwycić nimi jako całością. Co do klimatu: potwierdzam, aczkolwiek znowu — zależy od opowiadania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *