Łyżka dziegciu albo o „Domu pod Lutnią” K. Orłosia

 
Znacie to uczucie w
trakcie lektury, że teoretycznie powieść jest zbudowana ze
wszystkich elementów tak, by się Wam podobała, ale wychodzi to
wszystko jakoś tak… No właśnie. Dzisiaj dwa słowa o takiej
powieści.

O czym rzecz?
Józef Bronowicz,
sześćdziesięcioletni ułan, weteran
wojny polsko-bolszewickiej i kampanii wrześniowej,
wyrusza na Ziemie Odzyskane. Jest rok czterdziesty dziewiąty, kiedy
zaczyna się akcja, ale wiemy, że wyjechał już wcześniej, w
Warszawie zostawiwszy
żonę Izę i córkę Joannę z rodziną. Bohater
wykupuje folwark w małej
mazurskiej wsi Lipowo. Wkrótce przyjeżdża do niego rzeczona córka
z prośbą, by zajął się jej synem – mąż Joanny został
aresztowany przez UB, kobieta boi się, że ją również mogą
zamknąć i zabrać syna, Tomka, do domu dziecka. Liczy, że na
zabitej deskami wsi na końcu świata chłopiec będzie bezpieczny.
Tymczasem Lipowo wcale nie jest taką spokojną przystanią, bo nie
licząc sąsiedzkich perypetii, jakie zdarzają się między nowymi
osadnikami, Mazurami i nastającą
władzą, po okolicy kręci się sporo „podejrzanych” typów.
Dalej spojlery, lojalnie
ostrzegam (chociaż właściwie fabuła nie jest jakoś przesadnie
skomplikowana i nie o zaskoczenia w niej chodzi).

Powiem Wam od
razu, że to taka specyficzna powieść
,
gdzie część elementów sprawia, że czyta się przyjemnie (nie
tylko dlatego, że zwyczajnie dobrze poczytać sobie o wakacjach,
spędzanych w dzieciństwie na wsi – ale też dlatego, że są to
rzeczy dobrze napisane), natomiast część jest, delikatnie mówiąc,
średnio udana. Zacznijmy może od konstrukcji. O ile wątek Tomka,
powoli wrastającego w lokalną społeczność, wraz z którym i my
powoli poznajemy meandry lipowskiego życia, się broni – to
klasyk, ale klasyk dobrze napisany i aż człowiek sam ma ochotę
złapać za wędkę albo wykąpać się w jakimś jeziorze – o tyle
wątek jego dziadka już nie jest taki dobry. Zastanawiam się, co w
nim nie zagrało? Bronowicz to taka chodząca apoteoza przedwojennego
patrioty z dobrego domu, zasłużonego dla ojczyzny, oczytanego,
znającego zasady savoir
vivre’u
i kilka
języków. Wieczorem poczyta na głos wnukowi „Trylogię”, z
kierowniczką szkoły przesiedloną z Wileńszczyzny zagra w brydża,
wobec miejscowego ubeka zachowa się godnie, a z Mazurką odmawiającą
używania polszczyzny bez problemu porozmawia po niemiecku. Jest
w nim jednak coś zbliżonego trochę do Krzysztofa z „Siedliska”
Janusza Majewskiego: jakiś pański ton, w którym brzmi nieprzyjemna
nuta. Bo Bronowicz jest
„ponad”,
ale
w
taki specyficzny sposób. Miejscowa rodzina Ukraińców, przesiedlona
w ramach akcji „Wisła”, odnosi się do niego z ogromną
rewerencją, a jej syn jest u Bronowicza za parobka (chociaż sami
mają dziesięć hektarów ziemi i trudno właściwie dojść, po co
w takim razie posyłają syna „na fornala”). Młode dziewczęta
ze wsi rzucają się mu w ramiona – starsze
również, a przynajmniej się je o to podejrzewa.
Chociaż wszyscy wkoło są zastraszeni, Bronowicz
dopina swego, by ukarać tych, którzy grasują po lasach i strzelają
do zwierząt.

Widzicie,
nie ma nic złego w pozytywnych bohaterach.

Problem pojawia się tam, gdzie bohater jest kryształowy do przesady
– albo gdzie jego drobne rysy tłumaczy się, mimo wszystko, na
jego korzyść. Bronowicz, który pozostawia żonę w Warszawie i
zaczyna nowe, także miłosne, życie na Mazurach, to jest motyw sam
w sobie ciekawy (ile rodzin, z których ktoś wyruszył na Ziemie
Odzyskane, ma podobną historię, czasami schowaną gdzieś i nie
wspominaną). Ale dlaczego autor wkłada mu w usta litanię
usprawiedliwień, że nie mógł już żyć z żoną, bo przez
lata w oflagu (gdzie spędził wojnę) wyobrażał ją sobie inaczej,
a tu ona się zmieniła, co więcej nie ma już takiej ochoty na
seks, bo czasy trudne, coś ją boli i tym podobne. To moje pierwsze
„hm” nad postacią nieskazitelnego pułkownika (bo, a jakże,
wszyscy – nawet nowa ukochana – mówią do niego per „panie
pułkowniku”). Drugie
„hm” przyszło, kiedy spodziewając się potomka nie poinformował
o tym rodziny w Warszawie, a jedynie pozwolił wnuczkowi wysłać
dość chaotyczny list, który dziecko napisało jak to dziecko.
Trzecie
„hm” to już wspomniany stosunek do innych – niby wszystko jest
w porządku, z każdym w jego języku, każdemu oddawane, co jego, a
jednak jakieś dziwne nuty się tu wkradają. Pytanie,
na ile celowo, a na ile przypadkiem.
 
 
Wokół domu Bronowicza rosną ałycze, czyli, jak się okazuje, śliwy wiśniowe. Ponieważ poznałam to słowo dzięki powieści, czemu by nie zilustrować wpisu właśnie ałyczą? Zdj. Alvesgaspar, źródło.
 

Bo
„Dom pod Lutnią” to trochę taki barszcz – smaczny, ale za
dużo w nim elementów.
Jak
na koniec lat czterdziestych, wszystko zdaje się za proste:
luteranie mogą chodzić swobodnie do swojego kościoła, wsie
objeżdża nawet ksiądz na rowerze. Potrzeba batiuszki na wesele
Wasyla? Znajdzie się. Ci,
którzy wyjechali do Niemiec, wspominani są dość ciepło, a
rachunki – jako wyrównane. Chłopcy,
miejscowi koledzy Tomka, rozmawiają ze sobą wprawdzie po niemiecku,
ale dla Tomka przejdą na polski bez problemu. A
paradoksalnie najlepiej
powieść ta sprawdza
się tam, gdzie odsłania te ciemne rysy rzeczywistości.
Bo
kiedy Orłoś pokazuje, że nie wszyscy tak bezproblemowo podchodzą
do rzeczywistości, robi się ciekawiej. Co prawda tutaj też nie
byłam zupełnie kontenta (ależ ze mnie maruda wychodzi), bo
postaci, które zaciemniają obraz, to kierowniczka szkoły i jej
siostra, czarne
charaktery powieści.
One z kolei wszystko postrzegają w ciemnych barwach: dla nich każdy
Ukrainiec to banderowiec, a ubek Żyd i nie dadzą sobie powiedzieć
nic innego. Szkoda,
że nie ma w powieści właściwie żadnego bohatera, który stałby
pośrodku. Bronowicz bowiem miewa co prawda przebłyski pesymizmu
(sprawa testamentu – bodaj
najlepszy i najmniej jednoznaczny motyw w powieści),
najczęściej wówczas wspomina oflag – szkoda może, że nie
dostajemy jakichś retrospekcji, bo może to pomogłoby inaczej
wypozycjonować bohatera? – ale to są przebłyski, niestety,
rzadkie. Generalnie bowiem upewnia wszystkich wokoło, że Lipowo
jest rajem.

A,
przecież, nie jest.
Czemu
we wsi jest tak mało mężczyzn? Jaka jest historia Urszuli,
gospodyni Bronowicza? Co przeszła rodzina Wasyla, zanim trafiła na
Mazury? Jaka jest historia kierowniczki szkoły i jej ponurej jak
kruk siostry? To wszystko są pytania, na które odpowiedzi albo nie
padają, albo padają pośpiesznie, włożone gdzieś w dialog, w
którym postaci muszą sobie – nie zawsze w uzasadniony sposób –
wyłożyć kawę na ławę. Gdyby
więcej miejsca było poświęcone temu, jakie Lipowo jest, a jakim
chce je widzieć bohater, z pewnością można by na tym wątku
więcej ugrać. Mam
też
pewien
problem ze stylem, w jaki napisana jest ta książka. Dużo
jest w niej równoważników
zdań i
zdań bez orzeczenia, które są jakby dopowiedzeniami do
poprzedzających je fraz – ale dają wrażenie, jakby coś tutaj
było niedokończone.
Równie
dużo miejsca zajmują
dopowiedzenia w nawiasach, czasami
powtarzające się zresztą. Myślałam, że może chodzi o taką
pracę pamięci bohaterów – podkreśla się, że Tomek coś
zapamiętał – ale nie przekłada się to na całość. Z
drobnostek wychwyciłam jeszcze, że wspominana guwernantka Borowicza
raz nazywa się inaczej, a raz inaczej. Drobne to rzeczy, ale mogą
denerwować, zwłaszcza jak się już z innych powodów widzi dziury
w lekturze i
nie można ich brać za dobrą monetę.
A
szkoda, naprawdę szkoda, bo Orłoś świetnie gdzie indziej
pokazuje, jak działa pamięć: tam, gdzie Tomek beztrosko podchodzi
do rzeczy frasujących dorosłych, tam, gdzie każe się zapomnieć,
bo wygodniej i tam, gdzie chce się pamiętać drobne, nic
teoretycznie nie znaczące rzeczy. Gdyby tego było więcej, a
pułkownik Bronowicz był mniej kryształowy, do „Domu pod Lutnią”
pewnie bym co jakiś czas wracała. A tak – mam wątpliwości.

8 thoughts on “Łyżka dziegciu albo o „Domu pod Lutnią” K. Orłosia

  1. Przyznaję, że bo lekturze wpisu rodzą się we mnie paskudne myśli na temat pana pułkownika… no, ale książki nie czytałam.

    1. No właśnie najlepiej sprawdzić samemu, bo wiadomo, że każdy czytelnik może inaczej podchodzić do postaci i to, co jednego drażni, drugiego może w ogóle nie ruszać. W moim przypadku pan pułkownik zdecydowanie drażnił (chociaż gdyby, tak jak pisałam, poszerzyć wątek tego, że zdawał sobie sprawę z rzeczywistości i różnych jej paskudnych zagrywek, może moje uczucia byłyby nieco inne).

  2. Ostatnio czytałam kilka opowiadań z tomu "Historia leśnych kochanków" i również zwróciłam uwagę na dużą liczbę równoważników zdań. Miałam wrażenie, że nie łączą się płynnie z poprzednim zdaniem, i myślałam nawet, że to redaktor powycinał niepotrzebne jego zdaniem słowa. A to widać taka maniera autora. Przeszkadzała mi też duża liczba niepotrzebnych myślników.
    I tak sobie powoli czytam te opowiadania, może za miesiąc skończę. 🙂

    1. O, tu miałam podobne wrażenie, niekiedy te równoważniki nie do końca pasowały do całego akapitu (z kolei ja myślałam, że to takie dodatki autora, nie wycinki redaktora ;-)). Myślników nie zauważyłam, ale ogólnie chyba możemy się zgodzić, że widać taki styl pisania obrał autor. Czekam w takim razie na wpis z wrażeniami z lektury, bo zastanawiam się, czy po coś autora jeszcze sięgać (i po co).

  3. Dzięki ilustracji do tekstu ja też się nauczyłam, co to ałycz, a dzięki samemu tekstowi, że „Domu pod Lutnią” raczej niecierpliwie szukać nie będę 🙂

    1. To ja tylko może doprecyzuję, że jest to "ałycza" i że można też tej nazwy używać na mirabelkę (pytanie, czy właściwie, pozostaje otwarte :-)).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *