Niby smoki, a jakoś smutno albo o „Smoku Jego Królewskiej Mości” N. Novik

 
Wraz ze zbliżającym się szybko grudniem moje wysiłki, by przeczytać wreszcie wszystko, co Mikołaj dostarczył w zeszłym roku, zintensyfikowały się. Przeczytałam więc w końcu czekającego grzecznie na półce „Smoka Jego Królewskiej Mości”. No i co, zapytacie? Ano, odpowiem, trochę jestem jednak rozczarowana.

O czym rzecz? W
świecie, który prezentuje nam Naomi Novik, trwa epoka wojen
napoleońskich, z jednym, ważnym jednak, dodatkiem: to świat, w
którym oprócz wszystkiego, co znamy, żyją również smoki. Smoków
jest sporo, mają własną historię, wykorzystuje się je w siłach
zbrojnych od czasów rzymskich, tworząc latające szwadrony, używane
na polach bitew. Oprócz zatem morskich potyczek
brytyjsko-francuskich i sławienia dzielności generała Nelsona,
będziemy mieli okazję obserwować, jak w boju z Bonapartem sprawuje
się zdobyty na francuskiej fregacie niezwykły smok Temeraire i jego
przypadkowy właściciel, dawniej kapitan floty, obecnie w służbie
lotniczej, Will Laurence.

Zapowiadało
się więc smakowicie („smoki!”, „Napoleon!”, „XIX-wieczna
Anglia!”), a wyszło… różnie. Zastanawiałam się już w
trakcie lektury, co mi, mówiąc prosto, nie styka i powiem Wam, że
nie do końca wiem. Napięcie jest niewyważone? Opisy wszystkiego
oprócz smoków dość skąpe? Główny bohater jakoś za szybko
przebywa z punktu A do punktu B w swoich rozważaniach nad światem?
Wydarzenia są schematyczne? Świat przedstawiony nie przekonuje? Po
trosze na pewno wszystkie te powody. Widzicie, myślę, że gdybym
nie tak dawno nie czytała „Perswazji” Jane Austen, może mniej
by mnie to wszystko kłuło w oczy. Dlaczego? Widzicie, akcja
„Perswazji” przypada na ten sam właściwie okres, co akcja
„Smoka Jego Królewskiej Mości”, główny męski bohater służy
we flocie (musi się też podobnie dorobić, ma problem z ożenkiem,
bo nie jest za dobrą partią, póki się, no właśnie, nie dorobi i
tym podobne – jest tego trochę), siłą
rzeczy więc te skojarzenia nasuwały mi się same.

I
tu ujawnia się, moim zdaniem, kluczowa słabość prozy Novik. Ten
świat jest trochę niedomyślany – może rozwija się w kolejnych
częściach (jeszcze nie wiem, czy mam ochotę sprawdzać, warto?) –
ale w tej części pierwszej smoki są jakby dosztukowane do całości,
a całość pruje się przez to przy brzegach (smok ciężkie
zwierzę, wiadomo). Żeby
zachować względną równowagę pomiędzy „jest początek XIX
wieku, bohatera pętają pewne konwencje” a „to świat, w którym
ludzie latają na wielkich gadach” autorka stara się przekonać
czytelnika, że życie oficerów Korpusu, czyli jednostki, w której
szkolą się, żyją i pracują smoki oraz ich jeźdźcy, pozostaje w
dużej mierze tajemnicą dla, no właśnie, dla wszystkich innych. W
armii się nie orientują, w dobrze urodzonych rodzinach też
niespecjalnie, nawet jeśli jest w nich tradycja „oddawania syna do
Korpusu”, jak świadczy przypadek Rankina, jedynymi osobami w miarę
zorientowanymi są mieszkańcy wsi nieopodal kryjówek (czyli miejsc
przebywania smoków, znacząca nazwa, nie wiem niestety, jak w
oryginale), ale nie za wielu ich dostajemy. Innymi
słowy musimy zawiesić na kołku niewiarę i przyjąć, że nikt nie
wie na przykład o tym, że w Korpusie na wysokich stanowiskach służą
kobiety. A to, mimo wszystko, zupełnie podważa myślenie o roli
kobiety w tak sformatowanym świecie.
 
 
Tak mi było smutno podczas lektury, o.
 

Nie
mam zwykle problemu z zawieszeniem niewiary, jeśli przemawia do mnie
w powieści coś jeszcze. W „Smoku…” jednak takich elementów
było niewiele. Nieco schematyczny, ale dość satysfakcjonujący
wątek relacji Laurence—Rankin, pokazujący, jak bardzo nie można
polegać na pozorach, bezpruderyjna kapitan Roland (aż chciałoby
się więcej), czy Temeraire i jego uwielbienie dla książek – to
wszystko są rzeczy bardzo ciekawe, ale stanowiące raczej ozdobniki.
Niewątpliwie Novik dołożyła starań, żeby stworzyć ciekawe
smoki, dopracowała ich rasy, to, gdzie występują i aż człowiek
by takiego smoka sam z chęcią miał (inna sprawa, że ciut za
szybko odbyło się pogodzenie i zachwyt Laurence’a, który na
początku zwyczajnie żałował, że nie będzie mógł chodzić do
opery). Z drugiej strony Temeraire jest aż zbyt idealny i z każdą
stroną dowiadujemy się, że jest jeszcze idealniejszy, przez co
odpadają kolejne zwątpienia i tęsknoty Laurence’a. Za szybko, za
prosto, bohater bez dylematów robi się zwyczajnie nudny. A i na
akcję nie ma co liczyć, bo niby mamy bitwy w powietrzu, ale
wypełnione są one głównie technikaliami, a autorka ubije tu i tam
jakiegoś nieszczęśnika, ale że nie wiemy o nim za dużo lub nie
wiemy o nim nic, to i niespecjalnie czytelnika to ubodzie.

Ano
właśnie, bo Novik ma jeszcze denerwujący sposób wprowadzania
nowych informacji: albo po fakcie (na zasadzie akcja – dopisek:
wczoraj otrzymał list, w którym…), więc nie jesteśmy przy
bohaterach wtedy, kiedy rzecz się dzieje, albo dodaje je ad
hoc

(na zasadzie: teraz jest mi to potrzebne, oto postać).
W ten sposób prowadzenie
postaci przypomina trochę zwisanie na linie z uprzęży smoka: może
zauważymy, że ktoś tam jest i wciągniemy nieszczęśnika na górę,
a może nie zauważymy i będzie tam sobie smętnie zwisał z
drętwiejącymi nogami do końca naszej podróży ze „Smokiem Jego
Królewskiej Mości”.

Narzekam,
ale głównie dlatego, że miałam dość spore oczekiwania co do tej
powieści. Nie liczyłam na arcydzieło, ale na porządną
przygodówkę trzymającą w napięciu, z lubialnymi bohaterami, na
których mi będzie zależało. A tymczasem nawet nie jestem
specjalnie ciekawa, co też się z nimi w kolejnych częściach cyklu
będzie działo. Czy warto przeczytać? Dla smoków, owszem. Dla
całej reszty – niekoniecznie. Smutek!

18 Replies to “Niby smoki, a jakoś smutno albo o „Smoku Jego Królewskiej Mości” N. Novik”

  1. Och, a ja kocham Temeraire'a i jego świat wielką miłością. To prawda, że bywa schematycznie, ale w kolejnych częściach robi się coraz ciekawiej i ciekawiej (tom 4 i 5 to mistrzostwo). Postaci się rozwijają, zwłaszcza Laurence; Temeraire ma potem swój punkt widzenia. I pojawiają się nowi świetni bohaterowie.
    111/10 w ciągu ostatnich dwóch lat przeczytałam już dwa razy całość i zastanawiam się, kiedy wypada czytać po raz trzeci.

    1. Jeśli dostarcza radości, to zawsze wypada :-). Mój problem z Temerairem jako samą postacią polega na tym, że to, co w nim ciekawe (choćby, jak orientuje się Laurence, to, że smok niekoniecznie musi rozumować tak jak człowiek, gdy chodzi na przykład o to, jak wygląda "obowiązek względem ojczyzny") jest przełamywane przez nieustanne dorzucanie nam przez autorkę jak diabeł z pudełka zalet smoka. Aż chciałoby się, żeby coś w tym mechanizmie zazgrzytało.

  2. O, bardzo by sie wpisywalo w moja melancholie polekturowa Czterdziesci i cztery! Nie chce wychodzic z alternatywnego XIX stulecia!! Aaaa, Naomi Novik… no coz.

    Jest cos dziwnego w Naomi Novik. Osobiscie zaczelam czytac Uprooted ze wzgledu na silne slowianskie konotacje i element retellingu basni i frustracja mi rosla z kazda strona. Nie tylko dlatego ze autorka nie ma milosierdzia dla nieslowianskich czytelnikow (czy bardzo bolaloby ja w dusze gdyby napisala Aga zamiast Agnieszka? Albo zapisala sz fonetycznie zeby angielscy czytelnicy wiedzieli jak wymawiac? Iluz sfrustrowanych czytelnikow widzialam na Goodreads! Ktos nawet nazwal bohaterke Agnoying (pod haslem "trzeba ja jakos nazwac zeby sie to dalo wymowic, nie bede przepraszac"). Az mnie fizycznie bolalo, jak bardzo bohaterka byla ach och unikalnym platkiem sniegu i stereotyp stereotypem poganial w konstrukcji. Fabula skladala sie praktycznie wylacznie z dziur i nielogicznosci. I kiedy tak parskalam i prychalam na Goodreads ludzie wrzucali oszalamiajace ilosci reviews z piecioma gwiazdkami, jaka to cudna powiesc jest. To co piszesz o Smokach wpisuje sie wlasnie we wszystkie zarzuty jakie mialam, choc nie wiedzialam, ze smok moze byc Mary Sue 🙂 Ach serce mnie boli.

    1. "Czterdzieści i cztery" coraz bardziej czuję, że muszę przeczytać, chyba pora pisać list do świętego Mikołaja ;-). Ale właśnie ze "Smokiem…" jest ten problem, że ta alternatywna historia tutaj, no cóż, nie jest za bardzo ani alternatywna (z powodów wymienionych we wpisie), ani historią też jakoś bardzo nie jest. Rozumiem, że główny bohater musi przywyknąć do wielu rzeczy, ale on właściwie nie bywa w szoku, nie buntuje się, ot, przyjmuje wszystko, co inne niż to, w czym go wychowano, dość gładko. Czasem się zakrztusi, ale mu mija.

      O "Uprooted" dużo słyszałam, ale nie zdecydowałam się jeszcze na lekturę — też dlatego, że chciałam najpierw przeczytać "Smoka…", bo bardzo mi polecano tę powieść, a tę drugą już jednak mniej. No właśnie, skąd się bierze to przekonanie, że bohater/ka nie powinien mieć wad, bo jeszcze czytelnik go porzuci? Ja bym tam z chęcią o jakichś wadach i wcale nie-niezwykłościach Temeraire'a poczytała, a tak za każdym razem, kiedy coś się działo, wzruszałam ramionami, bo wiedziałam, że zaraz się przecież na pewno okaże, że Temeraire posiada jakąś zdolność, która szybko uchroni bohaterów przed katastrofą. Więc mogę zalegać z Weltschmerzem rozczarowania na sofie ;-).

  3. Czytałam tom I dawno temu, ale pamiętam tylko tyle, że mnie nie zainteresowało. Chyba wtedy też nie lubiłam fantasy z cyklu "alternatywna historia", teraz mi się gust zmienił, ale raczej do tego cyklu nie wrócę ^^

    A z książek o alternatywnej historii gorąco polecam "Jonathan Strange i pan Norrell" Susanny Clark. Mamy XIX wiek, w którym magia jest czymś zwyczajnym, wojnę na Półwyspie iberyjskim, konflikt między magami i fajnych bohaterów 🙂

    A tak z innej beczki (choć nie całkiem, bo w pewnym sensie to też dotyczy alternatywnej historii :D) – Pyzo, planujesz kiedyś jakąś notkę o "Trzech muszkieterach"? Bo wzięło mnie teraz na powtórkę i ciekawią mnie opinie innych 😀

    1. Czytałam "Jonathana…", nawet sprawiłam sobie w końcu własne wydanie i muszę w końcu powtórzyć, bo jestem ciekawa swojego odbioru dzisiaj — wtedy, te kilka lat temu, rozczarowała mnie sama końcówka, a zwłaszcza rozwiązanie wątku miłosnego.

      Hm, musiałabym sobie powtórzyć "Trzech muszkieterów", bo czytałam dawno temu (ale z dużym zapałem, więc nie wykluczam wcale). Chociaż pierwszym Dumasem na tapecie jest póki co "Królowa Margot", będziemy ją gościć na Piknikach z Klasyką w lutym :-).

    2. Mnie końcówka zadowoliła, choć smutna była 🙁 Autorka planowała kontynuację, ale dotąd ni widu ni słychu…

      O, dobrze wiedzieć o "Królowej Margot" 🙂 Może też sobie powtórzę, jakoś mnie wzięło ostatnio na Dumasa.

    3. Smutna, ale też muszę przyznać bardziej smutna dla bohaterki niż dla bohatera — i to mi jakoś zepsuło radość z lektury, bo miałam takie poczucie niesprawiedliwości (trudno mi już mówić o samym wykonaniu, ale czytałam tak szybko, że może zbyt emocjonalnie do tego podeszłam ;-)).

      "Królowa…" jednak w maju, przepraszam za wprowadzenie w błąd. Także jakbyś miała ochotę — zapraszamy do wspólnego czytania :-). A ja z Dumasa polecam jeszcze "Biesiadę widm", o której ostatnio pisałam, sporo niespodzianek i dobra zabawa :-).

  4. Och, szkoda, że Temeraire Cię rozczarował, ale mimo mojej miłości do tego cyklu rozumiem, co może w nim zgrzytać. Acz radziłabym jednak przeczytać chociaż jeszcze dwa kolejne tomy – jest przyczyna, dla której ten cykl zaczął zgarniać nagrody za omnibus trzech pierwszych tomów, a nie za sam pierwszy.;)

    Temeraire zdecydowanie wygląda na Gary'ego Stu, ale to specjalny zabieg autorki, mam wrażenie – w kolejnych tomach będzie się coraz mocniej okazywało, że wcale aż tak wyjątkowy nie jest, że to tylko europejska perspektywa (będzie dużo o kolonializmie). Ogólnie ten cykl Novik jest dość… ekspozycyjny, w czym przypomina mi trochę Ekumenę Le Guin – autorka bardziej skupia się na testowania pewnych modeli społecznych i konfrontowaniu z nimi bohaterów pochodzących z zewnątrz niż na budowaniu im relacji i charakterystyk (bohaterom, nie modelom).

    A, i dopiero w drugim tomie pojawia się moja absolutnie ulubiona bohaterka (do tego stopnia, że mam na blogasku poświęconą wyłącznie jej notkę. Ale z krytycznymi spoilerami).;)

    1. No dobrze, przekonuje mnie ten argument, że warto czytać trzy pierwsze tomy jako pewną całość i w takim razie zajrzę do nich (ale chyba za chwilę, muszę trochę odsapnąć ;-)). I wtedy będę mogła przeczytać notkę o bohaterce :-D.

      Natomiast — z perspektywy tego pierwszego tomu — Novik nie wydaje mi się zainteresowana testowaniem różnych hipotez w rozmaitych środowiskach, tak jak jest u Le Guin. Ja miałam wręcz wrażenie, że ją niespecjalnie interesuje cały XIX-wieczny sztafaż, który wybrała, a jedynie smoki. Bo smoki są dopracowane, są takim oczkiem w głowie autorki, a cała reszta wypada przy nich blado i nieinteresująco. I nieprzekonująco, bo trudno mi uwierzyć w te postaci jako ludzi z epoki.

    2. Wiesz, w sumie nie wiem, jak Ci argumentować, bo dotąd zawsze spotykałam się z odwrotnymi zarzutami: że Lawrence taki rozmemłany, tylko Honor i honor, że za wolno zmienia zdanie, bez sensu trzyma się swoich przekonań i w ogóle jakiś niedzisiejszy taki.;D To może tylko polecę Ci "Historię naturalną smoków", tam chyba obyczajowość (pseudo)epoki oddano lepiej (no i smoków mniej, wręcz niezadowalająco mało w końcówce).

      "Ja miałam wręcz wrażenie, że ją niespecjalnie interesuje cały XIX-wieczny sztafaż, który wybrała, a jedynie smoki."
      Tu masz trochę racji – autorka na jednym z konwentowych paneli przyznała, że wybrała epokę napoleońską dlatego, że gdyby wybrała bardzie współczesną, musiałaby konkretnie i naukowo wytłumaczyć mechanizm lotu smoków.;) Ale kolejne tomy chyba trochę pomogą na Twoja niewiarę, bo zaczynamy podróż dookoła świata właściwie, a w dalekich krajach to niedopasowanie raczej nie będzie rzucało się w oczy (no i historia robi się tutaj nieco bardziej alternatywna).;)

    3. Kurczę, dla mnie Laurence był zupełnie nie z epoki, ale tak jak pisałam: pewnie gdyby nie ta dość duża zbieżność w czasie przy lekturze "Smoka…" i "Perswazji", gdzie naprawdę bohaterowie są dość zbliżeni w ustawieniach wyjściowych (nazwijmy to tak ;-)), może nie zwróciłabym na to aż tak dużej uwagi. A tak jednak rzucało mi się to cały czas w oczy. Jakby Laurence pozostał w Korpusie jedyną osobą, która przez większą część czasu (raczej) pamięta, w jakim okresie historycznym żyje ;-). Ilość smoków mi zupełnie nie przeszkadzała, ale "Historię…" mam w planach :-).

      Hm, czyli zgadłam ;-). To trochę widać, że epoka mniej autorkę interesuje. Dość mało jest tła, detali, a i mechanizmy działania społeczeństwa są dość pobieżne i przez to mało wiarygodne. Ale przede wszystkim jednak miałam wrażenie, że to, co Novik wymyśliła, jest bardzo odseparowane od tego, co miała już jako materiał "zastany" i nie bardzo chciało jej się wciągać jednego w drugie.

      OK, dodaję sobie na GoodReads dwa kolejne tomy, żeby się przekonać, jak to jest i czy się cała rzecz rozwija, no i w jakim kierunku :-).

  5. Zawsze mi się ten cykl myli z cyklem Kate Elliott, który rozpoczyna się od "Królewskiego smoka". Była to jedna z moich pierwszych recenzji dla Poltergeista i też narzekałem na sztampowość.

    Temeraire nie czytałem, ale zawsze ostrożnie podchodzę do argumentów, że trzeba przeczytać 2-3 tomy, żeby się przekonać. Podobnie jak w przypadku gier – pograj 20 godzin, to zobaczysz. Za dużo książek, za mało czasu. Choć w sumie dużo zależy od tego, kto poleca.

    1. O, a ja nigdy nie słyszałam o "Królewskim smoku" z kolei — ale z tego co piszesz, nie warto się za nim jakoś specjalnie rozglądać?

  6. Ja z kolei przed zabraniem się za ten cykl postanowiłam przeczytać wspomnianą wyżej jako Uprooted "Wybraną" i widzę, że wady, jakie wypisałaś, tam też występują. Szczególnie tłumaczenie po czasie i ad hoc, z tym że w realiach fantastyczno-baśniowych nie jest to z pewnością tak rażące jak w alternatywnej historii XIX wieku. Jako czytadło mi się "Wybrana" bardzo podobała, moim zdaniem wyróżnia się na tle podobnych pozycji tym właśnie, że główna bohaterka ma wady i – mimo oczywistego bycia specjalnym płatkiem śniegu (czego się akurat w tym wypadku nie czepiam, bo to konwencja baśni, z założenia jest stereotypowo) – swojej mocy się uczy. Poza tym jest tam rzadki wątek nie rywalizacji między postaciami kobiecymi, a kobiecej przyjaźni. Bawiło mnie też, że truloff o smoczej mocy nazywa się Sarkan, bo węgierski smok to sárkány (szarkań) – doskonały przykład na dość opkowe sięganie po słownik "dziwnego" języka, aby podkraść nazwę dla elementu świata fantasy.

    Też chciałam polecić Strange'a i Norrela! "Czterdzieści i cztery" mnie rozczarowało, za dużo autor wrzucił do kotła i przez to odniosłam wrażenie zmarnowanego potencjału wielu wątków – szczególnie tych wynikających z alternatywnej historii Europy i z pogańskich wierzeń. "Lód" Dukaja z kolei przesadzony był w drugą stronę, a zapowiadał się rewelacyjnie. Podobno podczas redakcji ciachnięto 600 stron; nawet sobie nie wyobrażam, jaki mikroskopijny rozmiar miałby tekst tej cegły, gdyby wszystko wydrukowali. 😀
    Bardzo łaknę dobrych historii alternatywnych, ale niezwykle ciężko takie znaleźć. Jeśli ma ktoś jakieś polecanki na podorędziu, to będę wdzięczna!

    1. Hm, zastanawiam się, bo jednak to jest specyficzny styl pisania, to dorzucanie wyjaśnień po jakimś czasie (chodzi mi na przykład o sytuację, w której postać A, B i C są w pokoju, ale mamy dajmy na to tylko rozmowę między A i B, i już po wszystkim narrator dorzuca nam wiadomość, że a jakże, postać C też była w pokoju i w czasie rozmowy robiła to i tamto). Tutaj chyba żaden sztafaż nie pomoże, to raczej niedopatrzenie ze strony autora/redaktora.

      Ooo, a ja z kolei bardzo dobrze wspominam "Lód" :-). Podobał mi się właśnie rozmach tej książki, poza tym sama wizja alternatywnych losów tej części świata do mnie przemówiła, spotykane na kartach powieści postaci wywoływały radosny chichot, a to, jak filozofia wpłynęła na politykę roztopiło moje zwykle marudzące serce ;-). Jasne, można było spokojnie jeszcze wprowadzić sporo skrótów, ale Dukajowi akurat tu wybaczam, bo sporo radości mi ten "Lód" jednak dostarczył :-).

      Z nowości dotyczących historii alternatywnej zastanawiam się nad sięgnięciem po nową powieść Zygmunta Miłoszewskiego, sama mam do nadrobienia "Czterdzieści i cztery", jak wiadomo (nie za bardzo umiem w nowości ;-)). Co bym sama poleciła: cykl "Sarantyńska mozaika" Kaya, bardzo mi się swego czasu podobał, cykl o Thursday Next Jaspera Ffordego, o, i jeszcze "Dumanowski" Wita Szostaka.

    2. Dzięki za polecanki! Zaczaję się najpierw na tego Szostaka, bo parę jego książek już czytałam i stylowo mi pasował. Na Miłoszewskiego poczekam, aż będzie na Legimi, ale póki co znam niestety głównie nieprzychylne recenzje.

      Zgadzam się co do tego przykładu wyjaśnień, jaki przytoczyłaś – to ewidentnie pokazuje, że całość nie została wcześniej przemyślana (ani później sprawdzona i poprawiona). Tylko ja jestem znacznie bardziej krytyczna, jeśli bierze się na tapetę historię i w niej miesza… 😉 "Wybraną" zaszufladkowałam sobie jako czytadło i na wstępie miała przez to obniżoną poprzeczkę. Historia alternatywna to niesamowicie trudny gatunek i dla autora, i dla czytelników (ponoć właśnie przez czytelników "nie opłaca się" jej pisać inaczej niż w skrzyżowaniu z elementami fantasy), pod tym względem też bardzo dobrze wspominam "Lód". Faktycznie tak to napisałam, jakby mi się nie podobał, ale wręcz przeciwnie – być może to najlepsza powieść w tym gatunku, jaką czytałam. 🙂 Sięgałam później po "Xavrasa" i inne alternatywy Dukaja, te już mi niezbyt przypadły do gustu. W "Lodzie" świat jest przemyślany w najdrobniejszym szczególe – i właśnie wykładanie tego wszystkiego zrobiło się nieco męczące. Trochę tak to odbierałam przy czytaniu, że jeszcze lepsza by ta powieść była (rewelacyjna właśnie), gdyby autor więcej zachował dla siebie. Z kolei "Czterdzieści i cztery" Piskorskiego byłoby świetne, gdyby autor więcej pokazał czytelnikom. 😀
      (Mnie się nie dogodzi!)

      Aha, nieco zahaczając: "Czterdzieści i cztery" wygrało rywalizację z "Pustym niebem" Raka i zgarnęło nagrodę Żuławskiego – ja bym nagrodziła Raka. 😉 Niesamowity klimat stworzył, a że mam sentyment do Lublina, to całkiem przepadłam.

    3. "Lód" czytałam ładnych parę lat temu, więc mogę nieco przekoloryzowywać wrażenia, ale mnie ostało się w pamięci właśnie to, że autor za wiele nie wyjaśniał. To znaczy jeśli na przykład nie wiedziało się, kim był Struve, to trzeba było sięgnąć poza książkę, żeby się dowiedzieć i docenić, jak został wmontowany w całość — postaci nie były przywoływane tak, by wszystko od razu było jasne, mechaniki tego świata uczyło się po trochu, troszkę z bohaterem, troszkę samodzielnie. Zwłaszcza jak bohater zaczął mieszać z "się", trzeba było na własną rękę zacząć podróż przez te lody ;-).

      O, właśnie, "Puste niebo" też zdecydowanie mam na liście! Sporo ostatnio wyszło książek, które chcę przeczytać, nieźle jak na mnie, chociaż pewnie zanim się u mnie pojawią, już opadnie z nich aura nowości, ale trudno ;-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.