Krótka warszawska przygoda albo o „Duszach w niewoli” B. Prusa

 
Może na początek
oddam głos narratorowi, bo akurat pasuje do okazji, więc szkoda by
było nie skorzystać.


Skończył się październik. […] W dzień Zaduszny Lachowicz z siostrą byli z rana na nabożeństwie żałobnym, po południu zaś około czwartej pojechali na cmentarz.

Już na ulicy Dzikiej dostrzegli zwiększony ruch pieszy i konny. Bliżej rogatek pojedyncze dorożki i luźne gromadki osób poczęły się skupiać. O kilkanaście kroków dalej, trzeba już było zwolnić jazdę, ulicę bowiem wypełniły dwa szeregi powozów, jadących i wracających, a chodniki zajęła ciżba ludu.

Pod samymi rogatkami piesi i jezdni utworzyli jedną zbitą, czarną masę, wśród której niepodobna już było ruszyć się. Lachowicz wszedł z siostrą i z wolna począł torować ścieżkę wśród tłumu.

Po lewej stronie ulicy, pod parkanami, spoza których wyglądały nagrobki do nabycia ukazywał się dość zresztą rzadki szereg żebraków […]. Były to dopiero przednie straże, główna bowiem armia dziadowska uszykowała się wzdłuż cmentarnego muru.

W tejże okolicy zobaczyć było można jedyną w swoim rodzaju wystawę. Tu Włoch wędrowny ulokował się z koszykiem gipsowych posążków. Dalej przekupka jabłek i pierników rozbiła swój stragan. O kilkanaście kroków za nią sprzedawano żółte kanarki papierowe w małych klateczkach, dalej bukiety i wieńce sztucznych kwiatów, dalej pierniki i obwarzanki, potem znowu jabłka, następnie wieńce metalowe, i tak bez końca. […] Między publicznością, jak zwykle, przemagały liczbą kobiety w ciemnych i mniej ciemnych strojach. Tłoczono się i popychano, nawoływano tych, którzy zginęli w tłumie, rozdawano jałmużny, kupowano ofiary na groby, wreszcie rozmawiano i śmiano się. […] Zamęt i hałas jeszcze bardziej powiększyły się w bramie. Tu już trzeba było zapomnieć o całości sukni, a natomiast torować sobie miejsce przemocą.

Na cmentarzu wszystkie aleje były pełne osób, dążących w różnych kierunkach. Jedni oglądali pomniki, inni porządkowali groby, ozdabiali je kwiatami i ustawiali kagańce. Obok klęczącej kobiety w żałobie, na żelaznych poręczach nagrobków gimnastykowali się mali chłopcy; obok płaczących – śmiano się i gawędzono wesoło.

Bolesław Prus, „Dusze w niewoli”, wydanie Wydawnictwa Episteme 2016, strony 281-282
 

Zwiedziwszy
z Prusem Powązki w Dzień Zaduszny – a akurat „Dusze w niewoli”
to powieść, w której takich obrazków z życia Warszawy, choć
rzecz jasna mniej niż w „Lalce” rozbudowanych, jest więcej –
wróćmy może do uwag natury nieco bardziej ogólnej. Nazywana
pierwszą właściwie powieścią autora, nie była specjalnie
ceniona przez krytykę – a i, jak się doczytałam w posłowiu,
wydanie Episteme jest drugim powojennym, więc też i niespecjalnie
popularna – a szkoda. „Dusze w niewoli”, historia dwóch
malarzy: Jerzego Sielskiego i Ludwika Lachowicza, ich wzajemnych
powiązań i perypetii, to bardzo ciekawa lektura, chociaż niekoniecznie przez wzgląd na głównych bohaterów.
I nie
tylko ze względu na Warszawę (choć też: scena, w której
Lachowicz z siostrą siedzą na balkonie i patrzą na dachy
jesiennego miasta, zastanawiając się, kto będzie na nie patrzył
za lat kilkanaście – a jest koniec XIX wieku – to jedna z
bardziej przejmujących), ale także dlatego, że Prus skreślił tu
kilka znakomitych postaci, zaludniających dalsze plany.
 
 
Skoro Prus i Powązki, to warto zajrzeć na grób samego pisarza. Zdj. Jolanta Dyr, źródło.
 

Nie
brakuje komizmu, obecnego też w „Pałacu i ruderze”,
który to komizm często wynika z bardzo uszczypliwej narracji. Autor
swoich bohaterów, zwłaszcza drugoplanowych, nie oszczędza.
„Dusze…” wyrastają jednak chyba najbardziej jeszcze z
reporterskiego doświadczenia autora, bo wstępy do rozdziałów
często przywodzą na myśl niektóre ustępy „Kronik”,
można zresztą odnieść wrażenie, że niekiedy nie grają jeszcze
zupełnie z kompozycją całości, ale są takimi wycyzelowanymi
detalami, którymi czytelnik ma się zachwycić samymi w sobie (swoją drogą miał Prus ucho do pierwszych zdań!). Ale,
no właśnie, ta galeria postaci drugoplanowych, to jest, powiem Wam,
coś. Zwraca na siebie uwagę właściwie od początku, po pierwszy
rozdział rozgrywa się w cukierni, pełnej artystów i ludzi
aspirujących do tego miana, arystokratów, bogaczy
i ludzi mających wolny czas. Już tam kąśliwe mini portrety
niektórych z nich zwracają uwagę. Największą bodaj: postać
niedoszłego powieściopisarza Romana, człowieka, który właściwie
nie ma wyobraźni, więc wszędzie chodzi „obserwować typy” i
zapisuje uwagi w zeszycie, łudząc się, że w ten sposób kiedyś
faktycznie napisze wielką powieść. Prus natrząsa się z niego
niemiłosiernie – mnie z kolei przypomniała się biografia autora pióra Moniki Piątkowskiej
i jej propozycja odczytywania postaci z powieści Prusa jako
odpowiedników autora; sam Prus zdaje się pod postacią Romana
obalać pomysł, jakoby pisanie mogło wynikać wyłącznie z bacznej
obserwacji, bez dozy wyobraźni. Wszak nasz niedoszły literat
niczego przez całą powieść nie napisze, a potem skompromituje się
i będzie już tylko posyłał innym
bohaterom mroczne i smutne spojrzenia.

Główni
bohaterowie i ich rozterki życiowe, choć interesujące, nie są aż
tak ciekawi. Czemu? Moim zdaniem przede wszystkim dlatego, że Prus
dość szybko i łatwo rozwiązuje konflikty, które między nimi
powstają. Owocuje to co prawda bardzo przejmującym zakończeniem,
gdzie komizm i tragizm mieszają się w równych proporcjach (dla
każdego będzie coś miłego, bo i łzę można uronić, i posarkać
na nieczułe społeczeństwo, ale i happy
end
też się znajdzie),
ale w trakcie lektury nie sposób nie mieć wrażenia, że coś to
wszystko idzie za prosto i za łatwo. Autor wplątuje bohaterów w
sytuacje, które mają być może być nieco tajemnicze, ale
czytelnik szybko się domyśli, kto, z kim i gdzie, bo nie są to
wątki aż tak rozbudowane. Warto
natomiast zwrócić uwagę na to, jak ładnie przeplata się wątek
tytułowych „dusz w niewoli” (powieść pierwotnie nazywała się
„Oszukany” i dobrze, że tytuł się zmienił, bo zwyczajnie
lepiej pasuje). „Niewola” ma tutaj różne oblicza: od tej
politycznej, bo wspomnienia o minionym powstaniu styczniowych i jego
nadal odczuwalnych skutkach pojawiają się kilka razy, przez niewolę
konwenansu, taką narzucaną przez społeczeństwo, ale i przez
siebie, po niewolę duchową (pojawi się nawet ciekawie
przekształcony wątek cyrografu) i
miłosną.

Można
zapewne, jak chcą krytycy – o czym w przedmowie do mojego wydania
pisze Ewa Paczoska – dopatrywać się w „Duszach…” pewnych
zalążków „Lalki”. Faktycznie, jest i chcący się przysłużyć
innym bohater, zbijający majątek i tymże majątkiem służący,
jest zguba czyhająca na nazbyt szlachetnych, jest siła plotki, jest
wreszcie ta Warszawa, miasto ożywające pod piórem Prusa. Ale
ja bym jednak nie traktowała „Dusz…” jako wprawki, bo naprawdę
warto je przeczytać same dla siebie – nie jest to lektura zbyt
długa, a obserwować miasto i krążące po nim, niekiedy dziwaczne,
niekiedy żałosne, niekiedy żal, a niekiedy złośliwą radość budzące postaci, to czytelnicza
radość w najlepszym wydaniu. Choćby nawet człowiek wiedział, ku
czemu to wszystko zmierza.

Za
książkę dziękuję Wydawnictwu Episteme, a za kolejne tomy dzieł
zebranych Prusa niezmienne trzymam kciuki. W tym tomie znajduje się
jeszcze „Anielka”,więc powrócę do pisania o nim za czas jakiś.

4 thoughts on “Krótka warszawska przygoda albo o „Duszach w niewoli” B. Prusa

  1. No pięknie, a ja właśnie czytam Lalke i jadę do Warszawy… Bo nie wyobrażam sobie zwiedzania tego miasta bez kontekstu Prusa. A przy okazji na nowo odkrywam samą Lalkę. Może uda mi się jeszcze przeczytać te duszyczki w czasie pobytu w stolicy, bo jestem pewna, że w Krakowie nie będą tak dobrze ,,smakowały" jak w swoim rodzinnym mieście.

    1. To spróbuj koniecznie, bo oczywiście "Lalka" — wiadomo, ale w listopadzie przyjemnie się powinno stolicę zwiedzać przy lekturze "Dusz w niewoli" właśnie (a rzecz jest naprawdę krótka, jak na powieść i Prusa 😉 : w wydaniu, o którym piszę, dwieście stron).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *