Jak przeczytać „Ulissesa” i nie zwariować albo Nabokoviada (niemal) ostatnia

No to co, zobaczymy,
co z tego wyszło? To była jednak lektura! Czy Joyce zabił powieść?
Kim jest człowiek w makintoszu? I o co chodzi z tą lubością
opisywania pracy pęcherzy kolejnych bohaterów?

Wszystko
w tej książce jest jakby umyślnie spartolone.
Vladimir
Nabokov, Wykłady o literaturze, s. 415
Na początku chyba
należy się Wam kilka słów o samej lekturze „Ulissesa”.
Bo to
jednak ze wszystkich powieści, z którymi spotykaliśmy się w
ramach Nabokoviady nie najgrubsza („Samotnia” dzierży tu palmę pierwszeństwa),
ale obrośnięta największą ilością legend, przesądów i
przestrachów potencjalnych i aktualnych czytelników. Myślę, że
sukces lekturowy zawdzięczam tutaj systematyczności – codziennie
czytałam po dwadzieścia stron, oczywiście zamykając zwykle
książkę po jakiej zamkniętej zrozumiałej całości, chociaż nie
zawsze się to udawało. Trochę nie wyobrażam sobie „Ulissesa”
jako jedynej lektury, pochłanianej na jeden raz w określonym
momencie, bo mam wrażenie, że to nie do końca jest ten typ
książki. Bardzo jestem ciekawa strategii czytania go przez innych
(koniecznie się podzielcie!). Bo – co w sumie ważne, a ja na
przykład przed lekturą nie zdawałam sobie z tego do końca sprawy
– to nie jest tak, że w „Ulissesie” mamy do czynienia z jakąś
bardzo skomplikowaną historią.
W końcu chodzi
mniej więcej o to
, że w pewien czerwcowy czwartek dwóch panów z
różnych sfer – pogrążony w żałobie po matce i skłócony z
ojcem Stefan Dedalus, artysta, nauczyciel, człowiek, którego inni
lubią wykorzystywać oraz sprzedawca ogłoszeń do gazet, cierpiący
na kompleks niespełnionego artysty, zdradzany przez żonę amator
piątej ćwiartki Leopold Bloom, człowiek, którego, a jakże, inni
bardzo lubią wykorzystywać – chodzi po Dublinie, żeby wreszcie
się spotkać, wypić kakao i rozejść do swoich dalszych zajęć.
Także jeśli chodzi o fabułę, „Ulisses” nie jest najbardziej
porywającą historią, z jaką się czytelnik w swoim życiu
zetknie. Nie jest też tak, że ta książka jest przez cały czas
taka sama. Przeciwnie: to jest faktycznie eksperyment, ale nie bójcie
się. Jeśli słyszeliście opinie w rodzaju „nie ma w niej wcale
przecinków!”, „akapity nie istnieją!”, „w ogóle nie
wiadomo, o co chodzi!”, to te opinie są prawdziwe… w części.
Owszem, mamy strumień świadomości Molly Bloom, pisany bez
przecinków (jak słusznie zauważa Nabokov, gdyby były w nim
przecinki, wiele by nie stracił). Akapity w „Ulissesie” przez
większość czasu są, ba, ma on nawet bardzo klasycznie napisane
części, nie różniące się wiele od innych powieści. Dobra
zabawa zaczyna się tam, gdzie Joyce umiejętnie parodiuje inne style
i faktycznie bywa w tym zabawny albo odkrywczy (sceny na plaży z
dziewczętami – zresztą moim zdaniem dość Proustowskie jednak
albo mój chyba ulubiony spór „wielkich bohaterów” siedzących
z paskudnym psiskiem nad kuflem piwa, tudzież pyszna muzyczna wizyta
w gospodzie). Są jednak w „Ulissesie” też sceny dość męczące,
przydługie (cała sekwencja w zamtuzie spokojnie mogłaby być
krótsza) i nie ma się co wstydzić, że się je za takie uważa:
Nabokov też wytyka Joyce’owi zbytnie lubowanie się w
paskudnościach (Joyce, przy całym swym geniuszu, miał
perwersyjną skłonność do wszystkiego, co budzi niesmak
)
i niechęć do ścinania pewnych onirycznych wizji niewiele
wnoszących do kompozycji całości.

Ach, no i scena w bibliotece, interpretacja „Hamleta” w wykonaniu Stefana: to jeszcze jedna z moich ulubionych scen. Niech sobie nawet Stefan nie wierzy we własny pomysł na lekturę Szekspira, do mnie jakoś on przemówił.
Powiem Wam, że po
lekturze dość mocno zmroziło mnie posłowie do powieści
: czytałam
wydanie 50/50 Znaku z posłowiem Macieja Słomczyńskiego, który na
samym początku oznajmił czytelnikowi, że jeśli mu się „Ulisses”
dostatecznie nie podobał, to znaczy, że coś z nim –
czytelnikiem, nie „Ulissesem” – jest nie tak. Jak wiecie, dość
alergicznie podchodzę zawsze do takich deklaracji, bo choćby dzieło
było nie wiem jak wielkie, ma zwyczajnie prawo się „nie podobać”,
nie musi się też „podobać” w całości (używam słowa
„podobać” w cudzysłowie, bo wiadomo, że nie chodzi tutaj o
jakiś zachwyt w rodzaju „będę to czytała co miesiąc” lub
„wchodzi do mojego topu najlepszych książek”, ale o
zastanowienie nad kompozycją, stylem, bohaterami, tym wszystkim, w
czym tak lubuje się nasz przewodnik Vladimir Nabokov). I z pewną
złośliwą satysfakcją czytałam wykład Nabokova, który jest
niezłym komentarzem do tego posłowia: Słomczyński wspomina na
przykład o rozlicznych sposobach, na które można czytać
„Ulissesa” i że jakoby każda część książki pokazuje
działanie innego organu ludzkiego ciała – Nabokov odsłania
korzenie tej historii pisząc o jakimś nieszczęsnym
literaturoznawcy, którego Joyce w ten sposób nabrał sprokurowaną
szczególnie do tego celu stworzoną notatką. Także nie ma co kłaść
się plackiem przed wielką literaturą, mówi Nabokov, i za to cenię
jego wykłady, choć jak widzieliście nie każdy przypadł mi do
gustu. Ten poświęcony Joyce’owi jest jednak naprawdę dobry.
Czy czegoś mi w nim
zabrakło?
Owszem. Szkoda, że Nabokov dość mocno odrzuca
symboliczną interpretację niektórych fragmentów, skupiając się
na realizmie i detalu – oczywiście imponującym i ważnym w
przypadku tak napisanej książki, ale jednak czasem nie
przynoszących równej satysfakcji co właśnie wyłuskiwanie w
prozie Joyce’a symboli. Pisze: Nie należę do sekty wyznawców
Freuda, z jej zapożyczonymi mitami, wystrzępionymi parasolami i
ciemnymi schodami kuchennymi
.
Ale na szczęście bez
psychoanalizy da się tutaj wygrzebać sporo ciekawostek. Wspomniana
przeze mnie scena w domu publicznym – długi, ciągnący się opis
halucynacji, deprawacji, pękających złudzeń, odzierania powoli
całości z tych realistycznych warstw – kończy się bardzo
znacząco tym, że bohaterów z opresji ratuje przedsiębiorca
pogrzebowy, a Bloom widzi przechodzącego mimo zmarłego synka. I
powiem Wam, że po przebrnięciu przez cały ten (moim zdaniem,
powtórzę, nie do końca udany) fragment to zakończenie jest
bardziej niż satysfakcjonujące, jeśli zinterpretuje się je tak,
że oto Charon (przedsiębiorca pogrzebowy) przewozi bohaterów na
drugą stronę – po tym dziwnym katharsis,
które stało się ich udziałem – i dostępują oni widzenia
Chrystusa, odwróconego co prawda, bo dziecko jest martwe, nie żywe.
To mieszanie się symbolik
uważam za uprawnione, bo Joyce lubuje się w tym na każdym kroku:
mieszając mity irlandzkie z wierzeniami chrześcijańskimi,
antycznymi, semickimi i chyba każdymi, tak po prawdzie, jakie wpadły
mu do głowy. Nabokov
wskazuje, że zmarły Bloom junior to tutaj dziecko-odmieniec, mnie
przypomina także wszystkie te niebieskie dzieci z obrazów
Wróblewskiego. Urok „Ulissesa” polega na tym, że przywołuje
skojarzenia, niekoniecznie zaś na tym, że wskazuje jedne ich
odczytanie.
Nabokov
doskonale tropi samego Joyce’a na kartach jego najbardziej znanej
powieści
(podążając za powracającym ciągle pytaniem, kim jest
człowiek w makintoszu) i strasznie mi się ta linia interpretacji
podoba. Wpuszczenie autora do
dzieła w taki niezwykły sposób jest dość poruszające, bo trochę
inaczej ustawia całość: nie mamy już do czynienia z wytworami
fantazji Stefana czy Leopolda, ale treścią „Ulissesa” jest też
przeżycie samego pisarza. Powiem Wam, że lubię, kiedy
interpretacja jest w tym rodzaju, bo wywołuje to u mnie od razu
„wow”, nawet jeśli nie zawsze się zgadzam (chociaż tutaj
akurat się zgadzam, w każdym razie na chwilę obecną). Szkoda, że
nieco mniej miejsca Nabokov poświęcił paralelom Joyce-Proust, bo
przecież pana Blooma i pana Swanna sporo łączy (na pochodzeniu
zaczynając, a na nieszczęśliwej miłości do żony kończąc; a
podobieństwa można by mnożyć). Nabokov pisze co prawda, że Joyce
potrzebuje Blooma jako oustidera, i jasne, tak jest, ale czy Swann
aby na pewno outsiderem nie jest? Bywa w różnych kręgach, ale
przypomnijmy sobie, jak zawsze witała go rodzina Marcela w Combray.
No niespecjalnie jak tego gościa, którym się wszystkim w okolicy
będziemy chwalić.

Natomiast część „katechetyczna”, bohaterowie nad kakao, wykonana jest z pomysłem, ale ze znacznie mniejszą finezją niż teoretycznie najtrudniejszy fragment powieści, czyli znudzeni, zmęczeni bohaterowie pałętający się nad ranem po mieście.
Sporo
miejsca w wykładzie Nabokov poświęca
krytyce
techniki strumienia świadomości
(nie będę jej tutaj przytaczać,
bo też nie ma to wielkiego sensu: jeśli
kiedyś będziecie mieć ochotę, sięgnijcie po sam wykład i
Nabokov lepiej niż ja Wam to wytłumaczy),
ja dodam tylko, że lektura „Ulissesa” była pod tym względem
bardzo pouczająca. Wcześniej spokojnie mogłam nazwać „strumieniem
świadomości” taką narrację, w której narrator wylewa na mnie
wszystkie swoje myśli. Ale ta technika jest jednak trudniejsza, bo
musi imitować sposób myślenia – ze wszystkimi jego dygresjami,
zawieszeniami, odwróceniami uwagi – i kurczę, bywa z tym różnie
u samego Joyce’a. Najlepsze partie w tym stylu znajdujemy jednak na
początku. Finalny monolog Molly Bloom natomiast, oprócz samiutkiej
końcówki, jednak rozczarowuje. Także dlatego, że „Ulisses”
jest w specyficzny sposób
dość mizoginistyczny. Molly
to straszna
postać, inne kobiety z kolei
mają niewiele do powiedzenia
(za to sporo do powiedzenia o nich mają inny bohaterowie, czasami
należałoby dodać: niestety), najlepsza partia dostaje się chyba
Gerty MacDowell, ale to w ogóle – cała scena na plaży – jeden
z najlepszych fragmentów książki. Natomiast taka
posiadówa panów na
porodówce… No, obyłoby się bez niej. Z
drugiej jednak strony Joyce gra tu z oczekiwaniami czytelnika, bo ten
mizoginizm nie wypływa (jak sądzę) z przekonań autora, ale z
epoki, o której pisze i którą bezlitośnie obśmiewa. Stąd też
ustawia bohaterów w takich, a nie innych sytuacjach. Inna sprawa, że
tam, gdzie robi to dobrze, wywołuje zdenerwowanie – o taki efekt
zresztą chodziło.
Pytanie,
czy „Ulisses” jest wciąż książką skandalizującą,
rewolucyjną, czy „zabija
powieść jako gatunek”?
Powiem Wam szczerze: uważam, że nie.
Bardzo ciekawie jest się zapoznać z takim nietypowym klasykiem, ale
czy dzisiaj czytelnika jeszcze bulwersuje opis pana Blooma w łazience
po śniadaniu albo pani Bloom dostającej miesiączki? Dostaliśmy po
drodze od czasu wydania „Ulissesa” wiele bardziej dosadnych (choć
niekoniecznie lepiej napisanych) scen w literaturze. Czy eksperyment,
jakiego podjął się Joyce, opłacił się? Równoległy montaż
wielu scen to coś imponującego i można pozazdrościć autorowi
koordynacji, ale w wielu
wypadkach „Ulisses” jednak nuży – nie zaś jakoś gorąco
zaciekawia. Być może dlatego, że to książka do kilkukrotnego
czytania, niekoniecznie w całości, i odkrywania w niej nowych
smaczków? Na przykład, moim zdaniem, warto by było się pochylić
nad całym wątkiem narodowowyzwoleńczym
i irlandzkocentrycznym w powieści (wspaniała jest choćby scena,
gdy uczony znajomy z Oxfordu usiłuje porozmawiać z kimś w Dublinie
w języku gaelic i nie może nikogo znaleźć). Prześledzić
motyw zmarłego syna Bloomów i tego, jak się pojawia w
poszczególnych miejscach. Czy wreszcie uzbrojonym w interpretację
Nabokova podążyć za człowiekiem w makintoszu.
***
W
czytaniu „Ulissesa” i
wymienianiu uwag na temat samego procesu lektury nie byłam
oczywiście sama. Jak zawsze dzielnie czytałyśmy razem z Naią,
dołączył też do nas Piotr
z bloga Literatura Sautée.
Serdecznie
dziękuję wszystkim, którzy w trakcie tych siedmiu spotkań nam
towarzyszyli: największym zwycięzcą cyklu, jeśli można go tak
nazwać, był Marcel Proust, bo jego „W stronę Swanna”
przeczytała największa liczba uczestników i podzieliła się
wrażeniami. Wszystkim, którzy czytali, kibicowali, przyglądali
się, wzięli lub planowali wziąć udział – serdecznie dzięki,
bo czytanie w towarzystwie, rozmawianie o tym czytaniu, wspólne
narzekanie na nie lub cieszenie się z niego to jedna z
najfajniejszych rzeczy, jakie daje książkowa blogosfera!
A
wszyscy, którzy się martwią, że to już koniec, dodaję gwiazdkę
po tytule wpisu. Czemu „(niemal) ostatnia”? Planujemy z Naią
jeszcze powrócić do wspólnego z Nabokovem czytania wielkich
klasyków – wszak mistrz wydał jeszcze jeden tom wykładów,
poświęcony literaturze rosyjskiej… I aż szkoda byłoby zmarnować
okazję zapoznania się z nim, skoro tyle radości (a niekiedy i
rozczarowań) dostarczyło nam wspólne z nim czytanie europejskich
klasyków, prawda? Także jeśli nie udało się Wam wziąć udziału
w tej edycji Nabokoviady, może skusicie się na następną? „Wykłady
o literaturze rosyjskiej” w dłoń, odkurzyć warto wszystkie te
wydania Tołstoja, Czechowa i Dostojewskiego stojące na półce… I
do zobaczenia – o szczegółach będziemy Was oczywiście
informować. To
co, widzimy
się?

29 Replies to “Jak przeczytać „Ulissesa” i nie zwariować albo Nabokoviada (niemal) ostatnia”

  1. Z Ulissesem nie dałabym sobie rady, nawet po tak wnikliwym tłumaczeniu przez Ciebie i Naię. Choćby dlatego, że ja czytam nieuważnie, szybko, przez co wiele mi umyka. W takim tomiszczu to już całkiem bym się zagmatwała 🙂
    Chętnie dołączę do Was przy drugiej edycji. Będę czekać na wieśći 🙂

    1. Polecam spróbować z niektórymi fragmentami, tak dla smaku. Bo, jak piszę, historia nie jest aż tak skomplikowana (ale fakt, dokładne śledzenie kto, gdzie i kiedy poszedł, może przyprawić o zawrót głowy, a pytanie "czy ta postać się aby na pewno już wcześniej pojawiła?" towarzyszyło mi w trakcie lektury często ;-)), a sam sposób napisania dostarcza sporo frajdy.

      Bardzo fajnie, będziemy informować, jak ustalimy szczegóły :-)!

  2. Bardzo podoba mi się pomysł na drugą edycję, chętnie do niej dołączę, o ile pozwolą mi na to studia, bezwzględnie dyktujące, co akurat powinnam czytać 😀 Do Tołstoja próbuję się wziąć od dawna, ale mam do niego pecha – kiedy już zyskuję wolny wieczór specjalnie na niego, albo ktoś zakłóca mój spokój, albo okazuje się, że akurat tego opowiadania które chciałam nigdzie nie ma. Odświeżenie sobie Dostojewskiego też byłoby dobrym pomysłem.
    ,,Ulissesa" na pewno będę czytać, bo studia (i honor polonisty!)Czy mnie ruszy? Podejrzewam, że bardzo, bo jako osoba wychowana na literaturze dziewiętnastowiecznej jestem jeszcze wrażliwa na wszelką ,,ohydę" w literaturze. Chyba spróbuję przeczytać go w taki sposób co ty, czyli przeznaczę na niego kilka porządnych tygodni wakacyjnych.

    1. Sama jestem ciekawa, jak nas teraz Nabokov poprowadzi przez literaturę rosyjską, jak mu się uda ograniczyć tylko do tego jednego pola i co z czym będzie zestawiał :-). Będzie nam bardzo przyjemnie (chyba mogę mówić tu za nas dwie, Naiu?), jeśli dołączysz :-). A tempo zapewne znowu będzie nieśpieszne, żeby wszyscy chętni zdążyli. No i my jako organizatorki ;-).

      Polecam ten sposób, chociaż — siłą rzeczy — innego jeszcze sama nie wypróbowałam (może z nowym przekładem spróbuję ;-)). Myślę, że znając nieźle poprzedników Joyce'a można się jeszcze lepiej bawić w trakcie lektury: i nie warto się zrażać "obrzydliwościami", Nabokov ma rację, że Joyce jakoś żywi do nich nie wiadomo tak znowu dlaczego ciepłe uczucia ;-).

    2. Jasne, jasne że za nas dwie możesz mówić, zapraszamy najserdeczniej!! 🙂

    3. Bo ja się jednak tego pluralis maiestaticus zawsze obawiam ;-).

  3. W Irlandii organizuje sie grupy czytelnicze do wspolnego czytania Ulissesa, glownie po to, aby zdjac odium tego, ze to ksiazka jakas taka dla znawcow i zeby po prostu ludziom bylo razniej w grupie. Przyznam, ze mnie po prostu nie neci i nie wybieram sie na razie w podroz ta ksiazka, ale samo podejscie wydaje mi sie sluszne. Nie ma co sie niepotrzebnie nastraszac w rzeczy samej.

    Naprawde Slomczynski tak pisze? Nie przyjdzie mu oczywiscie do glowy, ze problem czytelnika moze byc z PRZEKLADEM? Ostatecznie Slomczynskemu fajerwerkow w tym wzgledzie nie zawdzieczamy. Szekspira polozyl kompletnie.

    A czy opowiadalam tu juz o Marylin Monroe czytajacej Ulissesa? Ten post na tumblrze jest bardzo sympatyczny:

    http://tumblr.austinkleon.com/post/125887067 – i bardzo jest ciekawe, kiedy Marylin mowi, ze uwielbia brzmienie Ulissesa i czyta fragmenty na glos zeby sie tym cieszyc. Nie wiem, czy to po polsku zostalo ocalone 🙂

    1. Rzeczywiście mit Słomczyńskiego jako genialnego twórcy kongenialnych przekładów nieco przybladł. Jakby co, to niedawno Świerkocki zapowiedział, że tłumaczy Ulissesa i jego wersje będzie przystępniejsza.

    2. @Hannah, taka grupa musi być super, myśmy tu sobie coś w ten deseń zmontowali on-line, ale spotykać się na żywo i czytać "Ulissesa" — to może być naprawdę fajne. I dokładnie tak jak piszesz: odczarowujące, bo nie warto się tej książki aż tak bać. Chyba tu dochodzi jeszcze jeden faktor: że nie warto się zastanawiać i rozgryzać każdej zagadki, bo sam tekst wcale nie traci, jeśli zgubimy jakieś odniesienie albo postać (chyba że to pan Bloom ;-)).

      Dzięki za to zdjęcie Monroe: faktycznie jest tak, jak pisze Winterson w komentarzu, że to jest bardzo prywatny akt czytania (ja bym dodała, że właśnie przez to, że chodzi o rzecz tak specyficzną jak "Ulisses", który wymaga tego osobistego wkładu czytelnika w książkę, tak jak wyciąga go od autora w ten dziwny sposób, o jakim pisze Nabokov). Ale dodam, żeby tak zupełnie nie narzekać na Słomczyńskiego, że i ten przekład daje się czytać na głos, i wcale nie zgrzyta się tak bardzo zębami: czytałam spore ustępy jednej z części Domownikowi i nie zgrzytał ;-).

      @Hannah, @Ziuta, no cóż, jest ten wstęp trochę apoteozą "dobrego, wysmakowanego czytelnika", co mi osobiście działa na nerwy, bo jest strasznie elitarne. I rzekomo ten czytelnik się zachwyci — inny zaś wzruszy ramionami i odejdzie w siną dal. Wolę podejście Nabokova, który mówi, spokojnie, coś ci się może, czytelniku, nie spodobać i nie ma problemu, bo to jak każde dzieło tych gabarytów powieść nierówna i nie warto się wstydzić. A sam przekład faktycznie miewa lepsze i gorsze momenty (tłumacz "Wykładów…" wskazywał różne potknięcia, sama też coś niecoś wyłowiłam, na przykład prostytutki regularnie narzekają, że "nogi im usnęły", podczas gdy po polsku mówi się chyba jednak "zdrętwiały" po prostu?). Więc tu i ówdzie Słomczyński przekombinował, ale dobrze, że ten przekład w ogóle jest. Ciekawa jestem, czy jego recepcja była tak entuzjastyczna, jak pisze on sam w posłowiu ;-).

      Co do przekładów Szekspira: też nie jestem fanką, a czytałam (bodajże czy nie w "Literaturze na świecie"?) dość miażdżącą ich krytykę i wówczas już w ogóle straciłam do nich serce.

      Powiem Wam, że czekam na ten przekład Świerkockiego, choćby po to, żeby zobaczyć, jak sobie poradził z niektórymi rzeczami (cały "muzyczny" ustęp na przekład).

    3. Słomczyński, z tego co pamiętał, tłumaczył Szekspira na akord, bo dostawał takie zamówienia z teatru. Ciekawe czy te przekłady dałoby się obronić jako teksty czysto użytkowe, do wygłaszania ze sceny.

    4. Znalazłam ten tekst o przekładach Szekspira, niestety nie ma w nim polskich znaków, ale linkuję. Pytanie, czy ten przekład jest używany na scenie, jest dobre: ciekawe, czy jest jakaś statystyka, czy po prostu wystawiono go wtedy po dokonaniu zamówienia i tyle.

  4. Czytałam, początkowo po kilka kartek, a potem już w ilościach hurtowych. Ale głównie dlatego, że książka mi się nie spodobała i po prostu chciałam ją jak najszybciej skończyć ^^
    Bardzo podoba mi się to eksperymentowanie z formą i to, że nigdy nie wiadomo, jak coś będzie zaraz opisane 🙂 Też podobał mi się fragment z dziewczynami na plaży. I jeszcze ten fragment w stylu eposu rycerskiego ^^
    Przyznam, że gdyby nie Nabokov, to sporo by mi uciekło jednak. Może jeszcze kiedyś przeczytam na spokojnie (choć bardziej możliwe, że jednak nie ^^)
    Bohaterowie byli strasznie męczący, zwłaszcza ten obleśny Bloom, ze swoim ciągłym myśleniem o seksie 🙁 I też się zastanawiam, co Joyce miał z tymi obrzydliwościami. Jak przeczytałam opis, jak ktoś dłubie w nosie i co wyciąga, to zaczęłam się zastanawiać, czy to wszystko to jakiś żart 😉
    Tłumacz faktycznie miał dziwnie nabożny stosunek do Ulissesa, chyba miał nawet planach napisać "przewodnik", jak tę książkę czytać?
    W sumie – ciekawa, oryginalna powieść, taka nietypowa literatura. Warto się zapoznać, choć cóż, mnie nie porwało.
    Rosyjskie wykłady też postaram się zdobyć, miałyście świetny pomysł z tą Nabokoviadą 🙂

    1. Wiem, o czym mówisz, ale powiem Ci, że nawet tam, gdzie mnie korciło, byleby już prędzej przebrnąć przez jakiś wyjątkowo nie podobający mi się fragment, trzymałam się tempa dwudziestu stron. Trochę się bałam, że inaczej za dużo przegapię :-). Właśnie o tym stylu eposu rycerskiego piszę (dobrze to nazwałaś), świetny fragment i bardzo zabawny, jak nagle od bohaterów rzeczywistych przechodzimy do zupełnie urojonych ;-).

      Jestem tu bliższa zdania Nai, że w panu Bloomie jest coś sympatycznego. Mnie go było przede wszystkim szkoda (choć fakt, niektóre jego działania są… specyficzne; rozważania o romansie ze służącą na przykład były niepokojące), a jak ładnie pisze Nabokov jest w nim coś z artysty, nawet jeśli Joyce nie bardzo chce mu to przyznać. Zastanawiam się, czy to nie jest trochę tak, że tymi rozważaniami o seksie Bloom nie rekompensuje wszystkiego, na co nie ma wpływu: tu też nie ma, ale przynajmniej wydaje mu się, że ma (na przykład że może podsunąć żonie Stefana zamiast Boylana). Opis dłubania w nosie pamiętam — razem z opisem upojnych chwil w wychodku, części scen z zamtuza i pana Blooma ładującego się żonie do łóżka do góry nogami, creme de la creme obrzydliwych opisów ;-).

      Tak, pisze o tym w posłowiu, ale nie udało mu się to, bo zmarł. Ale taki przewodnik po "Ulissesie" to musiałaby być rzecz imponująca, gdyby chcieć wszystko wyjaśnić. Skromny przy tym wykład Nabokova jest fajnym przewodnikiem, mimo wszystko.

      O, super, bardzo się cieszymy i zapraszamy, myślę, że będzie fajnie :-). Sama jestem ciekawa tego rosyjskiego Nabokova :-).

  5. Potwierdzam, że to nie jest za bardzo książka do wyłącznego czytania – bo ostatnie strony, w obawie że nie zdążę, właśnie w podobny sposób czytałam, nic tylko „Ulisses”, „Ulisses” do autobusu (auć, moje plecy!), „Ulisses” między zajęciami, i pod koniec poziom frustracji był niebezpiecznie wysoki ;). Zdecydowanie lepiej przeplatać go sobie jakąś lżejszą lekturą, dla własnego zdrowia psychicznego :).

    Bardzo mi się podoba Twoja propozycja z Charonem – w ten sposób ta część książki zyskuje choć trochę sensu ;). No i faktycznie, ten Proust i Joyce. Co prawda zestawiałam sobie trochę w myślach te dwie książki, o czym wspominam u siebie, ale skupiając się głównie na różnicach; nie przyszły mi do głowy te podobieństwa między Bloomem i Swannem. Lubię Twoje pomysły, są jak takie interpretacyjne otwarcie okna i powiew świeżości :).

    Kupy, dłubanie w nosie, miesiączki, upławy – mnie osobiście nie zniesmaczały, wręcz wydały mi się te opisy na swój sposób urocze (do mojego uwielbienia dla sceny wychodkowej już się przyznałam!). Za to sposób pisania o seksie mimo upływu lat wydaje mi się tu dosyć mocny. Nie wiem, na ile jestem reprezentatywnym przypadkiem XXI-wiecznego czytelnika, ale mnie się mimo wszystko zdarzyło spłonąć rumieńcem ;).

    (Tak sobie raz po raz z dystansem spoglądam na tę naszą dyskusję i wydaje mi się, że gdybym wpadła tu jako postronny obserwator, który jeszcze „Ulissesa” nie czytał, to byłabym teraz na tyle zaintrygowana, że spróbowałabym! Mam nadzieję, że nasze wywody rzeczywiście zadziałają w ten sposób ;)).

    Zgadzam się, że to jeden z lepszych wykładów Nabokova. I też bardzo mi się podoba to, że nie padł plackiem przed Joyce'em – ale tego akurat, znając naszego wykładowcę, można się było spodziewać ;).

    Aha, i też mi się wydaje ciekawy ten wątek narodowowyzwoleńczy! U Nabokova nie ma o nim nic, a ja bym chętnie poczytała o tych ówczesnych irlandzkich nastrojach.

    1. Wygodnicka więc byłam, bo trzymałam "Ulissesa" przy łóżku i czytałam głównie rankami (chociaż zabrałam go ze sobą też w podróż, ale samochodem, więc nie wymagało to ode mnie aż takiego znowu dźwigania ;-)).

      Powiem szczerze, że to trochę kwestia przypadku, akurat Domownik czytał w tym czasie "W stronę Swanna" (Proust, jak widać, krąży po naszym domostwie w tym roku ;-)) i mnie olśniło (tak, wykrzyknęłam "ależ pan Bloom to pan Swann!", a potem nieco to odkrycie tonowałam :-)). Dziękuję Ci za miłe słowa :-).

      O, w liście obrzydliwości zapomniałam o upławach ;-). No nie wiem, czy mnie coś bardzo jakoś zbulwersowało (to znaczy tym, że zostało opisane, nie jak zostało opisane — chociaż tak jak piszę wyżej: dostaliśmy w literaturze sporo ostrzejszych scen). Ale masz oczywiście rację, że sam sposób pisania jest dość otwarty, chyba tylko w scenie na plaży został nieco bardziej zaowalowany. Za to Molly Bloom sobie nie żałuje ;-).

      Mam nadzieję, że tak zadziałają :-D. Myślę, że wspólne czytanie (to znaczy: nawet z poczuciem, że jeszcze ktoś w tym samym czasie czyta tego "Ulissesa") bardzo pomaga, mnie często wspomagała myśl, że będzie okazja pogadać o tej lekturze :-).

      Ciekawe, że Nabokov w sumie omija ten wątek. A przecież sam przejazd Wicekróla pełni sporą rolę w kompozycji i w montażu u Joyce'a, więc to nie jest jakiś tam poboczny wątek całej tej historii. Nie wspominając o tym, że pełni dużą rolę w rysunku pana Blooma jako outsidera ze względu na pochodzenie.

  6. Bardzo mi się podobało sformułowanie powyżej, że bohaterowie są "męczący", bo dokładnie takie było moje główne spostrzeżenie. Męczący, bo widzimy ich niejako "w czasie rzeczywistym", tak jakby ktoś obserwował nas i notował każdy najdrobniejszy gest. Wyobraźcie sobie – no nuda, tylko się pochlastać. Sama książka – cóż, czytałam ją w kilku podejściach, wynotowując poszczególne elementy jako punkty zaczepienia w potencjalnej dyskusji (czytałam książkę na zajęcia, zdając sobie sprawę, że poza mną niewiele osób ją przeczyta :P). Dlatego teraz (a i na wspomnianych zajęciach 😉 mam wrażenie, że zupełnie nie mam obrazu książki jako całości, a jedynie jako kilka "wysp", które zapadły mi w pamięć. Ale bardzo interesujące wydaje mi się tak przecież oczywiste nawiązanie do Prousta, na które nigdy nie zwróciłam uwagi, choćby na te podobieństwa bohaterów. Chyba czas sięgnąć po te wykłady Nabokova 😉

    1. No tak, i jesteśmy z nimi przez cały czas właściwie, w każdej sytuacji, nawet takiej, w której zwykle człowiek jednak jest sam ;-). Masz rację, że z tego też wypływa ta "męczliwość" tych postaci, bo dostajemy ich drobiazgową wiwisekcję, najbardziej wstydliwych rzeczy nie są w stanie przed nami ukryć. A Joyce ma chyba z tego sporą radochę ;-).

      A wykłady Nabokova polecam, chociaż przyznaję, że nie każdy zrobił na mnie równe wrażenie. Niektóre są lepsze, inne gorsze, wiele zależy też od omawianego materiału (i osobistych sympatii autora) :-).

  7. Wspaniała recenzja, jak i dyskusja pod nią, aż nabrałam ochoty, żeby się w końcu zmierzyć z "Ulissesem" 🙂 Mnie akurat książki uznawane za trudne pod względem formalnym wcale nie przerażają, ale wydaje mi się, że trzeba się jednak do nich odpowiednio nastroić – przede wszystkim pozytywnie, jak na przygodę, a nie katorgę 😉 Nabokova też bardzo chętnie poczytam, bo wnioskuję, że warto się wspomóc jego wykładami, by więcej wynieść z lektury 🙂

    1. Dziękujemy! Czyli jednak zachęcamy do zmierzenia się z Joycem, jak wyżej pisała Naia, można się tylko cieszyć :-). Zdecydowanie nastawienie jest tutaj ważne, bo inaczej człowiek się przedziera przez "Ulissesa" z poczuciem "co ja tutaj robię" ;-). Natomiast wykłady Nabokova są nierówne, jak już wspominałam, ale kilka jest naprawdę znakomitych i fajnie "otwierających" omawiane powieści (moje ulubione to ten o Austen i właśnie ten o "Ulissesie").

  8. Ogromnie się cieszę, że będzie kontynuacja cyklu, bo chociaż na "Ulissesa" się nie odważyłam to lektura "Pani Bovary" czy ponowne spotkanie z Kafką były ogromnie przyjemne. I tak podliczyłam, że w sumie przeczytałam aż 4 z 7 lektur! Największą jednak przyjemność sprawiło mi obcowanie ze zwycięzcą Proustem. To zdecydowanie moja najlepsza lektura A.D.2017!

    Na rosyjskich klasyków zapisuję się już dzisiaj, bo z Dostojewskim jestem za pan brat, ale Tołstoja jeszcze nie rozkminiałam. 😉

    1. Sama nie wiem, która lektura z Nabokovem sprawiła mi najwięcej radości: na pewno się cieszę, że zmotywowałam się do sięgnięcia po każdą jedną, jakiś sentyment będę żywiła do "Mansfield Park", bo świetnie mistrz po nim oprowadzał, zresztą tak samo jak po Dublinie pana Blooma i Stefana Dedalusa :-). Bardzo się cieszę, że możemy na Ciebie liczyć przy kolejnej edycji — a 4/7 to świetny rezultat! 🙂

    2. Zobaczymy na ile życie zawodowe pozwoli mi w przyszłym roku, ale mam nadzieję, że znowu przekroczę 50%. 😉

    3. Będziemy znowu pewnie czytać powoli i nie z miesiąca na miesiąc, żeby się udawało jak najwięcej :-).

  9. O rety, zachęciłaś mnie przeogromnie i dość mocno Joyce'a oswoiłaś. Przestaję już się bać lektury i dopisuję książkę na listę wielkich (również pod względem ilości treści zawartych, nie tylko stron) klasyków-cegieł do przeczytania! Wprawdzie zanim do "Ulissesa" dojdę, minie mnóstwo czasu, bo takie książki czytam tylko w ferie/wakacje/święta, ale co tam – już się na nią napaliłem! 🙂

    1. To wspaniale, bo taki był cel, oswoić trochę tego obrośniętego strachami "Ulissesa". A nie ma się aż tak czego bać, zdecydowanie legendy "każdy, kto twierdzi, że… kłamie" są przesadzone :-). I w razie czego z chęcią wymienię się wrażeniami z lektury, a na przewodnika po powieści z czystym sercem mogę polecić Nabokova :-).

  10. Zabieram się do ponownego czytania jak ta sójka z tym morzem. Czeka na mnie me angielskie wydania i czeka. Czytałem jeszcze na studiach, początkowo z czytelniczej przekory, ale z czasem mnie wciągnęło. Czytałem jednak długo i podobnie jak Ty – małymi, regularnymi partiami. Chcę w końcu wrócić, bo wiem, że teraz jestem znacznie innym odbiorcą.

    1. Zawsze można go podczytywać sobie przy czymś innym, bo żeby to była jedyna lektura w trakcie dłuższego czasu, to chyba bym się nie odważyła :-).

  11. No, kurczę, nie mogę się odkleić od Twojego bloga, a tutaj to już w ogóle zupełne chapeaux bas. Świetny artykuł. „Ulissesa” czytam sobie powoli od jakiegoś roku, ale tak powoli, że gdy ponownie do niego wracam, to już zdążyłam wszystko zapomnieć, co było przedtem, więc trochę to utrudnia lekturę. Jakoś nie mogę wejść w rytm. Natomiast wielkiem fanem Joyce’a jest mój małżonek, tak samo zresztą jak i Prousta, ciekawe, że ci dwaj autorzy zawsze jakoś chodzą w parze. Jeśli chodzi o „Ulissesa”, to mit powieści skandalizującej czy rewolucjonizującej pisanie jest już dość stary, i trzeba znajdować nowe wykładnie (co zresztą świetnie robisz). Myślę, że to jedna z tych powieści, którą warto czytać z przypisami, bo Joyce tam wsadza takie mnóstwo odniesień i aluzji, że niestety, dzisiejszy czytelnik nie ma szans się w tym odnaleźć. Poza tym myślę, że dobrym podejściem do „Ulissesa” jest podejście zabawowe (polecane przez mojego męża), czyli po prostu dać się ponieść Joyce’owskiej farsie i fantazji i nie brać niczego zbyt na poważnie.
    Nic, pozostaje wrócić do lektury, choć ciężko mi to idzie, przyznam bez bicia…

    1. Dziękuję, bardzo mi miło :-)! Faktycznie z „Ulissesem” jest tak, że Joyce buduje go na tylu – czasem zupełnie pozornie nieznaczących szczegółach (albo, jak pisze Nabokov, nieistotnych i takich, które mógł sobie darować), że regularna lektura pozwala na trochę bardziej szczegółowe wgryzienie się w ten świat. Starałam się sobie nie robić przerw właśnie z tego względu, że bałam się, że coś wtedy przeoczę, więc doskonale Cię rozumiem z tym zapominaniem. Zgadzam się z Twoim mężem, że to podejście zabawowe się w przypadku tego dzieła może świetnie sprawdzić (oczywiście to zależy od oczekiwań czytelnika, bo jeśli ma się ochotę podejść do Joyce’a-klasyka literatury, to można się wtedy zawieść), bo też w gruncie rzeczy – chociaż taki pan Bloom to jest postać tragiczna, to jest to też postać jednak, było nie było, dość komiczna w swoich poczynaniach. Powodzenia z czytaniem! 🙂

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.